
Ponad cztery dekady pracy na styku patomorfologii i onkologii, udział w tworzeniu krajowych wytycznych diagnostycznych, setki publikacji naukowych, pokolenia wyszkolonych lekarzy – prof. dr hab. n. med. Anna Nasierowska-Guttmejer, doktor honoris causa Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, to jedna z kluczowych postaci polskiej patomorfologii
NAGRODA ZAUFANIA ZŁOTY OTIS 2026 ZA DOROBEK ŻYCIA W MEDYCYNIE
Spójrzmy na pani bogatą, wieloletnią drogę zawodową. Które momenty uznałaby pani za kamienie milowe?
Takich momentów było całkiem sporo. Zawsze interesowała mnie budowa tkanek. Już na studiach działałam w kole naukowym przy zakładzie histologii, prowadziłam również własne badania, które zakończyły się moją pierwszą publikacją dotyczącą zmian w nabłonku jelita cienkiego u myszy. W tym czasie zetknęłam się także z cytologią ginekologiczną. Były to lata 70.; w Polsce dopiero rozwijały się pierwsze badania w tym obszarze. To doświadczenie, zdobyte jeszcze w ramach nauk podstawowych, pokazało mi, jak istotne jest ich przełożenie na praktykę kliniczną. Dzięki prof. Kazimierzowi Ostrowskiemu odbyłam też krótki staż w zakładzie histologii na Uniwersytecie w Lyonie, gdzie po raz pierwszy zobaczyłam, jak nauki podstawowe przekładają się na praktykę kliniczną, tzn. jak ścisła jest kooperacja między histologią a kliniką.
Czy to wtedy zdecydowała pani o wyborze specjalizacji?
Myślałam o ginekologii i cytologii, nie miałam jednak możliwości pójścia w tym kierunku. Kontynuując zainteresowania histologiczne, wybrałam więc patomorfologię. Już wtedy interesowała mnie także onkologia i połączenie ginekologii, onkologii oraz patomorfologii.
Po pierwszym stopniu specjalizacji zaproponowano mi pracę w Zakładzie Patologii w Instytucie Onkologii w Warszawie. Było to dla mnie idealne miejsce, zgodne z moimi zainteresowaniami. Zrobiłam tam drugi stopień specjalizacji i odtąd całe moje życie zawodowe było związane z patomorfologią i onkologią oraz ścisłą współpracą z klinicystami.
Ta kooperacja wydaje się konieczna, spotkałam się bowiem z opinią, iż dobry wynik patomorfologiczny ustawia całe leczenie. Czy rzeczywiście tak jest?
Zdecydowanie tak. Rozpoznanie nowotworu i wdrożenie leczenia zależy od rozpoznania patomorfologicznego. Obraz radiologiczny może pomóc, ale nie jest decydujący. Podstawą pozostaje ocena mikroskopowa – bez niej nie można rozpocząć terapii.
A jednocześnie jest to specjalizacja, która przez lata pozostawała niewidoczna dla pacjentów. Dziś jest lepiej rozumiana?
Niestety, patomorfologia wciąż pozostaje bardzo słabo widoczna. Z moich doświadczeń wynika, iż pacjenci – często po rozmowach z innymi pacjentami, rodziną czy znajomymi – sami zaczynają szukać kolejnych specjalistów, którzy oceniliby pobrane od nich wycinki po raz drugi czy trzeci. To niepokojące zjawisko, bo pokazuje brak zaufania do postawionego rozpoznania. Poniekąd wiąże się to z tym, iż niektórzy lekarze zamiast skonsultować wynik z patomorfologiem i wyjaśnić ewentualne wątpliwości, podważają go. Pacjenci zaczynają więc krążyć od ośrodka do ośrodka i nierzadko trafiają do mnie jako kolejnej osoby konsultującej. Osłabia to niestety wiarygodność naszej pracy, a jednocześnie utrwala przekonanie, iż kluczową rolę odgrywa wyłącznie lekarz klinicysta, który otrzymuje wynik i na jego podstawie prowadzi leczenie. A przecież to właśnie rozpoznanie patomorfologiczne jest fundamentem dalszych decyzji terapeutycznych!
Dlatego nie powinno się nas sprowadzać do roli zaplecza diagnostycznego, a niestety tak jesteśmy traktowani. Przykładem jest konsylium onkologiczne, w którym biorą udział onkolog kliniczny, chirurg onkologiczny, radioterapeuta i radiolog. Nasza obecność nie jest wymagana, mimo iż decyzje terapeutyczne zapadają na podstawie rozpoznania patomorfologicznego, które bywa dyskutowane i omawiane bez nas. Jesteśmy lekarzami i ponosimy pełną odpowiedzialność za rozpoznanie. Co jakiś czas pojawiają się choćby pomysły, żeby włączyć nas do grona diagnostów laboratoryjnych, co jest absolutnie nie do przyjęcia, bo to zupełnie inna dziedzina.
Medycyna bardzo się zmienia, rozwijają się nowe technologie. Co według pani powinno pozostać niezmiennym rdzeniem patomorfologii?
Rdzeniem zawsze musi być rozpoznanie choroby, pod którym podpisuje się patomorfolog. Oczywiście korzystamy z różnych metod: histopatologii, immunohistochemii, badań molekularnych, ale to obraz mikroskopowy pozostaje kluczowy. Badania molekularne są bardzo ważne, powinny jednak uzupełniać diagnostykę patomorfologiczną, a nie ją zastępować. Te same mutacje genowe mogą występować w różnych nowotworach; ostatecznie decyduje kontekst morfologiczny i przydatność kliniczna.
