2421. Dziesiąty rok wędrowania przed jasnogórski tron

na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com 1 dzień temu
Miesiąc sierpień nieodłącznie związany jest z polską tradycją pielgrzymowania przed tron Jasnogórskiej Pani. Jak wiecie z wpisów z poprzednich lat, również i ja staram się co roku, od 2014, podążać jasnogórskim szlakiem w naszych lokalnych pielgrzymkach. W zeszłym roku udało mi się być choćby na dwóch. W tym roku nie udało mi się powtórzyć tego wyczynu, a mało brakowało, a nie poszłabym wcale. Nie pytajcie o szczegóły. Zrządzeniem losu, a trochę i za sprawą znajomych, których poznałam w ostatnim roku, udało mi się dosłownie w ostatniej chwili zapisać na pielgrzymkę idącą z S-rza. Nie wiec, co sobie pomyślał ksiądz organizujący wymarsz, mam nadzieję, iż nic, ale ostatecznie znalazłam się na liście jednocześnie ją zamykając.
Pielgrzymka z S-rza wyrusza dzień później od głównej, która zawsze wychodzi 23 sierpnia z Będzina-Syberki. Nic jednak nie stało na przeszkodzie, abym w niedzielę z samego rana pojechała na Mszę świętą na jej rozpoczęcie. Jeszcze dzień wcześniej zaplanowałam podjechanie tam autobusem o godzinie 6:00, aby na spokojnie zajść na zakrystię i zapytać się o możliwość posługiwania przy ołtarzu. W kieszeni miałam świeżo wyrobioną legitymacją ministrancką. Szczerze powiedziawszy to jeszcze tusz z pieczątki nie zdążył wyschnąć. choćby nie myślałam, iż wszystko tak gładko pójdzie i już kilka minut przed godziną siódmą stałam wraz z innymi członkami Służby Liturgicznej Ołtarza i kapłanami, oraz księdzem biskupem, przy wyjściu z zakrystii na kościół. niedługo zabrzmiały pierwsze takty pieśni "Z dawna Polski", a my z śpiewem na ustach, w procesji przez kościół, zbliżaliśmy się do ołtarza.
Pierwszy raz brałam udział w takim rozpoczęciu Mszy, dlatego instynktownie podglądałam co robi ministrant przede mną. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, iż jestem bliżej ołtarza, niż niejeden kapłan-przewodnik, który wylądował w ławce w nawie głównej. Głównym celebransem Eucharystii był biskup Artur Ważny, i to on wygłosił do nas homilię.
O czym w niej do nas mówił? Nawiązując do słów usłyszanej chwilę wcześniej Ewangelii uwrażliwił nas, iż podczas pielgrzymowania powinniśmy odpowiedzieć sobie na pytanie: "za kogo ja uważam Jezusa Chrystusa"? Ale to pytanie wyrywa z tłumu rozbijając naszą bezpieczną anonimowość. Bo łatwo jest żyć opiniami innych i powtarzać to, co piszą na forach, mówią w mediach, czy też karmi nas internetowy algorytm. Cezareę Filipową porównał do obrazu naszej współczesności - tak bardzo głośnej, pełnej głośnych nagłówków i rywalizujących ideologii. Ale duchowa i moralna dojrzałość zaczyna się wtedy, gdy gasną światła opinii publicznej, zaś człowiek staje w prawdzie przed Bogiem. Pojawiło się zachęcenie, aby już na początku zrzucić z siebie ciężar ludzkich opinii. Bo pielgrzymka nie jest plebiscytem popularności. A kiedy będziemy szli przez miasta i wsie, popatrzmy na ludzi stojących przy płotach, wyglądających przez okna wieżowców i patrzących z tramwajowych przystanków. Niektórzy będą patrzyli na nas z ciekawością, inni z obojętnością, a inni z ironią lub