2140. W spadku można dostać wszystko

na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com 4 tygodni temu
Co prawda niespodziewana infekcja pokrzyżowała mi weekendowy wypad w góry i porobienie zdjęć dla Księdza Niosącego Światło (hm... stawy kolanowe po ostatniej wywrotce tak mnie bolą, iż nie mogłam choćby pojechać na zajęcia oratoryjne do sąsiedniego S-ca, a co tu mówić o wędrówce pod górę), pomyślałam sobie jednak, iż i tak mogę do niego podejść ze zdjęciami z Ogrodu Kapias oraz Pustyni Błędowskiej, które Wam pokazywałam w poprzednich wpisach. I ewentualnie z ostatniej Drogi Krzyżowej w Wał-Rudzie, na której było mi dane być. Owszem, to nie górskie szczyty, ale zawsze coś. Nie wiedziałam, czy widział kiedyś w ogóle Pustynię Błędowską, a co dopiero zimą. To mogłoby się księdzu choćby spodobać.
I z takim nastawieniem podreptałam po południowej Mszy świętej do leżącego w szpitalu Księdza Niosącego Światło. A przy okazji chciałam się dowiedzieć, co z tegorocznymi kandydatami do bierzmowania. Bo w sumie to głównie on jest odpowiedzialny w swojej parafii za ich przygotowanie. Ja mu tylko od czasu do czasu pomagałam. Np., kiedy czuł się na tyle źle, iż nie był w stanie przeprowadzić z nimi spotkania. Każdemu się może zdarzyć. Teraz adekwatnie nie wiadomo, kiedy wyjdzie ze szpitala, a tym bardziej, kiedy wróci do swoich obowiązków. Mi to się na oko wydaje, iż nieprędko, no ale lekarzem nie jestem. Chociaż w zasadzie, to nie wygląda tak najgorzej, więc pewnie powoli go odkarmiają i dożywiają.
Pokazałam mu zdjęcia. Może nie idealne, ale jakoś tam utrwaliły to, co widziałam na żywo. "A wiesz, iż nigdy nie byłem na Pustyni Błędowskiej zimą?". Bingo! Czymś go zaskoczyłam. Tak samo jak zdjęciami z Wał-Rudy. Też był zaskoczony, iż udało mi się tam być i z uwagą słuchał mojej opowieści o tym miejscu. Chociaż aż tak bardzo w pewne szczegóły nie wnikałam, nie chciałam aby się martwił tym, jak tam dotarłam. Ani choćby tymi moimi kolanami, przez które od kilku dni jestem na lekach przeciwbólowych i przeciwgorączkowych. Poboli i przestanie. Może w przeciągu tygodnia, może dwóch, ale kiedyś na pewno. Nie pierwszy raz i nie ostatni. Więc po prostu robiłam wszystko tak, jakby było w porządku.
Powiedziałam mu, żeby się nie obawiał o bierzmowanych, iż jakby co to chętnie pomogę, a w razie kłopotów albo potrzeby pacyfikacji całego towarzystwa ściągnie się posiłki. Co prawda ilość spotkań, na których byłam zdana na siebie była taka, iż spokojnie można je policzyć na palcach, a jednak chyba nie było tak źle. W każdym razie nie podziękowano mi za współpracę, więc mam podstawę, aby tak sądzić. Będę musiała tylko zmodyfikować nieco mój plan dnia, ale to ogólnie jest do ogarnięcia. Ksiądz Niosący Światło przyznał, iż myślał o tym, czy bym go na tych kilka spotkań nie zastąpiła, nie chciał mnie jednak przeciążać, wiedząc, iż jestem na finiszu moich dwóch kierunków studiów. Ale spokojnie, końcówka wbrew pozorom jest najluźniejsza. Trochę też próbował żartować, iż jeszcze trochę, a zastąpię go w szkole. Nie tak gwałtownie - najszybciej to za trzy lata. O ile przetrwam ten czas. I kto jak kto, ale on jest niezastąpiony. choćby przez szkolne panie katechetki. A iż jeden czy drugi uczeń go nie lubi (to można go nie lubić?) to jest naturalne. Prawda, iż na dniach zaczynam praktyki w jego podstawówce, ale wygryźć go z posady? Co to to nie.
Chyba, iż sam mi odda swoich uczniów, jak bierzmowanych. Ale to tylko tymczasowo, mam nadzieję, "żebym się mogła przygotować do tego, co może mnie czekać". Jak tylko będzie się czuł na siłach, to mu ich oddam.
Jutro mam jedną grupę, zobaczymy jak to będzie. Nie wiem, czy dam radę, ale będę się starała jak tylko będę mogła. Jakby co, to proboszcz służy pomocą. I ksiądz Robcio też. Tylko mam nadzieję, iż ja nie zawiodę i nie zje mnie trema. Albo organizm nie odmówi mi współpracy. Albo autobus nie będzie miał opóźnienia. A jak nie będę wyrabiać albo coś w tym rodzaju, to zawsze mogę odmówić i nikt nie będzie miał do mnie pretensji, co jest dość optymistycznym i dobrym warunkiem.
Idź do oryginalnego materiału