Martyna Pstrąg-Jaworska: Przeraża mnie to, iż dzisiaj 8-latek nie umie sobie zawiązać butów. Czy rzeczywiście 15-20 lat temu dzieci były bardziej samodzielne?
Karolina Martin, psycholog: Tak, to prawda, iż dziś dzieci są mniej samodzielne. Jest jednak kwestia tego, iż – choć ewolucyjnie od tych kilkudziesięciu lat się nie zmieniliśmy – od czasu pokolenia, które dziś jest rodzicami, zmieniło się podejście do opieki i wychowania. Rodzice, którzy dziś mają dzieci w wieku 4-5 lat, przecież sami też mają jakiś bagaż doświadczeń.
M. P-J.: Czy pani również – jako ekspertka, ale i mama, zauważa, iż dzisiejsze 4-latki mają dużo mniej umiejętności, które jeszcze 15 lat temu dla takich dzieci były normą?
K.M.: Tak, możemy tak w dużym uproszczeniu powiedzieć.
M. P-J.: Skąd się bierze ten brak samodzielności dzieci?
K.M.: Często z doświadczeń rodziców. Wielu z nich w dzieciństwie musiało być "zbyt samodzielnych" emocjonalnie – musieli radzić sobie bez wsparcia dorosłych.
Nie chodzi tu o takie podstawowe czynności jak ubieranie się, przygotowanie jedzenia, chodzenie do szkoły czy zabawa na podwórku, tylko o zadbanie o emocje.
M. P-J.: Moje pokolenie biegało po podwórku z kluczem na szyi, a w domu musiało odgrzać sobie obiad. Jak to możliwe, iż to samo pokolenie wychowało dzieci, które mają problem ze zrobieniem sobie kanapki?
K.M.: Właśnie z powodu tego, iż im samym zabrakło zaopiekowania się nie w sensie fizycznym, a emocjonalnym. Dziś, chcąc tego uniknąć, wpadają w drugą skrajność. Ci rodzice myślą, iż jeżeli będą tak bardzo obecni i będą robić za to dziecko wszystko dookoła, to będą mieli poczucie kontroli.
Oni chcą w ten sposób zapewnić samych siebie, iż są dobrymi rodzicami. Trzeba jednak wiedzieć, iż bez pozwolenia dziecku na sprawczość i samodzielność, ono nie zbuduje pewności siebie.
M. P-J.: Czy możemy więc powiedzieć, iż dzisiejsi rodzice niszczą dzieci nadopiekuńczością?
K.M.: Tak, choć to wynika z tego, iż oni tak bardzo chcą tak wszystko swoim dzieciom zapewnić, iż nie zawsze to widzą. Chcą po prostu być tak bardzo bliscy i zaangażowani, iż nie umieją znaleźć w tym równowagi. W takiej sytuacji należałoby równocześnie zadbać o rozwój kompetencji swoich pociech.
M. P-J.: Kiedyś dzieci nie potrzebowały TUS-ów (tj. treningów umiejętności społecznych). Czy winni są rodzice czy cyfrowy świat, który zabrał dzieciom kompetencje społeczne?
K.M.: Chyba po trochu jedno i drugie. Żeby dziecko mogło prawidłowo się rozwijać, musi doświadczać i popełniać błędy. Lękowi rodzice to nie jedyny problem – dziś z wielu stron zamiast realnych doświadczeń maluchy dostają gotowe rozwiązania i nie muszą się wysilać.
Warto pozwolić dziecku czasem założyć buty nie na tę nogę albo samodzielnie wyjmować naczynia ze zmywarki – choćby jeżeli coś się potłucze. Chodzi o proces i uczenie się poprzez działanie. To może się wydarzyć tylko wtedy, gdy naprawdę damy dzieciom przestrzeń do próbowania.