chłodem - biskup dał nam radę, aby ich nie oceniać, czy też pouczać z góry, a raczej podejść w naszych sercach z szacunkiem i modlitwą. Bo ewangelizacja nide polega na wygrywaniu sporów, ale na dzieleniu się pokojem, którego świat nie może dać. Biskup przypomniał też, iż wiara to nie wynik ludzkiej inteligencji, dyplomów czy też moralnej doskonałości, ale dar Boga pochylającego się nad ludzką słabością. Zauważył, iż Piotr nie zrozumiał Jezusa, bo był najmądrzejszy, ale dlatego, iż pozwolił Bogu dotknąć swojego serca. Ta prawda to ulga dla wszystkich z nas - nie trzeba być doskonałym, aby Bóg przez nas działał, czy też iść na Jasną Górę. Bo o ile ma się w sobie tęsknotę za dobrem to znak, iż Bóg trzyma nas za rękę. Podkreślał tym samym potencjał w naszych parafiach. W grupach modlitewnych, które w nich działają. Bo przecież "przeszliśmy przez niejedną burzę, wiatr wiał nam w oczy, ale nie ugasiliśmy lampy wiary". Tutaj nawiązał do niedawno zakończonej peregrynacji kopii ikony Jasnogórskiej Pani i tego, jak wiele osób odwiedziło wtedy kościoły oraz jak wiele powstało inicjatyw. istotną częścią homilii było nawiązane do zbliżającego się Synodu diecezjalnego. Nasz pasterz rozumie, iż w sercach niektórych z nas pojawiły się lęki, pytania, czy też krytyczne głosy. On to szanuje i uwzględnia. Ale są też głosy przeciwne. Właśnie dlatego jest Synod - aby wyrazić lęki, obawy, ale też nadzieje. Tłumaczył, iż Synod nie jest zagrożeniem dla Kościoła, nie jest po to, aby zmieniać Ewangelię, wymyślać nową moralność czy też budować "nowy Kościół", nie jest też zmianą Bożej Prawdy, ale przemianą naszej uważności. To nauka wspólnego słuchania Ducha Świętego i siebie wzajemnie. Synod to też wspólna droga, taka, na jaką właśnie wyruszaliśmy. Nasz Ordynariusz wyraził pragnienie, aby Kościół diecezjalny stawał się środowiskiem bezpiecznym i przyjaznym, wręcz prawdziwym domem dla tych, którzy noszą w sobie bolesne rany, mają za sobą trudne doświadczenia z ludźmi Kościoła, którzy przez swoje grzechy i słabości pogubili się. Powinniśmy z ogromną miłością patrzeć na tych, których sytuacje życiowe są tak powikłane, iż nie mogą w pełni przystępować do sakramentów. Oni nie są poza Kościołem, a w jego wnętrzu. Bo Kościół Chrystusa nie jest zamkniętym klubem dla nieskazitelnych, ale domem z szeroko otwartym gankiem, gdzie przy wspólnym stole zawsze znajdzie się miejsce dla wędrowca. W dalszej części kazania mówił o bramach i o tym, iż Kościół nie powinien być obronną twierdzą, ale wyrywać z piekielnych bram każdego, kto się zagubił bądź zagapił. A zatem powinniśmy porzucić mentalność lęku oraz duchowego narzekania. Jako chrześcijanie nie mamy prawa na bycie defetystami. Zaś do naszej misji należy wychodzenie tam, gdzie człowiek został uwięziony przez uzależnienia, poczucie bezsensu, depresję, lęk czy też samotność. Biskup porównał je do "bram piekielnych". Owe bramy to także samotne pokoje w blokach, w których młodzi płaczą w poduszkę, domy opieki, w których starość spędza się w milczeniu, miejsca pracy pełne wyścigu szczurów, chłodne korporacje potrafiące tylko zamrażać serca pełne marzeń, zanurzeni w nienawiści, nie wierzący w miłość