Praca z młodzieżą nie jest łatwa. Przekonuję się o tym przynajmniej od 3,5 lat, czyli od chwili, kiedy rozpoczęłam pracę w świetlicy środowiskowej. A pewnie i ten okres jest znacznie dłuższy. A teraz odziedziczyłam prawie na własność prawie czterdziestoosobową grupkę młodzieży przygotowującej się do sakramentu bierzmowania. Po pierwszym szoku przyszedł czas na refleksje i podstawowe pytanie - "czy i jak sobie z tym wszystkim poradzę". Oczywiście, zawsze mogę liczyć na pomoc ze strony katechetek (nawet z jedną minęłam się na korytarzu szkolnym zanosząc ostatnie papiery w związku z moimi praktykami), inni księża z parafii też pewnie posłużą mi pomocą, ale niepokój zawsze jest. W pewnej chwili chciałam się choćby wycofać. Ale pomyślałam sobie, iż skoro Ksiądz Niosący Światło zaproponował mi to nietypowe zastępstwo, to ufa mi i moim możliwością. Że może nie jestem (jeszcze) formalnie teologiem, ale coś tam liznęłam tej dziedziny i na turystyce religijnej, i na Naukach o Rodzinie.
Postanowiłam działać od razu i za pośrednictwem messengera poprosiłam kandydatów o szybkie spotkanie na plebani. Od razu jednak zaznaczyłam, iż o ile ktoś nie może przyjść, to spokojnie, nie wyciągnę z tego konsekwencji. W końcu ogłosiłam je z dnia na dzień, a każdy mógł mieć jakieś plany na ten wieczór. Obiecałam im też, iż to pierwszy i ostatni raz, kiedy zwołuję coś w tak krótkim odstępie czasu.
Przyszli wszyscy. Ku mojemu zaskoczeniu. Po wyjaśnieniu im pokrótce sprawy z Księdzem Niosącym Światło i wysłuchania tysiąca pytań na jego temat (ale on będzie na naszym bierzmowaniu? ale on gwałtownie nabierze sił po tym wszystkim? ale on wróci do nas w miarę zdrowy? - chciałabym im na wszystkie odpowiedzieć twierdząco, ale nie potrafię), przeszłam do omówienia reguł naszych spotkań. Na wstępie im przypomniałam, iż bierzmowanie nie jest obowiązkowe i wbrew temu co mówią, można bez niego wziąć ślub kościelny. Że mogą nie chodzić na niedzielne Msze i nabożeństwa, o ile mają się nudzić i przeszkadzać. Tak samo ze spotkaniami przygotowującymi. Ale skoro jest to sakrament dojrzałości chrześcijańskiej, to niech wykażą swoimi decyzjami, postawą i zachowaniem, iż są wystarczająco dojrzali do jego przyjęcia. Tylko tyle i aż tyle. Przedstawiłam im plan pracy na najbliższy czas, tak aby dwie strony były jak najbardziej usatysfakcjonowane. Zaproponowałam im przygotowanie jednej z dróg krzyżowych oraz wyjazd w góry, w okolicach kwietnia. Kilka pomysłów jeszcze mam, ale muszę je jeszcze przemyśleć i może przegadać z księdzem.
Nie jestem od ich zbawiania, bo to już zrobił niespełna dwa tysiące lat temu Pan Jezus na krzyżu. Nie chcę być postrzegana jako najlepsza i niezastąpiona w tym, co robię, bo nie jestem. Myślę, iż ja mam być tylko takim delikatnym przewodnikiem w ich podążaniu drogą wiary. Na ile mi się to uda i czy nie polegnę gdzieś po drodze - zobaczymy.
Na razie zaproponowałam, oczywiście chętnym, pomoc w zrobieniu wielkopostnej dekoracji w kościele. Propozycja jest otwarta, nikt nikogo nie przymusza, a można coś zrobić dla dobra wspólnoty. o ile ktoś (a choćby nikt) nie przyjdzie, to zapewniłam ich, iż nie będzie żadnych tego konsekwencji. Ale o ile przyjdą, to będzie to piękne świadectwo ich wiary i zaangażowania w życie parafii. I oczywiście mają zastanowić się co z tą drogą krzyżową i w miarę gwałtownie dać mi znać, abym podała to dalej i przygotowała dla nich rozważania. Wiem, iż to nie ten okres, ale "cuda dzieją się".