Myślę, iż każdy z nas w swoim środowisku ma wielkie postacie, takie, które zasługują na pamięć nie tylko przez jedno pokolenie, ale większą ilość osób. To tacy ludzie, którzy w jakiś sposób związani są z miejscem, w którym przebywamy. Jedni mogli się w nim urodzić, inni żyli przez całe swoje życie, a jeszcze inni przybyli w jego trakcie.
Jedną z takich osób związanych z moim miejscem zamieszkania jest bez wątpienia arcybiskup Jan Cieplak, dzisiaj Sługa Boży, który urodził się w połowie XIX wieku na terenie ówczesnej kolonii Reden. W Dąbrowie mieszkał zaledwie kilka lat, co nie zmienia faktu, iż został zapomniany czy też pominięty przez późniejsze pokolenia. Mamy ulicę jego imienia w dzielnicy Reden, znajdującej się na terenie wspomnianej osady, pamiątkowe tabliczki znajdują się na domie, w którym prawdopodobnie przyszedł na świat oraz na miejskiej bazylice, jest też patronem ronda znajdującego się w centrum miasta.
Szerzej jest jednak mało znany, choćby dla miejscowych. Kim był? Jak potoczyło się jego życie? Zapraszam do lektury (ostrzegam, będzie długo).
![]() |
| Ks. Walerian Meyszkiewicz, 1932 r (Wikomedia Commons) |
![]() |
| Biskup Jan Cieplak (Wikomedia Commons) |
Skazano go na karę śmierci, jednak po interwencjach całego świata zamieniono ją na dziesięć lat więzienia. W 1924 roku został wydalony z Sowietów. Aktualnie trwa jego proces beatyfikacyjny. Rozpoczęto go w 1952 roku w Rzymie z inicjatywy prymasa Stefana Wyszyńskiego. Co ciekawe, utknął on za pontyfikatu Pawła po przeprowadzeniu przez postulatora, ks. prof. Waleriana Meysztowicza, etapów diecezjalnego i w Kongregacji Rytów. Jak w swoich wspomnieniach pisał ks. prof. Meysztowicz, potrzebne były jeszcze "animadversiones na naszą suplikę", tj. sformułowane na piśmie przez tzw. adwokata diabła. "Ale animadversiones, pomimo osobistej ustnej mojej prośby, przedstawionej na prywatnej audiencji Pawłowi VI, nie pojawiły się". A przecież to sam Paweł VI namawiał ks. Meysztowicza do podjęcia starań o tą beatyfikację.
Według Meysztowicza "można robić na ten temat różne domysły - wszystkie niepewne; wszystkie mogą kogoś urazić lub czyjś gniew obudzić".
"Trzeba, trzeba świętych Pańskich"
Przyczyną takiego stanu rzeczy mógł być szantaż bolszewików. Dla Jana XXIII, poprzednika Pawła VI, niezwykle istotne było, aby na Soborze Watykańskim obecni byli przedstawiciele sowieckiego prawosławia. Jego wizja zwołania "soboru ekumenicznego" został wykorzystany przez Moskwę, która za pośrednictwem przewodniczącego Wydziału Zewnętrznych Stosunków Cerkiewnych Patriarchatu Moskiewskiego, abp. Nikodema, postawiła pewien warunek: Watykan miał zamilknąć na temat komunizmu.
Nikodem mamił więc Watykan wizją "ekumenicznego" zbliżenia i za wiedzą papieża doprowadził do potajemnego spotkania z kard. Eugene'em Tisserantem, który był przewodniczącym Centralnej Komisji dla Przygotowania Soboru oraz znanym krytykiem orzeczeń Świętego Oficjum z lat 1949 i 1959, które zakazywało współpracy katolików z marksistami. Kardynał miał wówczas obiecać w imieniu papieża, iż sobór powstrzyma się od wypowiedzi na temat komunizmu. Takie samo przyrzeczenie złożył w Moskwie przed rozpoczęciem soboru ks. prał. Johannes Willebrands, który był szefem Sekretariatu ds. Jedności Chrześcijan. Strona watykańska słowa dotrzymała.