czy raniący drugich na oślep, bo sami z ostali zranieni. Nie można tam jednak iść z palcem uniesionym w górę i zaciśniętą pięścią, ale z uśmiechem, gotowością do wysłuchania, ciepłym gestem czy też chlebem podzielonym w drodze. Duszpasterz zastanawiał się też, czym są chrystusowe klucze, o których mówiła Ewangelia. Od razu wyjaśnił, iż klucz nie powinien służyć do zamykania komuś przed nosem drzwi, a raczej do otwierania więzień i wpuszczania świeżego powietrza. Kluczem powierzonym nam przez Pana jest Krzyż, będący orędziem o miłości silniejszej niż śmierć i o miłosierdziu podnoszącym z największego upadku. Jak zauważył, żyjemy w świecie pełnym hejtu, arogancji i agresji w komentarzach oraz łatwym ranieniu drugiej osoby. Często Kościół i my sami stajemy się obiektem drwin, niesprawiedliwych ocen, wylewania frustracji i jawnej nienawiści. W naszej odpowiedzi nie powinno być żadnego odwetu, hejtu i arogancji. Bo Ewangelia nie potrzebuje adwokatów, ale świadków z pokojem i światłem w oczach. Na zaciśnięte pięści prawdziwy chrześcijanin odpowiada otwartą i wyciągniętą dłonią. Dlatego powinniśmy się modlić na każdym odcinku drogi za tych, którzy nas ranią i z nas szydzą, odeszli zgorszeni lub zawiedzeni. Potrafmy im z serca przebaczyć - tylko w ten sposób włożymy klucz miłosierdzia w zardzewiałe zamki ludzkiej niechęci i nienawiści. Potrafmy ofiarować nasz wysiłek za tych, co nie mają siły przekroczyć progów kościoła.
Bardzo mi się podobało to kazanie, było bardzo życiowe, a zarazem poruszało niezwykle dużo aspektów naszego życia. Oczywiście ja je tylko streściłam i sparafrazowałam. Pod koniec Mszy nastąpiło przedstawienie poszczególnych grup pielgrzymkowych i ich przewodników oraz oficjalne pożegnanie poprzedniego dyrektora pielgrzymki i powitanie nowego.
Na zakończenie zaśpiewaliśmy "Jest zakątek na tej ziemi" i w krótkiej procesji wyszliśmy do zakrystii. Tam odmówiliśmy modlitwę i poszliśmy się przebrać. Potem, wychodząc z zakrystii, zahaczyłam jeszcze o biskupa, który tradycyjnie się ze mną przywitał. Zmierzając na przystanek autobusowy przeciskałam się przez pielgrzymów. Z niektórymi się choćby przywitałam. A ponieważ jeszcze miałam trochę czasu do odjazdu autobusu, to z drogi pożegnałam wszystkie grupy.
Moja realna pielgrzymka zaczęła się nazajutrz rano. A adekwatnie to jeszcze w nocy, bo jak inaczej nazwać godzinę 4 nad ranem? Jednak w przeciwnym razie nie dojechałabym na czas na miejsce. O 7:00 była Msza, a na 8:00 zaplanowano wymarsz. Przed Mszą jeszcze trzeba było spakować bagaż do samochodu. A autobusy jeżdżą raz na godzinę, półtorej. Na wszystko jednak zdążyłam i już o 6:30 razem z panem Gieniem śpiewaliśmy "Godzinki". Powoli zaczęli też schodzić się inni wierni, aż cały kościół został wypełniony. Mszę rozpoczęła jakaś nieznana mi pieśń, podczas której kilkoro kapłanów z dekanatu wyszło na ołtarz. Tutaj głównym celebransem był ksiądz z pobliskich Wojkowic Kościelnych, który w postaci św. Bartłomieja, którego wspomnienie wypadało tego dnia, upatrywał wzoru do naśladowania dla wszystkich pielgrzyma ruszającego w drogę. Nawiązał też do hasła tegorocznej pielgrzymki - "Abyśmy wszyscy zostali zbawieni".