Od pierwszych dni życia są one zalewane bodźcami sensorycznymi, ale jednocześnie często nie mają okazji do samodzielnego rozwijania umiejętności i ćwiczenia układu nerwowego. Zamiast bliskości i uważnej obecności rodzica, które wspierają rozwój mózgu, coraz częściej oferujemy im urządzenia, które "zajmują się nimi" same – jak bujaczki, które kołyszą bez udziału dorosłego.
M. P-J.: Czy dziś na dzieci czyha więcej zagrożeń, czy to ich rodzice są bardziej lękowi?
K.M.: Rodzice dziś coraz częściej zdają sobie sprawę z tego, iż mają różne braki i przestrzenie niezaopiekowane. Na szczęście sięgają też po pomoc ekspertów w znalezieniu tego, co jest ich problemem i chcą nad tym pracować. Mówi się, iż to, czego nam brakowało, przelewamy na dziecko. To jest pewnego rodzaju projekcja.
Dziś boimy się trudnych emocji dziecka, ale i reakcji otoczenia na te nie zawsze wygodne zachowania , które wynikają ze złości, lęku, smutku czy frustracji. Boimy się brać za to odpowiedzialność, bo sami czujemy, iż te emocje nie są dla nas wygodne. Z biegiem lat zaczęło brakować nam intuicji.
M. P-J.: Czy narzędzia takie jak TUS-y sprawią, iż dzieci będą radzić sobie lepiej, czy musimy pogodzić się z tym, iż rośnie pokolenie coraz bardziej wycofane?
K.M.: Wiele da się jeszcze naprawić. Warunkiem jest jednak to, by rodzice uświadomili sobie, gdzie leży problem, zdjęli z siebie presję i przestali oczekiwać, iż małe dzieci od początku będą spokojne, czyste i "bezproblemowe" w procesie nauki samodzielności.
Dorośli boją się dziś hałasu, chaosu i trudności, dlatego próbują chronić przed nimi zarówno siebie, jak i dzieci. Stąd wyręczanie i podawanie wszystkiego w gotowej formie. Lęk przed niedoskonałością – iż coś się zbije, wyleje czy pobrudzi – dodatkowo wzmacniają komunikaty, iż wszystko powinno być szybciej, lepiej i idealnie.
W efekcie dzieci zaczynają się wycofywać. jeżeli nie dostają przestrzeni do działania, z czasem przestają podejmować próby. Mimo to jest szansa na zmianę – świadomość dotycząca zdrowia psychicznego i rozwoju dzieci systematycznie rośnie.
M. P-J.: Czy te braki odbijają się jakoś na emocjach dzieci? Widać to w jakichś kryzysach, z którymi ma pani do czynienia w pracy?
K.M.: Oczywiście. Dzieci, którym nie daje się popełniać błędów, będą pokoleniem, które będzie potrzebowało naprawdę wielu specjalistów od regulacji emocjonalnej, ale i takich którzy zbudują z pacjentami poczucie własnej wartości.
Z powodu tych nadopiekuńczych rodziców, kiedyś ich dzieci będą potrzebowały pomocy ekspertów w przepracowaniu trudności, bo same nie będą miały poczucia sprawczości, iż dadzą radę. Już dziś widzimy to w najmłodszym pokoleniu.
M. P-J.: Czy my właśnie wychowujemy pokolenie dzieci, które będą bezradne bez dorosłego obok – i nazywamy to "bezpiecznym dzieciństwem"?
K.M.: Dokładnie tak jest. Nie dajemy wolności i przestrzeni do popełniania błędów. choćby szkoła nie daje tej możliwości, bo w e-dziennikach na bieżąco o wszystkim informuje się rodziców.
Zabiera się dzieciom sprawczość w samodzielnym podejmowaniu decyzji o nauce, pooprawianiu ocen itp. Dziś jako rodzice boimy się, żeby dziecko nie doświadczało trudnych emocji, bo przez nie będzie miało np. problemy psychiczne.
