2133. Ogrody Kapias w zimowej odsłonie

na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com 1 miesiąc temu
Nigdy bym nie przypuszczała, iż moje pierwsze spotkanie z dosyć znanymi, przynajmniej na Śląsku, Ogrodach Kapias znajdującymi się w Goczałkowicach, odbędzie się w najbardziej niesprzyjającej ku temu porze roku, czyli zimą. Ale skoro pojawiła się okazja, aby pojechać tam z dzieciakami, to dlaczego bym miała nie skorzystać? Przecież teoretycznie zimą też można wypatrzeć coś interesującego i nieoczywistego.
W środowy poranek autokar dowiózł nas najpierw nad zbiornik goczałkowicki, gdzie dzieciaki miały warsztaty na temat burz i rzek. Burz - żeby jeszcze raz usłyszeć jak należy się zachować, kiedy zastanie nas na środku pustej drogi. Rzek - żeby pokazać, dlaczego naturalna rzeka jest lepsza od uregulowanej. W tym celu dzieciaki pobudowały modele jednej i drugiej, a następnie liczyli, ile sekund zajmuje przemierzenie takiej samej ilości wody w jednym i w drugim rodzaju rzek. Wniosek nasuwał się sam.
Była też okazja przejścia się nad sam zbiornik wody słodkiej w Goczałkowicach, który w czasie wrześniowej powodzi odegrał nietuzinkową rolę, przejmując większą część wody. Dzięki temu, mimo wszystko, miejscowości takie jak Czechowice - Dziedzice czy choćby Bielsko - Biała nie zostały zalane w takim stopniu, w jakim by mogły bez tego zbiornika. Teraz, w zimowo-mroźnej odsłonie wygląda on mniej więcej tak:
Mróz trochę szczypał wszystkich, a w szczególności dzieciaki, we wszystkie możliwe części ciała (chociaż niektórym zdawało się to nie przeszkadzać, bo np. wrzucali na lód różne gałązki i patyki), toteż po krótkiej chwili wróciliśmy do budynku zarządu zbiornika. Tam czekała na nas zupa pomidorowa, drożdżówka "na potem", jakieś przekąski i ciepła herbata.
Posileni i ociepleni ruszyliśmy w stronę autokarów, które przewiozły nas ok. 2 km do Ogrodów Kapias. Hmm... wielokrotnie wyobrażałam sobie, jak one mogą wyglądać, głównie na podstawie zdjęć, które na swoim blogu prezentuje Łucja. Teraz mogłam skonfrontować swoje wyobrażenia z rzeczywistością. Chociaż ta rzeczywistość i tak nieco mijała się z prawdą ze względu na porę roku.
Ogrody Kapias to średniej wielkości teren na obrzeżach (na pewno nie w centrum) Goczałkowic, w których od 1979 roku uprawiane są różne rośliny. Całość została podzielona na różne tematyczne części, dzięki czemu można ograniczyć się do jednego lub kilku zagadnień. My z dzieciakami, które miały niespożyte pokłady energii, przeszliśmy adekwatnie cały obiekt, mimo zimna. Co nieco udało mi się utrwalić na zdjęciach.
W zimowej tematyce - łosie lub renifery i sanie.
Taka sobie ławeczka w kształcie sanek.
Prawie jak igloo.
Nie ma kwiatków, ale są doniczki na prętach.
Chcesz zająć dzieci na dłużej? Wpuść je w labirynt.
Tym razem zamiast listków - kubki.
A tu takie niebieskie "kwiatki".
Niech nie zwiedzie Was to słońce - tego dnia był siarczysty mróz.
Ptaszki! Te co prawda nie ćwierkają, ale wiosną i latem, kto wie...
"Słomiany chochole, związany powozem..."
I znowu ptasi przyjaciele.
Tutaj gdyby nie ten śnieg w głębi, to nikt by nie powiedział, iż mamy zimę.
Te kapelutki są genialne.
