Wyją syreny, ale większość z nas nie wie, co robić [WYWIAD]

radiokielce.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: Wyją syreny, ale większość z nas nie wie, co robić [WYWIAD]


Większość Polaków nie wie, jak zachować się po usłyszeniu syren alarmowych. – W sytuacji zagrożenia potrzebujemy prostych poleceń i źródła informacji, któremu ufamy. Bez tego będziemy naśladować innych – powiedział PAP psycholog społeczny prof. Tomasz Grzyb.

PAP: Wyją syreny alarmowe. Co robi przeciętny człowiek? Szuka schronienia, wpada w panikę czy myśli: „pewnie ćwiczenia» i sięga po telefona?

Prof. Tomasz Grzyb, psycholog społeczny, dziekan Wydziału Psychologii Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu: – Obawiam się, iż większość z nas kompletnie nie wie, jak się zachować, bo po prostu tego nie przećwiczyliśmy. Syrena alarmowa dla większości z nas nie jest znakiem czegokolwiek. Warszawiacy wiedzą, iż syreny wyją 1 sierpnia o godz. 17, w innych miejscach mogą się kojarzyć z Ochotniczą Strażą Pożarną. Zwracają uwagę, ale nie niosą informacji: co adekwatnie powinienem teraz zrobić?

Kilka dni temu byłem na konferencji w Niemczech i w pewnym momencie wszystkim obcokrajowcom zadzwoniły telefony – dźwiękiem, którego nikt z nas nie miał ustawionego. Niemcy testowali system powiadamiania o sytuacjach nagłych. Na ekranie pojawiła się informacja: to jest test, nic nie musisz robić, przez najbliższe 45 minut mogą przychodzić kolejne komunikaty. To przynajmniej zmniejszało niepewność. U nas słyszymy syrenę i przez cały czas pozostaje pytanie: cóż adekwatnie powinniśmy zrobić?

Czyli problemem nie jest choćby to, czy wpadniemy w panikę, tylko iż nie wiemy, jak zareagować?

– Mam poczucie, iż wojna w Ukrainie dała nam coś niezwykle cennego – czas na przygotowanie się. Mogliśmy go wykorzystać, żeby dokładnie przejrzeć nasze systemy bezpieczeństwa, sprawdzić, co w nich nie działa, ale przede wszystkim przygotować ludzi. Pokazać im, iż ich bezpieczeństwo zależy nie tylko od państwa i służb, ale także od tego, czy sami wiedzą, co zrobić w sytuacji zagrożenia: gdzie się schronić, kiedy opuścić budynek, co ze sobą zabrać.

I nie mówię tylko o bombardowaniu czy dronach. Bardziej prawdopodobne mogą być zagrożenia związane z kryzysem klimatycznym, powodzią czy blackoutem. Nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo jesteśmy zależni od prądu. Rzadko zastanawiamy się, co zrobimy, jeżeli nasze mieszkanie przez 24 godziny będzie go pozbawione.

Jesteśmy trochę jak pijane dzieci we mgle. Wiemy, iż coś może się wydarzyć, ale nie wiemy, co wtedy zrobić.

A pan jest przygotowany, słynny plecak ucieczkowy spakowany?

– Spakowałem, a jakże, na wyraźne życzenie mojej żony. Ten plecak jest dosyć często przeglądany i aktualizowany, ale jestem przekonany, iż w wielu polskich domach takich plecaków nie ma.

Oczywiście dostaliśmy rządowy poradnik bezpieczeństwa. To dobry pomysł, żeby mówić ludziom o przygotowaniu na trudne sytuacje, ale to nie wystarczy. najważniejsze jest wdrożenie pewnych nawyków, skryptu postępowania. Kiedy ludzie wiedzą, co mają robić i gdzie się udać, choćby jeżeli daje im to tylko marginalne poczucie bezpieczeństwa, jest to dużo lepsze niż nierobienie niczego.

Jeden z moich przyjaciół zamieszkałych w Norwegii pokazywał mi, jak wygląda jego przygotowanie na kryzys. Musi mieć dwa niezależne źródła ogrzewania, a także zapas jedzenia, wody i leków na trzy dni. Przez ten czas powinien być samowystarczalny; potem pomoc musi już nadejść. Czy my jesteśmy przygotowani na trzy dni bez pomocy z zewnątrz? Mam poważną obawę.

Tyle iż u nas z tym drugim źródłem ogrzewania może być problem. Wiele osób ma stare kominki, których w okresie grzewczym nie wolno już używać, bo nie spełniają norm.

– I to jest świetne pole do działania dla państwa. Można powiedzieć ludziom: o ile macie taki kominek, nie likwidujcie go, niech zostanie na sytuację awaryjną. Bo może przyjść moment, kiedy trzeba będzie zdecydować, co jest ważniejsze – ogrzanie domu czy chwilowo większe zanieczyszczenie powietrza. To rządzący powinni ustalić reguły określające, kiedy przechodzimy w tryb awaryjny i pewne rzeczy stają się dozwolone.