Boimy się frustracji, złości, smutku, a tymczasem te emocje są potrzebne, by budować w sobie zdrowe reakcje na różne doświadczenia. Bez trudnych emocji rodzicom się wydaje, iż dziecku będzie łatwiej i będzie pewniejsze siebie oraz bardziej współpracujące. Tymczasem bez nich będzie całkowicie odwrotnie: nie będzie umiało poradzić sobie z porażkami i przeciwnościami losu.
M. P-J.: Może podać pani przykład największej niesamodzielności, z jaką spotkała się pani w gabinecie? Znajoma opowiadała mi o 12-latku, którego mama kąpała.
K.M.: Takich przypadków mogłabym podać wiele. Nie chodzi jednak o obwinianie rodziców za nadopiekuńczość, ale o to, by skupić się na budowaniu kompetencji dziecka. Najlepiej robić to do około 15. roku życia – mózg jest wtedy bardzo plastyczny i naprawdę dużo można jeszcze nadrobić, choćby jeżeli wcześniej coś zostało zaniedbane.
Rodzice często boją się dać dziecku więcej swobody, bo obawiają się, iż sobie nie poradzi. Tymczasem potrzeba kilku prób, by nauczyć się danej czynności – choćby jeżeli oznacza to niedokładnie spłukane włosy pod prysznicem. Z czasem dziecko zrozumie, iż pewne rzeczy wymagają większej uwagi i wysiłku.
Warto wtedy pytać: "Co następnym razem możesz zrobić inaczej?" i towarzyszyć dziecku w kolejnych próbach, oferując wsparcie zamiast całkowitego wyręczania.
M. P-J.: Czy są konkretne umiejętności, które dziecko powinno opanować na danym etapie – idąc do przedszkola, szkoły czy kończąc trzecią klasę? Na przykład czy 3-latek powinien umieć sam jeść sztućcami?
K.M.: Tak, takie umiejętności są bardzo ważne i można je rozpatrywać etapami – przedszkole, szkoła i kolejne lata edukacji. Trzeba jednak pamiętać, iż dzieci rozwijają się w różnym tempie. Nie wszystkie dzieci w tym samym wieku będą miały opanowane te same umiejętności.
Czasami trzeba się liczyć z tym, iż maluchy mają różne trudności, które im nie pomagają: obniżone napięcie mięśniowe, różne trudności adaptacyjne, neurologiczne, fizjologiczne czy zaburzenia lękowe. Są pewne podstawy, które warto wprowadzać od najmłodszych lat, ale przy różnych trudnościach te granice wieku mogą być różne.
3-latek, który rozwija się bez żadnych zaburzeń niepsychicznych powinien być odpieluchowany i potrafić samodzielnie jeść, ale nie można tego traktować tak kategorycznie. Oczywiście 4-latek nie narysuje od razu idealnego koła ani bez ćwiczeń nie będzie sprawnie wycinał nożyczkami. Tych rzeczy uczy się poprzez praktykę.
Kluczowe jest to, by dać dziecku możliwość ćwiczenia – najlepiej w zabawie. Przebieranki uczą ubierania, jedzenie rączkami może być etapem w nauce korzystania ze sztućców. Brud, rozlane picie czy bałagan nie są porażką wychowawczą, ale naturalnym i potrzebnym etapem rozwoju. Instagramowe ubranka są piękne, ale nie wtedy, gdy dziecko dopiero zdobywa podstawowe umiejętności.
M. P-J.: Jedno zdanie do rodziców: co mają przestać robić od jutra – jeżeli chcą wychować samodzielne dziecko?
K.M.: Pozwalajcie swoim dzieciom być niedoskonałymi. To zbuduje ich doskonałość poprzez robienie błędów i naukę krok po kroku. Trzeba zdjąć presję i pozwolić dziecku na sprawczość, bo każdy – a dzieci szczególnie – mają prawo popełniać błędy i iść swoją drogą.














