To skutek świadomego zaniechania reform zrodzonego przez trwogę przed politycznym upadkiem. „Wszyscy dobrze wiedzieli, jak i z jakich powodów gnije medycyna w Polsce, ale «reformowali» chory system wedle reguły stosowanej przez wszystkie rządy – od PRL po niepodległą Rzeczpospolitą – nie leczyć choroby serio, bo spadną słupki poparcia, a odpowiedzialnością za niedomogi obarczać politycznych przeciwników” – taką diagnozę postawił Jerzy Surdykowski w „Rzeczpospolitej”. Status quo jest zatem winą pospołu kolejnych rządów, którym brakło odwagi, by zatrudnić „drugiego Balcerowicza” i pozwolić mu na radykalną terapię polskiej opieki zdrowotnej.
W efekcie ułomnych i cząstkowych pseudoreform „ochronę zdrowia potraktowano jak zwykłą gałąź gospodarki, w której obowiązuje wolny rynek, przetargi, konkurencja i biznes” – mówi dziś były minister zdrowia Radziwiłł. I ma rację. Podobnie w kwestii milionowych wynagrodzeń lekarzy. „To temat zastępczy. Oczywiście, mamy tu do czynienia z patologią. Ale ta patologia jest objawem, a nie istotą problemu” – uważa Radziwiłł. Tu też ma rację.