Po Mszy wyszliśmy przed kościół, gdzie rozdano nam identyfikatory, a następnie zaczęliśmy formować kolumnę wymarszową. Tuż po godzinie 8:00, ze śpiewem i modlitwą na ustach ruszyliśmy w około 50 kilometrową trasę, z czego jakieś 30 km mieliśmy do pokonania pierwszego dnia. A więc można powiedzieć iż zrobiliśmy dłuższy spacer.
Po drodze oczywiście mieliśmy postoje, i to aż trzy. Pierwszy już pięć kilometrów dalej, potem po ok. 7 km., 10 km oraz po ok. 8 km. Postoje trwały kilkadziesiąt minut i były okazją do odpoczynku, posilenia się oraz nawiązania nowych znajomości. A było w czym wybierać, skoro w pielgrzymce szło ok. 170 osób. Na trzecim postoju mieliśmy okazję posilić się cieplutkim żurkiem przygotowanym przez parafian. Zresztą na każdym postoju czekał na nas wrzątek z wodą, którym mogliśmy sobie zalać kawę albo herbatę.
Z kolei w drodze modliliśmy się, śpiewaliśmy oraz wysłuchiwaliśmy konferencji, m.in. o tym, skąd się wzięło powiedzenie "masakra" oraz jak bardzo mogą być poplątane ludzkie losy. Nie mogło zabraknąć Godzinek (drugich w jednym dniu), różańca, czy też Koronki do Bożego Miłosierdzia. A także śmiechów i chichów. Sporą niespodziankę sprawił nam ksiądz biskup, który w pewnym momencie dołączył do naszej grupy i podzielił się z nami swoim osobistym świadectwem pielgrzymowania do różnych miejsc na świecie.
Nocleg mieliśmy w Rudnikach na terenie remizy OSP. Początkowa wersja obejmowała spanie w namiotach, jednak w weekend poprzedzający pielgrzymkę okazało się, iż strażacy udostępnią nam swoją remizę. Przynajmniej było cieplej niż spanie w namiotach. Zanim jednak udaliśmy się na spoczynek było ognisko z kiełbaskami w ramach kolacji, były tańce, Apel Jasnogórski i choćby wieczorny seans filmowy na sali weselnej. Ksiądz wybrał dobrze znany mi film "Wszystko będzie dobrze". Myślę, iż wszystkim podobał się ten pomysł.
Nazajutrz czekał na nas drugi, ok. 20 kilometrowy odcinek drogi. Tradycyjnie w Nieradzie nastąpiło dołączenie grupy z S-rza do reszty Sosnowieckiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę. A adekwatnie to już w Łyśćcu (chyba tak to się odmienia, forma podstawowa miejscowości to Łysiec) niejako połączyliśmy się z grupą... 8. ak pamiętacie, przez wiele lat to z nią pielgrzymowałam. Jednak aby dojść na czas do Nierady, to musieliśmy wyjść już o godzinie 7:00. Tak więc godzina 5:10 pobudka, przebieranko, pakowanko, śniadanko i z śpiewem na ustach w drogę. Do Łyśćca doszliśmy w miarę gwałtownie i sprawnie, podobnie do Nierady. Dopiero od Nierady do postoju w lesie na śniadanie trasa dłużyła mi się niesamowicie. W końcu jednak zobaczyłam charakterystyczny zagajnik, gdzie stały nasze samochody. Tam mogliśmy odpocząć i posilić się przed ostatnią prostą.
