Wady serca i zalety na Olimpie cz. 9

przegladdziennikarski.pl 3 dni temu

Matecznik profesora Żery

W Warszawie istniały dwa najlepsze ośrodki kardiologiczne: IV klinika Chorób Wewnętrznych profesora Zdzisława Askanasa i Klinika CMKP (Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego) przy ul. Goszczyńskiego profesora Edmunda Żery. Do grona uczniów Askanasa należeli: późniejsi profesorowie: Mariusz Stopczyk, Leszek Ceremużyński, Zygmunt Sadowski i Tadeusz Kraska.

Obie kliniki posiadały wizję kardiologii przyszłości, obie nawiązywały i pielęgnowały kontakty z zagranicznymi ośrodkami. Profesor Żera pasjonował się umiarawianiem migotania przedsionków chinidyną i pozawałową rehabilitacją. Utrzymywał cenną łączność z klinikami Vaqueza w Paryżu i Wenckebacha we Wiedniu. To miało istotne znaczenie w tworzeniu ośrodka podejmującego pierwsze próby cewnikowania serca, urządzania specjalistycznych pracowni i zdobywania narzędzi do prac badawczych. Uchodził za człowieka „twardego”, wymagającego. Funkcję zastępcy pełniła doktor Halina Mojkowska, a w skład zespołu weszli: Tadeusz Hryniewiecki, Włodzimierz Kraszewski, Wiesław Stembrowicz, Maria Hoffman, Krystyna Ilmurzyńska, Wanda Rydlewska Sadowska. Jesienią 1963 roku dołączył Witold Rużyłło.

Zaszczytny etat asystenta oznaczał nie tylko zajmowanie się chorymi, częste 24 godzinne dyżury, zbieranie materiału do publikacji, doktoratu, ale również, co zrozumiałe, przygotowywanie się i zdawanie kolejnych egzaminów specjalizacyjnych. Na sen musiało wystarczyć cztery – pięć godzin. Wyczerpujący tryb życia nie przeszkadzał w ożywionym życiu towarzyskim. Atrakcyjnych kobiet nie brakowało. W wypełnionym po brzegi kalendarzu zajęć doktor Rużyłło dojrzewał do stabilizacji, którą ofiaruje małżeństwo. Ostatecznie w 1965 roku dawka nasycająca korzenia mandragory zadziałała i w ambasadzie polskiej w Paryżu poślubił nie tylko piękną ale i ambitną absolwentkę Akademii Sztuk Pięknych – Teresę. Świadkiem był architekt Jacek Cybis, syn Jana. Podróż poślubna dookoła Francji. Druga uroczystość odbyła się w Warszawie. Ślub jest wydarzeniem nie tylko dla dwojga, rodzina domagała się powtórki. Wybrano kościół Karmelitów, miejsce uświęcone tradycją rodzinną, ponieważ właśnie tu został zawarty związek małżeński rodziców Witolda.

– Jak była ubrana panna młoda? Długie zastanawianie się i wyczerpująca, męska, syntetyczna odpowiedź:

– Ładnie.

Teresa była zjawiskowa z burzą czarnych włosów, płonącymi oczyma, takimi jakie mają tylko brunetki, szczupła, zgrabna, intelektualnie doskonale dostrojona tym bardziej, iż obszar jej zainteresowań i pracy należał do innej planety, rozszerzał horyzont. Zostanie cenioną scenografką, autorką wielkich instalacji, cenioną współpracowniczką znanych osobistości w dziedzinie sztuk pięknych. Wrodzony, artystyczny zmysł, oszlifowany w dobrej szkole, zamieni każde miejsce domowego zacisza, mniejsze czy większe, w wysmakowane enklawy domowej odskoczni od zawodowej kariery, nauczy łamania monotonii męskiego garnituru wyborem jakiegoś odcienia, czy subtelnej zmiany detalu koszuli. Uprawianiu sztuki towarzyszą różne sidła, zarówno w sukcesach jak i porażkach, ale w sytuacjach szczególnie trudnych, wydaje się być niezawodnym miejscem schronienia.

Profesor Żera tworzył diagnostykę inwazyjną. Sprowadził aparat Philipsa do cewnikowania serca i specjalistę z Czechosłowacji Jižego Endrysa, który uczył tej techniki doktorów Tadeusza Hryniewieckiego i Włodzimierza Kraszewskiego. Dołączył do nich najmłodszy – Witold Rużyłło.

Pracownię nadzorować miała adiunkt Krystyna Ilmurzyńska, która wróciła ze stażu w Filadelfii i przywiozła cewniki do koronarografii.