Wróćmy do zachowania człowieka w chwili, kiedy zagrożenie już się pojawia. Co robimy, gdy po raz pierwszy dociera do nas, iż tym razem to nie są ćwiczenia?

– Pierwszym odruchem może być podejście do okna czy wyjście na balkon, bo chcemy wiedzieć, co się dzieje. Chcemy się przekonać, czy rzeczywiście coś nam zagraża. Przy kolejnym takim zdarzeniu być może już będziemy wiedzieli, co robić, bo będziemy mieli pewien system, skrypt postępowania.

Kiedy jednak zagrożenie pojawi się po raz pierwszy, prawdopodobnie będziemy potwornie rozemocjonowani. A jeżeli nie będziemy wiedzieli, co robić i w którą stronę biec, zaczniemy naśladować ludzi wokół nas. To jest jakiś sposób funkcjonowania i w wielu przypadkach daje szansę przetrwania, ale dużo lepiej wiedzieć, co robić, niż ślepo podążać za tłumem.

W filmach katastroficznych tłum błyskawicznie wpada w panikę. W rzeczywistości też tak jest?

– Niestety bardzo często. Dlatego tak ważne jest przećwiczenie pewnych sytuacji. Przywołam historię, która skończyła się dobrze właśnie dlatego, iż ludzie potrafili powstrzymać naturalne odruchy.

W 2024 roku samolot Japan Airlines po zderzeniu z innym statkiem powietrznym na lotnisku Haneda w Tokio stanął w płomieniach. Pasażerowie mieli naturalny odruch wyciągania swoich bagaży, a to jedna z najgorszych rzeczy, jakie można zrobić podczas ewakuacji z płonącego samolotu. Personel bardzo wyraźnie polecił: natychmiast kierować się do wyjścia, zostawić wszystkie bagaże. Posłuszeństwo wobec ludzi, którzy wiedzieli, co robić i mieli to przećwiczone, uratowało życie ponad 300 osób.

To pokazuje, jak ważne są ćwiczenia i mentalizacja, czyli wcześniejsze wyobrażenie sobie sytuacji zagrożenia. My tymczasem staramy się takie myśli od siebie odsuwać.

Co silny stres robi z naszym myśleniem? Jesteśmy jeszcze w stanie analizować informacje i podejmować decyzje?

– Kiedy jesteśmy bardzo mocno zestresowani, chcemy podążać za tymi, którzy wydają się wiedzieć, co należy zrobić. Chcemy mieć kogoś, komu możemy zaufać i kto wyraźnie powie: idź w tę stronę, zostaw bagaż, pójdź tam, nie idź tutaj.

To nie jest czas na wymyślanie nowych form zachowania ani zastanawianie się, czy tu będzie lepiej, czy tam bezpieczniej. To jest czas na wykonywanie poleceń. Dlatego tak istotne jest stworzenie systemu, w którym ktoś będzie te polecenia wydawał, a my będziemy chcieli go słuchać.

To nie jest oczywiste. Polacy mają mocno zakorzenioną niechęć do wykonywania różnego rodzaju poleceń, mamy też niski poziom zaufania do decyzji rządu. Tymczasem w sytuacji zagrożenia nasze bezpieczeństwo może od tego zależeć w sposób adekwatnie zero-jedynkowy.

Jak więc powinien wyglądać dobry komunikat alarmowy?

– Powinien zaczynać się od krótkiego, dyrektywnego komunikatu, który mówi, jakie kroki należy podjąć. Potem ważne jest wyjaśnienie, dlaczego powinniśmy je podjąć i dlaczego powinniśmy tego komunikatu posłuchać.

Z badań wiemy też, iż skuteczniejsze są komunikaty mówiące, co zrobić, niż mówiące, czego nie robić. „Wyjdź natychmiast» jest lepsze niż „nie zabieraj ze sobą niczego». Mamy badania pozwalające lepiej zrozumieć ludzkie zachowania w takich sytuacjach. Musimy tylko chcieć je wykorzystać.

Czy wcześniejsze przygotowanie nie oznacza jednak ciągłego straszenia ludzi katastrofą albo wojną?

– Nie. Ja na przykład uczę swoje dzieci, żeby wchodząc do kina, samolotu czy innego zamkniętego pomieszczenia zawsze sprawdziły, gdzie znajduje się najbliższe wyjście ewakuacyjne. Chodzi o prosty odruch: żeby wiedziały, w którą stronę biec, gdyby coś się wydarzyło.