Podczas pontyfikatu papieża Pawła VI polityka wschodnia
Watykanu była kontynuowana w nadziei na poprawę położenia Kościoła, dlatego zakończenie procesu beatyfikacyjnego męczennika komunizmu abp. Jana Cieplaka byłoby po prostu niewygodne. Sprawa została zapomniana, w dodatku śmierć ks. Meysztowicza w 1982 r. na jakiś czas wstrzymała dalsze postępowanie.
Pod opieką dobrych ludzi
"Uderzającą jego cechą były szczere, dobre, jasne oczy; mocne ręce były dziedzictwem po proletariackich, górniczych przodków" - pisał ks. Meysztowicz.
Rodzina nosiła nazwisko "Ciepliński" do czasu, gdy pochodzący z Dąbrowy Górniczej dziadek Jana, po schronieniu się przed rosyjskimi prześladowaniami na Górnym Śląsku, zmienił nazwisko na "Cieplak". niedługo wrócił do bliskich, ale nazwisko zachował.
Jan wychowywał się niczym sierota. Matka zmarła dwa lata po jego urodzeniu (1857 r.), dzieckiem zaś zajęła się babka Katarzyna Bugajska. "Prosta to była wieśniaczka, ale o wielkim i szlachetnym sercu" - mówił o niej kapłan w późniejszych latach. Jako trzylatek zamieszkał u wuja, ks. Jana Bugajskiego, który był proboszczem w Krasocinie pod Włoszczową.
Pierwszy raz doświadczył przemocy ze strony Rosjan po upadku Powstania Styczniowego. Kozacki patrol zabrał z plebani jego wuja, który obiecał uczepionego sutanny malcowi, iż niebawem wróci. I tak też się stało. Jednak gdy w 1873 roku Jan ukończył gimnazjum kieleckie ks. Bugajski zmarł.
Młodzieniec na poważnie myślał o wstąpieniu do seminarium duchownego. Niestety, kwota, którą pozostawił jego opiekun, mogła pokryć jedynie pierwszy rok nauki. Z pomocą przyszedł przyjaciel wuja, ks. Khaun, proboszcz kościoła w Minodze w powiecie olkuskim. Jan okazał się tak zdolnym i wyróżniającym się studentem, iż po pięcioletnim kursie przełożeni zdecydowali się na wysłanie go na wyższe studia teologiczne do Akademii Duchownej w Petersburgu. Wyjechał jesienią 1878 r. i został tam 46 lat.
Ne cedat academia, ne cedat Polonia
![]() |
| Rzymskokatolicka Akademia Duchowna w Petersburgu (fot. www.polskipetersburg.pl) |
Tak więc Jan Cieplak trafił do największego polskiego ośrodka funkcjonującego w Rosji. Przebywający w nim Polacy współtworzyli kulturę, życie religijne i naukowe miasta. Dodatkowo metropolia dawała widoki na karierę i wabiła ludzi szukających pracy. Gdy zjawił się w Petersburgu, Polaków było tam ok. 30 tys., kiedy obronił doktorat w 1901 r., już ok. 50 tys., a w 1910 roku, kiedy już od dwóch lat piastował urząd biskupa pomocniczego w archidiecezji mohylewskiej - było ich ok. 65 tys.
Położenie księży katolickich obrządku łacińskiego i greckokatolickiego było nad wyraz trudne: byli nieustannie inwigilowani, podejrzewani o szerzenie polskości, izolowani od siebie, mogli wyjeżdżać poza miejsce zamieszkania tylko za zgodą władz. Ci, którym zabrano stałe dowody osobiste, traktowani byli na równi z włóczęgami. Za przekroczenie rządowych przepisów przewidywano dla nich karę grzywny, aresztu, więzienia, zamknięcia w byłych klasztorach katolickich objętych policyjnym dozorem, a choćby zsyłkami w głąb Rosji. Dodatkowo od połowy XIX wieku trwała bezwzględna rusyfikacja liturgii - inne narodowości imperium nie podlegały takim ograniczeniom.
Akademia Duchowna, jakby na przekór wszystkiemu, trwała i kształciła elity duchowieństwa, które po 1917 roku opierały się sowietyzacji.
Wykłady i gonitwy
Świeżo upieczony, zaledwie dwudziestopięcioletni magister teologii i dopiero co wyświęcony kapłan, w 1882 roku został, na propozycję rektora Akademii adiunktem. Co ciekawe, nie ukończył żadnych studiów zagranicznych, ani nie posiadał znaczącego dorobku naukowego. Możliwe to jednak było w szczególnych warunkach, w jakich funkcjonowała Akademia. Władze utrudniały jej kontakt z Watykanem oraz wyższymi uczelniami Zachodu. Ci, którym udało się wyjechać, studiowali pod przybranymi nazwiskami.