Przepraszam za chaotyczność w zdjęciach, ale myślę, iż nie wyszły one najgorzej. Jak widać na nich, w okresie zimowym, kiedy trudniej o naturalne kwiaty, osoby zajmujące się obiektem przyozdabiają go na inne sposoby. Mnie najbardziej podobały się te wiszące kapelusze - na żywo są świetne. A dzieci? Dzieciom chyba wszystko się podobało (najbardziej chyba to, iż mogły się wyszaleć na tamtejszym placu zabaw) co widać na załączonym obrazku:
Właściwie to wzrostowo wkomponowałam się w całą grupę.
Do domu wróciliśmy na godzinę 16:00. No, może nie do końca do domu, bo np. ja musiałam jeszcze trochę drogi zrobić. Ale pod Oratorium, gdzie trochę czekaliśmy na organizatora wyjazdu. A iż mróz nie ustawał, to większość z nas trochę zmarzła. Na takich na szczęście w budynku czekała gorąca herbata.
Ogólnie wyjazd mi się podobał, chociaż działałam w nim na jakieś 80% mojej pełnej mocy. Wszystko przez to, iż dzień wcześniej przejechałam trochę drogi w tę i z powrotem, aby uczestniczyć w pewnym cyklicznym wydarzeniu. Ale nie było tak źle. W sumie, tak sobie myślę, iż wiosną i latem te ogrody muszą wyglądać fantastycznie i przyciągać gamą kolorów i zapachów. Podoba mi się też pomysł z podpisaniem większości roślin. Dzięki temu wiadomo, na co się patrzy.
A skoro zrobiło się tak ogrodowo, to chciałabym wspomnieć o książce, którą przeczytałam w ostatnim czasie, kiedy nauka zeszła ciut na inny plan i mogłam z czystym sumieniem zamienić podręczniki na powieści. W moje ręce wpadła pozycja zatytułowana "Ogród Leoty". Trochę gruba, ale interesująca i zmuszająca do zastanowienia się nad naszymi stosunkami z innymi, a zwłaszcza z rodzicami i dorosłymi dziećmi.
Tytuł: "Ogród Leoty"
Autor: Francine Rivers
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy PAX
Warszawa 2005
Liczba stron: 626

Tytułowa Leota jest mieszkającą w niezbyt bogatej dzielnicy staruszką. Z trudem przychodzą jej poszczególne czynności dnia codziennego, dlatego zwraca się o pomoc do instytucji zrzeszającej w tym celu wolontariuszy. W ten sposób do jej domu trafia student socjologii, Corban. Na pierwszy rzut oka zrzędliwa kobieta nie wie, co tak naprawdę jest powodem pojawienia się w domu tego młodego człowieka. Niemal w tym samym czasie w domu Leoty pojawia się jej osiemnastoletnia wnuczka Annie. Dziewczyna, cały czas tkwiąca w przekonaniu, iż babcia jest złą kobietą, po kolejnej kłótni z despotyczną mamą postanawia pobyć trochę z Leotą. Z każdym dniem coraz bardziej poznaje swoją babcię oraz historię jej rodziny. Czy Annie i Corban odmienią życie starszej pani? Czy Eleonora zdąży pojednać się z matką zanim będzie za późno? I jaką rolę odegra w tym wszystkim zaniedbany ogród za starym domem? Autor niemal do ostatniej chwili trzyma czytelnika w niepewności.
Pozycja "Ogród Leoty" jest dobrym przykładem na pokazanie skomplikowanych relacji na linii matka - córka. Niewyjaśnione tajemnice z przeszłości wyraźnie pokazują, w jaki sposób Eleonora stała się kobietą nie do wytrzymania. Ukrywanie prawdy nigdy nie przynosiło nic dobrego, a tylko zaostrzało konflikty i powodowało, iż ludzie sukcesywnie odwracali się od niej. Tak sobie myślę, iż tytuł książki można odbierać w dwojaki sposób: pierwszy, dosłowny, jako ogród za domem, w którym Annie (a wcześniej i Leota) uprawiały i pielęgnowały różne rośliny. Ale też ogród, jako wnętrze nas samych, tego czy pielęgnujemy poprawne relacje z bliskimi nam osobami, czy pozbywamy się chwastów w postaci kłótni i niedomówień, pozwalając tym samym na same piękne międzyludzkie interakcje niczym kolorowe i pachnące kwiaty w ogrodzie.
Idź do oryginalnego materiału