Czy to jest straszenie? Nie, to zyskiwanie pewnego poczucia kontroli nad rzeczywistością. o ile wiesz, co powinieneś zrobić i jak się zachować, jesteś dużo lepiej przygotowany niż człowiek, który zacznie się orientować dopiero wtedy, kiedy zagrożenie się pojawi.

A częste próbne alarmy? Nie grozi nam efekt chłopca, który tyle razy wołał „wilk!”, iż kiedy wilk naprawdę przyszedł, nikt już nie zareagował?

– Dlatego trzeba pokazywać ludziom, po co robimy ćwiczenia. Powiedzieć: dzisiaj testujemy sprzęt i nasze możliwości, ale chcemy również, żebyście nauczyli się, co oznaczają poszczególne sygnały, jakich komunikatów należy oczekiwać, jeżeli coś złego będzie się działo, i jak je interpretować.

Jeżeli wyją syreny tylko po to, żebyśmy dowiedzieli się, iż działają, tej drugiej części zdecydowanie brakuje.

W kryzysie pojawi się jeszcze telefon – nasz „drugi mózg”. Co się stanie, jeżeli oficjalny komunikat będzie mówił jedno, a media społecznościowe coś zupełnie innego?

– Możemy być pewni, iż dezinformacja będzie narzędziem wykorzystywanym przez przeciwnika, jeżeli rzeczywiście zacznie się dziać coś niepokojącego. Dlatego już teraz powinniśmy nauczyć się, które źródła informacji są wiarygodne i których należy słuchać.

Tylko iż sam pan powiedział, iż nie ufamy rządowi.

– Dlatego już teraz trzeba zastanowić się, jakie służby w Polsce cieszą się zaufaniem społecznym. W moim odczuciu taką służbą jest Straż Pożarna. Można stworzyć system, w którym wiadomo, iż w sytuacji zagrożenia informacje będą docierały przez konkretną aplikację czy numer telefonu firmowany przez tę służbę.

To musi być jedno konkretne źródło. Proszę sobie wyobrazić, co się stanie, jeżeli każdy samorząd zacznie tworzyć własną aplikację do komunikowania się z mieszkańcami. Powstanie niesłychany bałagan. Potrzebujemy jednego systemu, któremu ufamy i który nie jest nadużywany, tak jak stało się to na przykład z alertami RCB.

Warto również ustalić w rodzinie prywatny plan kryzysowy: kto odbiera dzieci, gdzie się spotykamy, jak się porozumiewamy, kiedy telefony nie działają?

– Oczywiście. Jest cała masa rzeczy, które możemy zrobić, a które mają dwa cele. Po pierwsze, rzeczywiście nas chronią. Po drugie, dają poczucie sprawczości – iż w sytuacji zagrożenia nie jesteśmy całkowicie bezradni.

Przez całą naszą rozmowę powtarza pan: trzeba wiedzieć, co robić. Tylko czy dzisiaj przeciętny Polak rzeczywiście wie, gdzie ma się schronić w sytuacji zagrożenia?

– Ja tego nie wiem. I to jest najgorsze – iż nikt z nas tego nie wie. Nie wiemy, czy powinniśmy zostać w pomieszczeniu z najgrubszymi ścianami, zejść do piwnicy, czy ewakuować się z budynku.

Właśnie dlatego tak bardzo brakuje nam informacji i jasnych, precyzyjnych poleceń, co mamy zrobić. To jest ogromne zadanie, które przed nami stoi, a mam wrażenie, iż na razie niespecjalnie się za nie zabieramy.

A powinniśmy. I to zarówno rządzący i służby, jak i my sami – dla własnego bezpieczeństwa.


Prof. dr hab. Tomasz Grzyb
Psycholog społeczny. W swojej pracy naukowej zajmuje się przede wszystkich różnymi formami wpływu społecznego ze szczególnym uwzględnieniem posłuszeństwa (i – co czasem zdecydowanie ważniejsze – nieposłuszeństwa). Redaktor naczelny „Polish Psychological Bulletin”, prezes Polskiego Stowarzyszenia Psychologii Społecznej. Autor i współautor książek (m.in. „Posłuszni do bólu”, „Sto technik wpływu społecznego”, podręcznika „Psychologia Społeczna”) wydawanych w Polsce, Wielkiej Brytanii oraz we Włoszech. Autor i współautor artykułów w prestiżowych czasopismach naukowych (publikował m.in. w „Journal of Experimental Social Psychology”, „Social, Psychological and Personality Science”, „Social Influence”, „Personality and Individual Differences” i wielu innych). Prowadzi zajęcia (m.in. w Polsce, Niemczech, Grecji, Wielkiej Brytanii) kształcące studentów/studentki oraz praktyków/praktyczki w obszarze wpływu społecznego.

ALERTY I SYRENY – CO OZNACZAJĄ?

2026-09-23

REGIONALNY PORADNIK BEZPIECZEŃSTWA

2025-10-16
Idź do oryginalnego materiału