Na podstawie doktoratu o transsubstancji, ksiądz Jan Cieplak uzyskał w 1901 roku profesurę. Przez 26 lat wykładał teologię dogmatyczną. Został zapamiętany, jako człowiek dobroduszny, serdecznego w obejściu z ludźmi i... niewolniczo przywiązanego do podręczników. "Ksiądz profesor Cieplak nie dawał może uczniom wyników samodzielnych, oryginalnych studiów, ale tego, czego ich uczył, nauczał sumiennie i gruntownie" - napisał jego przyjaciel, ks. Franciszek Rutkowski, który razem z nim miał stanąć w 1923 roku przed czerwonym trybunałem w Moskwie. Zaś ks. Józef Rakoszny dodawał: "Jako profesor nie był twórczy. Chociaż żadnych nowych horyzontów nam nie pokazywał, [...] to jednak wpajał w nas gorącą wiarę, uczył wierzyć po dziecięcemu".
Mogłoby się wydawać, iż jego powołaniem była praca duszpasterska w gimnazjum żeńskim przy kościele pw. św. Katarzyny i w Zakładzie Wychowawczym dla dziewcząt przy generalnym domu Zgromadzenia Rodziny Maryi.
"Urocza Mikołajówka [dacza pod miastem] była ośrodkiem cudownych wycieczek, w których brał udział Czcigodny Ojczunio, ks. Jan Cieplak, późniejszy arcybiskup męczennik" - wspominała jedna z wychowanek. Inna z kolei dodawała: "Sadowiłyśmy się u jego nóg. Opowiadaniom nie było końca, a ks. Cieplak interesował się naszą nauką, pracą, żartował i zaśmiewał się, gdyśmy mu opowiadały o naszych figlach".
To właśnie tam, w Mikołajówce, kiedy płynąca Newą łódź z dziećmi na pokładzie uległa przewróceniu, nie zastanawiał się długo - zdarł z siebie sutannę i rzucił się w nurt rzeki. Dzięki temu uratował kilkanaście dziewczynek - dwóch już nie zdążył.
Podwieczorki z wychowankami, gonitwy, skoki przez ognisko niemłodego już kapłana, a jednak zupełnie inny obraz ks. prof. Cieplaka pozostał w pamięci jego studentów. Ks. bp Michał Godlewski pisał: "W bliższym kontakcie z alumnami nie pozostawał".
"Rzadko spotykaliśmy się poza wykładami", przyznawał inny. Wszyscy jednak podkreślali jego nietuzinkową życzliwość i ciepło.
Polski biskup cieszył się dużą popularnością w polskich kręgach w Petersburgu, a jego praca jako katecheta wraz z działalnością m.in. w Towarzystwie św. Wincentego a Paulo i Towarzystwie Dobroczynności były powszechnie znane. Nic dziwnego, iż 25-lecie jego profesury było świętowane przez całe polskie społeczeństwo zamieszkujące miasto.
Apostoł Syberii
![]() |
| Bp Jan Cieplak (fot. NAC) |
Na ziemiach powierzonej mu archidiecezji żyły setki tysięcy katolików porozrzucanych po jej bezkresach: kościoły i kaplice oddalone były od siebie choćby o tysiące kilometrów. Kapłanów zaś pozostawiono samych sobie. Utrzymywani byli przez wiernych, ale nie mieli kontaktu ze swoimi zwierzchnikami. Nie było tradycyjnych parafii, a niektórzy katolicy mieli okazję zobaczyć księdza tylko raz w życiu. To były też czasy, kiedy nie było ani dróg, ani kolei.
Tym sposobem bp Jan Cieplak porzucił w miarę stateczne i przewidywalne życie akademickie, przemieniając się w prawdziwego człowieka czynu. Wkroczył na drogę, która po dziesięciu latach zawiodła go na stanowisko najwyższego hierarchy Kościoła katolickiego w sowieckiej Rosji oraz obrońcy katolików w rewolucyjnej zawierusze. Skromny i dotychczas zamknięty wcześniej w ramach swojej pracy, rzucił się teraz w wir spraw odległych od jego dotychczasowego doświadczenia.
