2341. Sposób na dobry dzień

na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com 1 dzień temu
Nie ukrywam, iż przez blisko sześć lat chodziłam do szkoły specjalnej. Być może jest to powód do wstydu. Dla mnie jednak okazało się to, dość przewrotnie, szansą. Bo rodzice, kiedy miałam iść do czwartej klasy, mieli wybór, albo zostawić mnie w szkole masowej, ale z nauczaniem indywidualnym, albo znaleźć dla mnie jakąś alternatywę. Od znajomych dowiedzieli się, iż miejska szkoła specjalna daje możliwość realizacji materiału normalnej szkoły, w dodatku od czwartej klasy uruchamiana była eksperymentalna klasa sportowa. I to chyba ta ostatnia perspektywa przekonała mnie do zmiany placówki. Bo jednak nikt nie chciał ograniczać mojej edukacji do kilku godzin dziennie sam na sam z nauczycielem.
Sama szkoła była dosyć mała - nie wiem czy za mojej kadencji liczba przedszkolaków i uczniów przekraczała 100 osób. Bo na dole, oprócz pomieszczeń biurowych i kilku gabinetów terapeutycznych, z których korzystały również dzieciaki z zewnątrz, znajdowały się cztery sale, z czego dwie były dla przedszkolaków, a dwie dla tzw. zespołów rewalidacyjnych. Zespoły klasowe posiadały klasy na pierwszym i drugim piętrze budynku oraz niewielką salę gimnastyczną w piwnicy. W piwnicy mieliśmy także stołówkę oraz szatnię. Piszę zespoły klasowe, bo zwykle 2-3 klasy z jednego poziomu edukacyjnego łączono w jedną klasę. Tym sposobem najpierw uczęszczałam do zespołu 4-5, potem do 4-6, aż w końcu 1-3 gimnazjalnego. Minusem była rotacja niemal co rok uczniów, plusem to, iż z materiałem szkolnym wykraczałam poza poziom klasy, do której aktualnie uczęszczałam.
Tak niewielka ilość osób sprawiała, iż w szkole panowała kameralna atmosfera i praktycznie każdy, każdego znał z imienia, nazwiska i klasy, do której uczęszczał. Starsi dbali o młodszych, dla których byli w jakimś sensie autorytetami. Pamiętam jak na przerwach zachodziło się do młodszych klas i zabawiało uczęszczających do nich uczniów, np. odgrywając teatr jednego aktora, czytając im bajki, albo po prostu rozmawiając. I pamiętam jeszcze bardzo dużą część z nich, chociażby z imienia, chociaż ze szkoły wyszłam prawie dwadzieścia lat temu.
Wczoraj, kiedy jechałam do pracy autobusem, w pewnym momencie usiadła obok mnie dziewczyna, która wydawała mi się znajoma. Te oczy, ta charakterystyczna grzywka i pucołowate policzki. Niemal od razu przypomniał mi się Kręciołek, jak wszyscy nazywali pewną dziewczynkę, której wszędzie było pełno. Ona sama też odwróciła głowę w moją stronę i bacznie mi się przyglądała. Odważyłam się (a nóż to jednak nie ona) i zapytałam, czy mnie pamięta. Pokiwała głową i powiedziała z pewnością w głosie: "Ty jesteś Lolek". Już wtedy dla większości osób byłam Lolkiem, bo jednak to było łatwiej wymówić od Karolina. Dawno się tak nie ucieszyłam i nie bacząc na innych pasażerów serdecznie uściskałam Kręciołka. A potem już przez całą drogę rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym.
Widziałam po niej, iż cieszy się z tego, iż może komuś opowiedzieć o swoim życiu. Co prawda była to dosyć infantylna opowieść, ale i tak starałam się okazać jej ciągłe zainteresowanie, zadając kolejne pytania. W końcu mnie jest łatwiej dopasować się do jej toku myślenia, niż na odwrót. Z drugiej strony nie chcę, by to tytuły naukowe mnie definiowały, bo jeszcze zacznę traktować tych, którzy ich nie mają z wyższością, a może i pogardą. A przecież każdy ma taką samą godność. Kątem oka rzucałam w kierunku jej mamy, która była wyraźnie poruszona naszym spotkaniem. Ja zaś choćby nie zauważyłam, kiedy zleciała mi cała podróż. I wiecie co, kiedy wysiadłam z autobusu wiedziałam jedno - to będzie dobry dzień, mimo wszystko.
Idź do oryginalnego materiału