- Wciąż nie mogę dojść do siebie. To, co tam się wydarzyło, nie powinno mieć miejsca w publicznym szpitalu. Ani w żadnym gabinecie - przekazuje "Gazecie Wyborczej" córka jednego z pacjentów, który w styczniu trafił do Narodowego Instytutu Onkologii. Sprawa jest w tej chwili wyjaśniana przez szpital.