Już rok później, w 1909 roku, wyruszył on z misją apostolską po archidiecezji, podczas której odwiedził ponad czterdzieści miejscowości. Szczególne znaczenie miała podróż przez Syberię, gdzie Polacy trafiali falami jako zesłańcy po powstaniach oraz od ok. 1890 roku przyjeżdżali za tzw. "chlebem" - inżynierowie, mechanicy oraz robotnicy przy budowie Kolei Transsyberyjskiej, a także chłopi, którym szybki rozwój Syberii i reformy Piotra Stołypina umożliwiały wzięcie za darmo wykarczowanej własnymi rękoma ziemi pod uprawę.
Podczas nabożeństwa w Czelabińsku płacz wiernych zagłuszał to, co do nich mówił. W Irkucku po procesji Bożego Ciała garnęły się do niego dzieci. W chabarowskim małym kościółku, w którym ksiądz bywał sporadycznie, na Mszy świętej pojawiło się niewielu ludzi, zaś egzamin młodzieży przed bierzmowaniem wypadł bardzo słabo. Na Sachalinie spotkał kilkuset Polaków, potomków zesłańców, którzy zostali pozbawieni opieki duszpasterskiej. W Charbinie poświęcił nowy kościół. W czasie tejże pielgrzymki udzielił sakramentu bierzmowania ponad 21,5 tys. osób. Po powrocie we wrześniu 1909 roku mówił o potrzebie sprowadzenia na Syberię zakonu misyjnego, które przeciwdziałałoby "zdziczeniu moralnemu" katolików. Kiedy wrócił, metropolita już nie żył. Po nominacji w 1910 roku abp. Wincentego Kluczyńskiego, wyjechał do diecezji mińskiej, podległej archidiecezji mohylewskiej. Tą wizytację przerwały władze, zarzucając mu "szowinizm religijny" i "polską propagandę polityczną".
Nie powstrzymało go to jednak przed podróżą do Rosji środkowej, którą odbył w 1911 roku.
Kolejne donosy pozbawiły go ostatnich uposażeń finansowych. Mimo to żartował, iż dostał od "carskich opiekunów żółty bilet". Sprawiło to, iż musiał zaprzestać dalszych wyjazdów.
"Nie idźcie w służbę złu"
Z momentem rezygnacji abp Kluczyńskiego ze stanowiska jeszcze przed wybuchem wojny w 1914 roku, zarządzanie archidiecezją powierzono biskupowi Cieplakowi. Jako administrator apostolski, a zarazem najwyższy hierarcha katolicki w Rosji, musiał stawić czoło zarówno zawierusze wojennej, jak i rewolucyjnej. Nie szczędził więc sił, aby nieść pomoc ludziom dotkniętym pożogą wojenną, głodem i bezdomnością w byłym Królestwie Polskim i w Małopolsce. Za jego sprawą Towarzystwo św. Wincentego a Paulo przesyłało przez Szwecje znaczne kwoty dla głodnych dzieci w Warszawie.
"Niech nie będzie w archidiecezji ani jednej parafii, w której nie byłoby zorganizowane jakieś dzieło pomocy" - nawoływał w liście do wiernych w listopadzie 1915 r., gdy dotarła wielka fala uchodźców z ziem zajętych przez wojska niemieckie. Wspierał jak mógł Towarzystwo Pomocy Ofiarom Wojny w Petersburgu i Centralny Komitet Obywatelski oraz mnóstwo instytucji charytatywnych, przytułków, ochronek, czy też szkół dla uchodźców. Wysyłał kapłanów wraz z pomocą do obozów jenieckich, w których ludzie umierali z ran, głodu i mrozu.
Po abdykacji cara Mikołaja II nie zaprzestał starania o zwrot świątyń, wysyłając do pierwszego premiera Rządu Tymczasowego księcia Gieorgija Lwowa specjalny list w tej strawie. W marcu 1917 roku został członkiem dopiero co powstałej Komisji Likwidacyjnej ds. Królestwa Polskiego, która pracowała nad usunięciem zależności ziem polskich od Rosji. Na sercu leżał mu los Korpusów Polskich, dla których ustanowił duszpasterstwo wojskowe.