Ten ostatni odcinek trasy liczy około 8 kilometrów drogi i prowadzi przez miasto. Dla niektórych jest on męczący, ja jednak osobiście bardzo go lubię. Wiem, iż cel wędrówki jest tuż tuż i wcale mi nie przeszkadza ro, iż trzeba co chwilę się zatrzymywać ze względu na ruch uliczny. W poprzedniej grupie np. niektóre osoby wiecznie poganiały innych twierdząc, iż nie zdążymy dojść, zupełnie nie zwracając uwagi na to, iż samochody też muszą mieć miejsce do poruszania się po drodze. Tutaj tego nie było, i to było ok. Wędrówkę umilały nam różne pieśni, a kiedy wkroczyliśmy na słynną Aleję Najświętszej Maryi Panny czułam wewnętrzną radość, iż kolejny raz udało mi się dojść do celu. I to tym razem bez ani jednej podwózki i ani jednego bąbla.
Przed szczyt podeszliśmy tuż po godzinie 12:00, a więc czas mieliśmy więcej jak dobry. Wśród całej pielgrzymki nasza grupa była druga. Wyprzedziła nas grupa ósma. Ale to nic. Przecież nie ważne kto pierwszy, a kto ostatni dotrze na miejsce, Maryja znajdzie czas na wysłuchanie każdego z nas. Kiedy zbliżaliśmy się do murów, konferansjer przedstawił nas przebywającemu na ołtarzu biskupowi Ważnemu. Ten oficjalnie nas powitał i wtedy mogliśmy się tradycyjnie pokłonić ofiarując w ten sposób swoją drogę i trud.
Po chwili wstaliśmy i udaliśmy się na dziedziniec klasztoru, aby ustawić się w długiej, ale ciągle poruszającej się do przodu kolejce prowadzącej przed Jasnogórski Wizerunek. Stałam wśród innych pielgrzymów, ale gdzieś obok nich. Dyskretnie policzyłam wszystkie te lata, kiedy wyruszałam na pielgrzymi szlak. Nie ilość pielgrzymek, a lat. Wyszło mi ich dziesięć. Powiedzmy, iż dekada. choćby nie wiem, kiedy to zleciało. Tymczasem wraz z resztą grupy znalazłam się w cudownej kaplicy. Popatrzyłam na Cudowny Obraz i doznałam jakiejś takiej ulgi. Chociaż nie czułam się jakoś specjalnie zmęczona, to nie mogłam wstać, tak iż musiał mi pomóc klęczący obok Ksiądz z Gitarą. Potem kilka razy pytał mnie, czy wszystko dobrze. W zasadzie nie było źle, tylko nogi na chwilę odmówiły mi posłuszeństwa. Zdarza się choćby zdrowym...
Po nawiedzeniu Kaplicy ruszyliśmy w stronę parkingu, gdzie czekała na nas zupa pomidorowa. Ksiądz niepotrzebnie się wystraszył, bo cały czas mnie jakby asekurował. A potem posadził na pace auta i przyniósł kubek z zupą. Przed nami było kilka godzin do Mszy świętej zaplanowanej na godzinę 19:00. Trochę późno, ale too jedyna możliwa pora na odprawienie jej. Chociaż i tak większość pielgrzymów poszła na wcześniejsze Msze, w tym na tą dla pielgrzymów z Pielgrzymki Tarnowskiej. Jednak kilka osób, w tym ja, zostało przy pojazdach i cierpliwie czekało. Tymczasem z godziny na godzinę pogoda się pogarszała. W końcu o godzinie 17:00 zaczęło padać, toteż udaliśmy się na pakę dostawczaka, który z nami jechał i tam czekaliśmy na rozwój sytuacji. Na szczęście godzinę później pogoda uległa poprawiie i mogliśmy iść w stronę klasztoru. Księża udali się do swojej garderoby, a ja poszłam się zapytać, czy mogę posługiwać do Mszy. Trochę to trwało, przeszłam przez kilku zakonników, ale w końcu uzyskałam zgodę. To było moje podziękowanie Maryi za te 10 lat pielgrzymowania do niej.
Ponieważ trwała nowenna przed uroczystością Matki Bożej Częstochowskiej, Mszę świętą poprzedziło odpowiednie nabożeństwo. W jego trakcie została przyniesiona z jednego z miejscowych kościołów kopia ikony jasnogórskiego obrazu.
