Zastanawiam się, czy nadrobię zaległości czytelnicze, jakie mi się nagromadziły przez ostatnie dni w blogosferze. Pewnie będzie trudno, bo niesamowite osłabienie w dalszym ciągu daje mi się we znaki, ale będę próbować. Z jednej strony czuję się trochę nie fair wobec Was, a z drugiej uważam, iż nie ma nic bardziej niesprawiedliwego dla bloggerów, niż jednych bez przerwy faworyzować komentarzami, a wobec innych mieć wymówkę, iż nie ma się czasu. Wolę "nie mieć czasu" dla wszystkich, a nie tylko dla wybranych.
Wybaczcie, to nie tak miało wyglądać. Wraz z nadejściem ferii miałam mieć więcej czasu w blogi (ale oczywiście w ramach rozsądku), a wyszło jak wyszło. Chociaż nie, wcześniej miałam jechać na obóz zimowy z klubem sportowym. Wiem, iż w moim aktualnym stanie nie na wiele by się to zdało i raczej by mnie ten wyjazd nie ucieszył, a jednak z tyłu głowy jest ten żal, ta tęsknota za poszusowaniem na nartach.
Mimo wszelkiego osłabienia udało mi się ostatnio przeczytać "Wojnę światów" Herberta George'a Wellsa. Pamiętam jak prawie dwadzieścia lat temu na lekcji Wiedzy o Społeczeństwie profesor opowiadał nam o fenomenie słuchowiska radiowego z 1938 roku opartego na powieści. Wiele słuchaczy zgromadzonych przy radioodbiorniku było przekonanych, iż spiker na żywo relacjonuje atak Marsjan na planetę Ziemię. Wtedy być może mnie to dziwiło, być może śmieszyło. Tego już nie pamiętam. Jednak ta jego opowieść wbiła się w moją głowę i siedziała aż do teraz. Jednak po przeczytaniu całości zaczynam rozumieć te wszystkie obawy słuchaczy, a choćby wyczuwać strach, jaki im towarzyszył.
Tytuł: "Wojna światów"
Autor: Herbert George Wells
Wydawnictwo: Vesper
Czerwonak 2018
Ilość stron: 214
Życie pozaziemskie to jeden z tych tematów, na które człowiek ma dużo wyobrażeń, ale tak naprawdę kilka o nim wie. Niby zostały wysłane sondy kosmiczne, ale czy znajdą one realne ślady życia pozaziemskiego, tego nikt nie wie. Zostaje nam tylko nasza ludzka wyobraźnia. Jedną z najbardziej znanych wizji jest ta zaprezentowana przez Herberta George Wellsa w "Wojnie światów". To na motywach tej powieści w latach 30 XX wieku powstało słynne słuchowisko, które wywołało panikę wśród wielu Amerykanów.
Pewnego dnia nieopodal Londyny ląduje dziwny cylinder. Dwóch dziennikarzy postanawia sprawdzić, co to jest. Na miejscu zostają oni unicestwieni przez tajemnicze istoty. Dzieje się to na oczach nieznanego z imienia i nazwiska narratora, zamieszkujący położone nieopodal Woking. Niemal od razu daje się wyczuć, iż przybysze są wrogo nastawieni do Ziemian i robią wszystko, żeby zniszczyć życie na Ziemi. Narrator wraz z żoną i innymi mieszkańcami miasteczka postanawia uciec, co wcale nie jest takie łatwe. Tymczasem rozpoczyna się zagłada znanego dotychczas świata.
Książka została dosyć ciekawie przetłumaczona na język polski. Czyta się ją jednym tchem. Dotąd specjalnie nie interesowały mnie książki z dziedziny SF, tą jednak przeczytałam z prawdziwą ciekawością i zainteresowaniem. Dodatkowym atutem są grafiki ilustrujące treść pozycji. Ich autor zastosował interesujący zabieg naszkicowania ich niczym ołówkiem. Z jednej strony nadaje to grozy całości, a z drugiej wprowadza czytelnika w mroczną opowieść napaści Marsjan na Ziemian. Zachwyciła mnie jego wizja wyglądu marsjańskich pojazdów i maszyn, sama lepiej bym tego nie wymyśliła. Ogólnie jestem zadowolona z przeczytania tej pozycji. A dodatkowo po trochu zaczynam rozumieć tą panikę, która wybuchła, kiedy w radio pojawiło się słuchowisko oparte na tej książce.
Za książkę dziękuję Lidzi z misiowego zakątka