W Rosji powiało wolnością: powstawały nowe kaplice, z ukrycia wyszły organizacje katolickie i zgromadzenia zakonne. Biskup zorganizował pierwsze jawne obchody 3 maja 1917 roku we wszystkich kościołach Piotrogrodu oraz w setną rocznicę urodzin Tadeusza Kościuszki przypadającą w październiku.
Mimo wszystko były to czasy niespokojne, do władzy doszły bowiem bolszewickie rady robotnicze. Duchowny zdecydowanie stanął do walki o dusze swojej owczarni, przestrzegając wiernych przed komunistami: "Nie idźcie w służbę złu, brońcie swej duszy przed zatraceniem".
Z tłumem pod budynek Czeka
![]() |
| Metropolita mohylewski abp Edward Ropp (w okularach) i abp metropolita lwowski obrządku greckokatolickiego Andrzej Szeptycki (z prawej), Poznań, 1930 r. (fot. NAC) |
Po wyczerpaniu wszystkich sposobów uwolnienia skazanego na śmierć abp. Roppa, ksiądz Cieplak odprawił Mszę świętą w kościele pw. św. Katarzyny, po czym ruszył z wiernymi pod siedzibę czaka, gdzie doszło do starć z czerwonogwardzistami. Ponieważ był ubrany po cywilnemu, nie rozpoznano go, a tym samym nie aresztowano, ale ponad 80 osób dostało się w ręce policji politycznej. Arcybiskupa Roppa władze sowieckie przekazały Polsce w ramach wymiany więźniów w listopadzie 1919 roku.
Nic dziwnego, iż biskup Cieplak jawił się bolszewikom jako nieustępliwy obrońca Kościoła. Zachowały się jego listy interwencyjne do władz sowieckich.
"Aresztowano księży w Połocku i Mohylewie. Od dawna głębi się wielu księży w więzieniach Witebska i Smoleńska, w Homlu tamtejszy ksiądz został rozstrzelany. Narastające represje nie pozwalają oddawać ostatniej posługi umierającym, chrzcić dzieci, udzielać ślubów. Lud burzy się i nie pojmuje przyczyny prześladowania jego religii" - tak pisał we wrześniu 1919 roku do Michaiła Kalinina, który był przewodniczącym Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego w Moskwie.
Ponieważ praktycznie każdy akt wymierzony w Kościół spotykał się z natychmiastową reakcją bp. Cieplaka, Czeka aresztowała go w kwietniu 1920 r. Duchowny został jednak zwolniony po dwóch tygodniach, pomimo tego, iż odmówił podpisania deklaracji o bezwzględnym posłuszeństwie władzy sowieckiej. Po raz drugi został zatrzymany w 1922 roku, tym razem na dwa dni. Jednak jeszcze nie nadszedł czas na ostateczną rozprawę z hierarchą, który na początku tegoż roku odważył się na założenie tajnego seminarium duchownego po ewakuacji w 1918 roku Akademii Duchownej do Lublina.
Walka o relikwie męczennika
Biskup Jan Cieplak usiłował dochodzić praw katolików za pośrednictwem Poselstwa RP w Moskwie. "Pomimo noty złożonej Sowietom przez Rząd Polski, pomimo telegramu Ojca św. o wykupieniu rzeczy świętych, zabranych z kościołów, represje względem katolików nie tylko nie ustają, ale owszem w ostatnich czasach się wzmagają. W kilku kościołach odważono się otworzyć gwałtem tabernakulum, aby stamtąd zabrać puszkę srebrną" - żalił się 30 maja 1922 roku.
![]() |
| Relikwie św. Andrzeja Boboli, 1938 r. (fot. domena publiczna) |
23 czerwca 1923 roku sowieccy żołnierze otoczyli kościół w Połocku. Wyważyli zamek, po czym w gniewie złamali biskupią pieczęć na trumnie błogosławionego Andrzeja Boboli. Jeden z czerwonoarmistów zdarł z jego ciała szaty, a albę podarł na strzępy. Wobec tych wydarzeń przy trumnie stanęła straż. Dwa dni później wojsko zawróciło, zaś biskup Cieplak wystosował do władz depeszę: "Uważając czyn ten za prowokujący i bezprawny [...] domagam się zaniechania dalszych czynności".