Od lat jestem też zwolenniczką – i jako prezes Polskiego Towarzystwa Patologów konsekwentnie o to zabiegałam – wprowadzenia jednolitych raportów synoptycznych, czyli ujednoliconych opisów wyników patomorfologicznych, wzorowanych na standardach międzynarodowych. Taki uporządkowany, wspólny język pozwala klinicystom najlepiej zrozumieć nasze rozpoznania. Chodzi o to, aby raport miał stałą, przejrzystą formę, zawierał niezbędne cechy morfologiczne, czynniki prognostyczne i predykcyjne przydatne do podjęcia decyzji terapeutycznych, a nie był dowolnym „poetyckim” lub skąpym i nieprzydatnym klinicznie opisem tworzonym według indywidualnych przyzwyczajeń.
Dziś przez cały czas tego nie mamy?
Niestety, nie w pełni. Istnieją co prawda wzorce i wiemy, na czym się opierać, ale w ostatnich latach nie zostało to powszechnie wdrożone; nie obowiązuje nas jednolita, uaktualniona i rekomendowana przez Polskie Towarzystwo Patologów forma raportowania.
Kolejna kwestia to kadry. Już dekadę temu zwracała pani uwagę na niedobór patomorfologów. Czy coś się w tej kwestii zmieniło? Młodzi chcą się kształcić w tym kierunku?
Przez te lata zmieniło się niewiele, choć trzeba przyznać, iż pojawiają się rezydenci i szkolą się w różnych ośrodkach patomorfologii. Jednocześnie część osób rezygnuje w trakcie specjalizacji, bo to bardzo wymagająca i odpowiedzialna dziedzina. Nie ma też ujednoliconego systemu szkolenia; rezydenci uczą się w swoich ośrodkach, ale brakuje regularnych szkoleń praktycznych w ośrodkach referencyjnych w danych dziedzinach. Jako prezes PTP byłam zwolenniczką organizowania stacjonarnych szkoleń dla rezydentów, które obejmowałyby aspekty techniczne, pobieranie materiału oraz jego ocenę. Niestety, pomysł nie został zrealizowany. Wciąż mówimy więc o liczbie ok. 400 patomorfologów w Polsce, a to zdecydowanie za mało w stosunku do potrzeb, dlatego większość z nas pracuje w kilku miejscach jednocześnie.
Jakie mogą być konsekwencje tego niedoboru?
Bardzo poważne. Bez patomorfologicznego rozpoznania nie ma leczenia – nie tylko w onkologii, ale też w wielu innych dziedzinach jak np. gastroenterologia, ginekologia, urologia czy dermatologia i neuropatologia. Coraz częściej stosuje się terapie biologiczne, które wymagają precyzyjnej diagnostyki z oceną nowych czynników predykcyjnych. I trzeba powiedzieć jasno: sztuczna inteligencja nie zastąpi patomorfologa. Może go wspierać, ale ostateczna interpretacja zawsze musi należeć do lekarza.
Co daje dziś pani największe poczucie spełnienia po tylu latach pracy?
Myślę, iż przede wszystkim udział w opracowywaniu wytycznych diagnostycznych i terapeutycznych we współpracy z onkologami i specjalistami z różnych dziedzin w ramach zespołów interdyscyplinarnych. Jako patomorfolog byłam zapraszana do pracy w polskich grupach eksperckich, co było dla mnie dużym zaszczytem. Te wytyczne oczywiście z czasem się zmieniały i wymagały aktualizacji, ale właśnie proces współtworzenia miał dla mnie szczególne znaczenie. Byłam również zapraszana do grona współautorów monografii dla studentów i lekarzy w dziedzinach chirurgii, chirurgii onkologicznej i ginekologii onkologicznej. Wśród nich szczególną pozycję stanowi „Słownik onkologiczny”.
Brałam również udział w grantach, w tym w projektach wieloośrodkowych realizowanych w Centrum Onkologii. Równie istotnym obszarem była dla mnie działalność dydaktyczna, czyli szkolenie młodych lekarzy specjalizujących się w dziedzinach patomorfologii i onkologii. Wyszkoliłam wielu rezydentów z patomorfologii. Byłam promotorem czterech doktoratów, co w naszej specjalności nie jest częste. Zorganizowałam muzeum preparatów mikroskopowych w Zakładzie Patomorfologii Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie (obecnie PIM MSWiA), w którym byłam kierownikiem przez 20 lat. To miejsce do dziś służy szkoleniu rezydentów. Praca w CSK MSWiA dała mi możliwości poznania diagnostyki szerokiej gamy chorób nienowotworowych. Była również okazją do współpracy i zawarcia kontaktów ze wspaniałymi lekarzami gotowymi do ciężkiej i ofiarnej pracy w różnych zdarzeniach losowych. w tej chwili pracuję na Uczelni Łazarskiego, gdzie przekazuję studentom wiedzę patomorfologiczną i kliniczną. To wciąż bardzo ważna część mojej pracy.
A czy pozostało coś, co chciałaby pani zmienić lub osiągnąć w swojej dziedzinie?
Chciałabym, aby wreszcie zostały zaktualizowane i wdrożone jednolite wytyczne diagnostyczne oraz raporty patomorfologiczne opracowane przez PTP. Bardzo ważna jest też elektroniczna forma raportowania, dziś dostępna tylko w części ośrodków. Potrzebujemy ponadto ośrodków referencyjnych w poszczególnych dziedzinach patomorfologii: dermatopatologii, patologii ginekologicznej czy przewodu pokarmowego i urologii, w których rezydenci mogliby uczyć się od najlepszych specjalistów, a specjaliści patomorfolodzy mogliby konsultować i dyskutować nad trudnymi przypadkami. przez cały czas jest wiele do zrobienia.














