W praktyce wyglądało to tak, iż dyspozytorzy nie odbierali zgłoszeń w standardowy sposób. jeżeli już udało im się przejąć połączenie, musieli następnie dzwonić do zespołów ratownictwa, często korzystając nie z numerów służbowych, ale z prywatnych kontaktów – bo ktoś kogoś znał i mógł gwałtownie przekazać informację.
27 sierpnia rano doszło do poważnej awarii numeru alarmowego 999. Zgłoszenia od osób wzywających pomocy nie docierały do dyspozytorów, a ci nie mogli przekazywać ich dalej do zespołów ratownictwa medycznego – o tym pisaliśmy w tekście „Awaria systemu informatycznego pogotowia ratunkowego”.
Problemy pojawiły się – jak poinformował „Dziennik Gazeta Prawna” – w Systemie Wspomagania Dowodzenia Państwowego Ratownictwa Medycznego, który odpowiada za obsługę połączeń pod numerem 999 i dysponowanie karetek pogotowia. W efekcie dyspozytorzy, pozbawieni podstawowego narzędzia pracy, musieli ratować się telefonami komórkowymi. Za ich pomocą próbowali kontaktować się bezpośrednio z zespołami ratownictwa. Sytuację dodatkowo komplikował fakt, iż nie działały również mapy lokalizacji pojazdów medycznych, co utrudniało kierowanie karetek w odpowiednie miejsca.
– W praktyce wyglądało to tak, iż dyspozytorzy nie odbierali zgłoszeń w standardowy sposób. jeżeli już udało im się przejąć połączenie, musieli następnie dzwonić do zespołów ratownictwa, często korzystając nie z numerów służbowych, ale z prywatnych kontaktów – bo ktoś kogoś znał i mógł gwałtownie przekazać informację – opisał w „Dzienniku Gazecie Prawnej” jeden z ratowników.
– Jeden dyspozytor mógł w danym momencie obsługiwać tylko jedną rozmowę. Gdy prowadził połączenie, nie miał możliwości odebrania kolejnego. To sprawiało, iż kiedy zajmował się zgłoszeniem mniej pilnym, ktoś inny, być może w stanie bezpośredniego zagrożenia życia, nie mógł się już dodzwonić – dodał.
W trakcie dyżuru na podstacji w momencie awarii zrobił się chaos.
– Tablety milczały, próby dodzwonienia się do dyspozytorów były niemożliwe, a obejścia tego przez 112 kończyły się odebraniem telefonu w całkowicie innym województwie... jeżeli ktoś chciał sprawdzić, czy w przypadku ataku hakerskiego czy choćby zwykłej awarii możemy gwałtownie podnieść się z ziemi, to dostał odpowiedź – opisał ratownik.
Taka sytuacja to realne zagrożenia.
– Z takimi problemami musimy się liczyć, to oczywiście poważne niedogodności. Trudno jednak wytłumaczyć to osobie, która nagle potrzebuje pomocy. Ciężko też jednoznacznie określić, jakie skutki spowodowała ta awaria. Możliwe, iż przełożyła się ona na to, iż część osób znajdujących się w stanie zagrożenia życia nie doczekała się potrzebnego wsparcia – ocenił w „Dzienniku Gazecie Prawnej” Andrzej Mroczek, ekspert Uniwersytetu SWPS i Collegium Civitas do spraw przestępczości zorganizowanej, terroryzmu i zarządzania kryzysowego.
Przeczytaj także: „Kursy dla dyspozytorów i koordynatorów – projekt”.