20 lipca bolszewikom udało się wykraść relikwie i wywieść je w nieznanym kierunku. Interwencja biskupa polegała na wysyłaniu kolejnych listów do Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego (WCIK) z żądaniami zwrotu relikwii. Były one utrzymywane w takim tonie, w jakim nikt nie odważyłby się wtedy mówić do władz bolszewickich.
Niebawem relikwie bł. Andrzeja Boboli zostały wystawione w moskiewskim Gmachu Higienicznym Wystawy Ludowego Komitetu Zdrowia, a następnie zamknięte w piwnicy. W końcu we wrześniu 1923 r., kiedy biskup Cieplak przebywał już w więzieniu, Sowieci wydali ciało błogosławionego przedstawicielom papieskiej misji ratunkowej dla głodujących Rosjan, amerykańskim jezuitom Edmundowi Walshowi i Leonardowi Gallagherowi. Przez Odessę i Konstantynopol dotarło do Rzymu we wspomnienie Wszystkich Świętych w 1923 roku. Do Polski trafiło dopiero w czerwcu 1938 roku.
Podniósł rękę do ostatniego błogosławieństwa
![]() |
| Moskiewski proces abp. Jana Cieplaka, ks. Konstantego Budkiewicza i innych księży; po prawej przy małym stoliku w środku prokurator Nikołaj Krylenko, 1923 r. (fot. gazetapetersburska.org) |
Nocą z 25 na 26 marca zapadł wyrok skazujący arcybiskupa Cieplaka i prałata Budkiewicza na śmierć. Sowieci zapowiedzieli, iż zostanie on wykonany w ciągu najbliższych 72 godzin. Pozostałych oskarżonych, wśród nich ks. Rutkowskiego, skazano na wieloletnie więzienie.
"Sceny końcowej nie zapomną nigdy ci, którzy byli jej świadkami. Kobiety poczęły się przedzierać ku ławom skazańców, by otrzymać błogosławieństwo arcybiskupa [...], starały się wyrwać przytrzymującym je żołnierzom; niektóre z nich klęczały, inne padały na twarze, płacząc. Więźniowie stali wciąż jeszcze na estradzie, zaś arcybiskup, zwrócony ku publiczności, podniósł rękę do ostatniego błogosławieństwa" - pisał brytyjski dziennikarz, Francis Mac Cullagh. Już następnego dnia premier Władysław Sikorski mówił: "Zainicjowaliśmy u wszystkich rządów państw zachodnich kontrakcję przeciwko gwałtom bolszewickim, które doprowadziły w konsekwencji do jednolitego protestu ze strony świata cywilizowanego".
Apele do komisarza spraw zagranicznych Georgija Cziczetrina o uwolnienie skazanych płynęły ze wszystkich stron. Intensywne starania podjął chociażby Watykan. W brytyjskiej Izbie Gmin dyskutowano nad wydaleniem z Wielkiej Brytanii sowieckich przedstawicieli handlowych. Po apelu Senatu USA do rządu o stanowcze posunięcia sekretarz stanu podjął działania za pośrednictwem ambasady niemieckiej. Swoje oburzenie wyraził przywódca francuskich socjalistów Edouard Herriot. Prośbę o ocalenie życia ofiarom reżimu przysłała choćby Brazylia. Protesty złożyli w stolicy Sowietów przedstawiciele wielu państw.
Na Butyrkach czekał ostatniej godziny
![]() |
| Ks. Konstanty Budkiewicz (fot. www.vaticannews.va) |
Arcybiskup został umieszczony w osobnej celi. Żaden z osadzonych w więzieniu więźniów nie mógł być pewnym, czy dożyje następnego dnia. W nocy wśród murów rozbrzmiewały krzyki ludzi, którzy byli mordowani bez wyroków śmierci, dlatego też i on mógł obawiać się takiego skrytobójstwa. Warunki były okropne: panował głód, robactwo, brud i zaduch ludzkich odchodów. Na pół godziny wpuszczano do niego ojca Walsha, który przekazywał skazanemu błogosławieństwo od samego papieża. Hierarcha, chociaż z dnia na dzień coraz słabszy, nie tracił ducha. Uczył się włoskiego, o czym pisał w licznych listach, dziękował za życzenia nadsyłane przez przyjaciół, prosił też o modlitwę, by mógł wyjść na wolność "rześki i silny na duchu i mógł służyć ze zbawiennym pożytkiem Kościołowi świętemu". Zdawał sobie sprawę z tego, iż coraz bardziej podupadał na zdrowiu, "Nie wiem, czy wystarczy mi sił, żeby przeżyć zimę. ale niech się dzieje wola Boża" - pisał w listopadzie 1923 roku.