Chwilę później rozpoczęła się Msza święta koncelebrowana, na której obecni byli ordynariusze wszystkich trzech diecezji wchodzących w skład metropolii częstochowskiej oraz kapłani idący wraz z grupami w pielgrzymkach. Miała ona wyjątkowo podniosły charakter, wszak to była wigilia uroczystości Matki Bożej Częstochowski. Nie wiem jak było na dole, ale tu u gury wiał łagodny wietrzryk, który łaskotał przyjemnie po twarzy. o ile jeszcze dodamy przepiękną scenerię kolorów zafundowaną nam przez zachodzące słońce, mamy gotową scenografię do najbardziej poruszającego filmu na świecie - filmu o naszym życiu, marzeniach, pragnieniach i oczekiwaniach.
I tym razem homilia została wygłoszona przez mojego Artura. Nie, myślę, iż on akurat się nie obrazi, iż tak go nazwałam. Ma dystans do siebie. I niezwykłą pogodę ducha połączoną z charyzmą. Tak z automatu z zaciekawieniem czekałam na to, czym tym razem oczaruje przybyłych pielgrzymów. Tym razem motywem przewodnim jego kazania były puste krzesła, problemy współczesnego świata, bolączki kapłanów. Temu kazaniu poświęcę osobny wpis, żeby nie robić tasiemca, ale chyba jednym z najważniejszych jego przesłań było to, ,że "kościół ma być domem, w którym nikt nie czuje się obco". Ja przez lata czułam się obco, ale nikogo to nie obchodziło. A teraz wiem, iż jest ktoś, kto rozumie ten problem lepiej niż mi się wydaje.
Myślę, iż z powodu zmęczenia Msza dłużyła mi się strasznie. Ale z drugiej strony, faktycznie trwała ona prawie dwie godziny. Myślę, iż wiele z jej części śmiało można by pominąć. Ale oczywiście nie ode mnie to zależy. Kiedy w końcu wybrzmiały jej ostatnie takty było już prawie ciemno. Po jej zakończeniu zbiegłam do zakrystii, gdzie zdjęłam z siebie moją albę. Jeszcze gwałtownie omiotłam wzrokiem pomieszczenie, czy gdzieś nie ma Księdza z Gitarą, ale go nie dojrzałam. Ruszyłam do wyjścia z bazyliki, po drodze wymieniając uścisk dłoni z biskupem (hm..., a podobno to on jest Ważny), i szyzbkim krokiem zaczęłam zmierzać w stronę stacji kolejowej, żeby złapać pociąg jadący w stronę Gliwic.
Byłam już prawie u kolumny na ścieżce prowadzącej bezpośrednio na szczyt, kiedy zadzwonił mi telefon. Trochę mnie to zdziwiło, zwłaszcza kiedy zobaczyłam, iż dzwoni koordynatorka "Dominków - bis". Co prawda szłyśmy w jednej grupie, choćby rozmawiałyśmy, ale... Odebrałam i okazało się, iż wracają do domu i mają wolne miejsce w samochodzie. No żal nie skorzystać. Pomijając to, iż trochę żeśmy siebie wzajemnie naszukały, a potem pan Kubusia musiał mnie przerzucać na murek, żeby było szybciej, to wszystko poszło choćby sprawnie. A ja zaoszczędziłam i czas, i, nie ukrywajmy, finanse powracając do domu.
Ogólnie z pielgrzymki przywiozłam dobre wspomnienia i bardziej mi się podobało niż nie podobało. Tak naprawdę to jedynym minusem jest jedna rzecz, jaka mi się w drodze, czy też po drodze zrobiła, i jak napisiałam - nie jest to bąbel. Ale spoko, przeżyję. Najwyżej pójdę do lekarza i mam nadzieję, iż będzie dobrze.
Idź do oryginalnego materiału