W marcu 1924 roku WCIK zdecydował o wydaleniu biskupa poza granice Rosji Sowieckiej. Być może postanowienie to zapadło z obawy przed kolejnym wystąpieniem papieża, który już raz publicznie poruszył sprawę skazanych kapłanów - dlatego informacja ta została przekazana Watykanowi już 24 marca. Władzom sowieckim, które starały się otumanić świat wizją "kraju wolności", nie po drodze było z publicznym mówieniem o prześladowaniach względem Kościoła.
Arcybiskup Cieślak nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Kiedy przewieziono go na Łubiankę i wepchnięto do samochodu, był niemal pewien, iż oto właśnie nadeszła jego ostatnia godzina. Nawet, kiedy kazano mu wsiąść z dwoma czekistami do pociągu do granicy z Łotwą, był przekonany, iż jedzie na miejsce stracenia. Tymczasem 9 kwietnia na ziemi między granicami sowiecką i łotewską kazano mu wysiadać. Usłyszał, iż jest wolny - dostał swój paszport z wizą łotewską, śledzia, kawałek chleba... i ani jednego grosza. W łotewskim pociągu do Rygi musiał wyjaśnić konduktorowi, iż nie ma pieniędzy, ponieważ właśnie wyszedł z bolszewickiego więzienia. I podał swoje nazwisko, które zrobiło na konduktorze niemałe wrażenie.
Powrót hierarchy do kraju musiał być co chwilę przerywany, ponieważ tłumy ludzi chciały koniecznie go powitać. "Spełniłem tylko swój obowiązek" - powiedział skromnie do zgromadzonych na dworcu w Wilnie.
![]() |
| Powrót abp. Jana Cieplaka z niewoli rosyjskiej, 1924 r. (fot. Wikimedia Commons) |
W Warszawie, chociaż umęczony długą podróżą, pojechał z dworca karetą, która była ciągnięta była przez młodzież do kościoła o. Kapucynów, aby odprawić dziękczynną Mszę świętą. Honory przyjmował z pokorą, a do biskupa Antoniego Nowowiejskiego pisał: "Poznałem siebie dobrze, za łaską Bożą, w więzieniu i widzę swą nicość i niegodność". Na Jasnej Górze modlił się w intencji pozostałych w więzieniu kapłanów.
"Tułał się po Rzymie"
W maju przybył do Rzymu, gdzie oczekiwał go papież. "Od tej wizyty miało wiele zależeć. Chodziło przede wszystkim o to, jaki posterunek otrzyma i gdzie na stałe zamieszka. Ta troska przez dwa niemal lata stanie się dlań powodem wielu udręczeń, a choćby upokorzeń" - pisał ks. Rutkowski.
Podczas spotkania z papieżem Piusem XI arcybiskup poprosił go o zgodę na powrót do Rosji. W samym Rzymie nie miał z czego żyć, dlatego polski rząd przyznał mu miesięczną pensję. Wzbraniał się, ponieważ, jak sam przyznawał, nie był biskupem w Polsce i dla Polski na żadnym urzędowym stanowisku nie pracował, nie chciał tym samym pozostawać na łaskawym chlebie rządu".
Zaproponowaną pensję jednak przyjął - bądź co bądź było to jego jedyne oparcie materialne w Rzymie. Od zaprzyjaźnionych zakonnic otrzymał ciepłą odzież oraz filcowe buty na zimę. Kapłan zamieszkał w domu księży zmartwychwstańców. Otrzymał propozycję zaproszenia do Castel Gandolfo, z której jednak nie skorzystał. Nie chciał bowiem znaleźć się na uboczu życia w nowym schronisku dla biskupów - emerytów.
Wciąż czekał na przydzielenie mu nowych obowiązków, a czas wypełniały mu m.in. uroczystości religijne, spotkania z biskupami z całego świata oraz wiernymi, w tym z rzeszą rosyjskich emigrantów, a także z politykami (np. z Ignacym Paderewskim). Uczestniczył też w Kongresie Eucharystycznym w Palermo oraz w uroczystości przeniesienia relikwii bł. Andrzeja Boboli z kaplicy pałacowej papieża do kościoła Il Gesu, starał się też o jego kanonizację i sprowadzenie relikwii do Warszawy. Odwiedził Neapol, aby zobaczyć cud św. Januarego.
"Byłem, przyznam, niewiernym Tomaszem, [...] w końcu na moją prośbę Monsignor dał mi do rąk ampułkę [...] i już nie miałem wątpliwości, iż widziałem krew w stanie płynnym" - wspominał.
![]() |
| Bł. bp Antoni Nowowiejski (fot. www.swietymarcin.org.pl) |
Tymczasem Watykan, polskie władze oraz Ambasada RP przy Watykanie rozważały różne projekty. Mówiło się o nadaniu mu godności kardynalskiej, ale arcybiskupowi Cieplakowi zbytnio się do niej nie spieszyło: "Musiałbym siedzieć tutaj, gdzie wszystko człowiekowi takie obce, obce..." - pisał w liście do jednego z przyjaciół. Pragnął wrócić do kraju i osiąść jako sufragan przy biskupie Nowowiejskim w Płocku. Jednak jego największym marzeniem był powrót nad Newę, z oczywistych względów niemożliwy.
"Jeszcze Ojciec Święty nie wypowiedział się co do mnie. Myślę, iż prędko wezwie mnie do siebie i da do wyboru: zostać w Rzymie lub wracać do Polski. jeżeli kwestia będzie tak postawiona, to jużcić wracam do Polski kochanej" - pisał w liście z maja 1924 roku.
"Czy ja to wszystko wytrzymam?"
![]() |
| Abp Jan Cieplak w Milwaukee, USA,1925 r. (fot. gazetapetersburska.org) |
Jego dwunastotygodniowy pobyt był, jak pisze ksiądz Rutkowski "triumfalnym pochodem, ale przede wszystkim jakby propagandą głębokiej myśli katolickiej. [...] Jako katolicy mogli Polacy amerykańscy wskazać na arcypasterza i powiedzieć innym katolikom: >>Patrzcie, ten sędziwy kapłan to męczennik za naszą wspólną wiarę. Polska też służy Kościołowi [...]<<".
W Nowym Jorku, do którego przybył w listopadzie, witało go 10 tys. wiernych i dwustu księży. W Waszyngtonie został przyjęty przez samego prezydenta Calvina Coolidge, któremu gorąco dziękował za interwencje władz amerykańskich po jego aresztowaniu u Sowietów.
![]() |
| Nagrobek abp. Jana Cieplaka wykonany przez Bolesława Bałzukiewicza, Katedra Wileńska, 1929 r. (fot. Biblioteka Narodowa) |
"Od rana do nocy jestem zajęty - pisał do biskupa Nowowiejskiego - formalnie ani chwili wolnego czasu".
Podróż do Ameryki, choć z całą pewnością interesująca i ekscytująca, to jednak przerosła jego siły. W Nowym Jorku, gdzie pojawił się na kilka dni przed zaplanowanym na 25 lutego 1926 roku wyjazdem, był już solidnie przeziębiony. Chociaż zemdlał w hotelu, w którym przebywał, udał się jeszcze na bankiet Polonii. Następnie z wysoką gorączką wyjechał do Passaic. Kolejnego dnia przeniesiono go do szpitala. Niestety, wysiłki lekarzy na nic się nie zdały, a arcybiskup zmarł 17 lutego na zapalenie płuc. Polski już nie zobaczył. Jego ciało zostało sprowadzone do kraju i pochowane w katedrze wileńskiej.
Pośród dokumentów pozostawionych przez błogosławionego Stefana Wyszyńskiego, więźnia komunizmu, znaleziono gryps na płótnie wysłany przez arcybiskupa Cieplaka zza krat do bratanic biskupa Nowowiejskiego. Nie do końca jasne jest, w jaki sposób trafił on w ręce Prymasa Tysiąclecia, wiadomo jednak, iż bliski był mu najwyższy hierarcha Kościoła Rosji i mąż stanu, który na długo przed nim powiedział bolszewikom "non possumus".






