Pierwszy taki zabieg na świecie został wykonany przypadkowo. Zdarzyło się to Masonowi Sonesowi 30 października 1958 roku, w Cleveland [64]. W czasie planowanej aortografii, cewnik nieoczekiwanie wślizgnął się w ujście prawej tętnicy wieńcowej, która wypełniła się kontrastem. Nastąpiła asystolia – zatrzymanie akcji serca. Wytrawny kardiolog, do tego pediatra, nie stracił zimnej krwi i zdążył polecić choremu „jedynie” zakaszleć. Rytm serca powrócił. Reakcja, jej szybkość na mrożące krew w żyłach zdarzenie, potwierdziły klasę operatora. Potencjał dostrzeżony, metoda udoskonalona. Tę technikę ulepszył szwedzki radiolog Sven Ivar Seldinger [65], a następnie Melvin Judkins [66], który sztywnym cewnikom, metodą zwykłego ogrzewania, nadawał pożądany kształt (każda z tętnic wieńcowych odchodzi z opuszki aorty w innym miejscu, ma inny przebieg, zaopatruje inny obszar mięśnia serca). A opuszka aorty to pierwszy, bulwiasty segment nad zastawką aortalną największej, najdłuższej tętnicy.

Doktora Rużyłłę dopuszczono do wykonywania koronarografii pośredniej metodą Paulina. Ta metoda nie zawsze pozwalała na uzyskanie czytelnego obrazu tętnic, szczególnie w stanach ze zwiększonym wyrzutem krwi z serca, na przykład w niedomykalności zastawki aortalnej. W Stanach wstrzykiwano choćby acetylocholinę, która powodowała kilku sekundowe zatrzymanie czynności serca. W klinice profesora Żery już od roku mówiło się o konieczności wprowadzenia selektywnej koronarografii.

Do Kliniki należał Oddział Dziecięcy, kierowany przez doktor Aleksandrę Wiland – Żerę, prywatnie żonę profesora. U tych małych pacjentów najczęściej występowały wady serca nabyte po gorączce reumatycznej czy anginie, a spośród wad wrodzonych – koarktacja aorty, czyli zwężenie cieśni – górnego segmentu aorty zstępującej.

W 1967 roku doktor Rużyłło przygotował pierwszą samodzielną pracę o napadowym częstoskurczu komorowym, leczonym prokainamidem [67]. Tekst liczył dwadzieścia stron. Profesor polecił redukcję tekstu do jednej trzeciej, podobnie jak musiał się uporać z zaleceniem promotora Amerykanin Hugh Everett, który musiał skrócić dysertację (1956 r,) o dwie trzecie. Przeciwstawił się paradygmatowi o funkcji elektronu w atomie. Wykazał, iż ma on naturę falową. Matematyczne dowody 26 letniego badacza choć zaskakujące, nie pozostawiały wątpliwości, ale były sprzeczne z opinią uznanego autorytetu – Nielsa Bohra twórcy teorii korpuskularnej elektronu. Dziś wiemy, iż materia charakteryzuje się dualizmem i obie teoria są prawdziwe.

Po 3 latach zaczęły się ukazywać kolejne publikacje Witolda Rużyłły. Dotyczyły leczenia zaburzeń rytmu propranololem [68], zwężenia zastawki mitralnej, aortalnej [69] [70], wady mitralnej [71] (współistnienie zwężenia z niedomykalnością). Dziś patrzy z ledwie dostrzegalnym zdziwieniem na tytuł, którego był współautorem: „Ewolucja krzywej elektrokardiograficznej po komisurotomii mitralnej”. W 1967 roku zdał egzamin specjalizacyjny pierwszego stopnia z chorób wewnętrznych.

W tym samym roku radiolog Melvin Paul Judkins [72] w Stanowym Uniwersytecie w Oregonie zastosował technikę wprowadzenia cewników przez tętnicę udową do każdej z tętnic wieńcowych. Cewniki Judkinsa były proste, ale w czasie wprowadzania do ujść tętniczych wymagały obrotu. Profesor Żera uznał, iż ta metoda ma przyszłość.

Zwężonymi tętnicami wieńcowymi od dawna zajmowali się kardiochirurdzy. Kanadyjczyk Arthur Vineberg [73] od 1946 roku publikował kolejne prace o wszczepianiu tętnicy sutkowej wewnętrznej do niedokrwionego mięśnia lewej komory. Ale wyniki nie były dobre.

Robert Hans Goetz 2 maja 1960 roku w Bronx Municipal Hospital połączył

tętnicę sutkową wewnętrzną z prawą tętnicą wieńcową, wykonał pierwszy w historii kardiochirurgii bypass. Pacjent zażywał przed operacją 70 – 90 tabletek (!!) nitrogliceryny dziennie. Po zabiegu objawy dusznicy bolesnej, jak ręką odjął, ustąpiły, drożność połączeń udokumentowana [74], ale kardiolodzy, kardiochirurdzy słuchając nie słyszeli, patrząc nie widzieli. Roberta Goetza spotkała miażdżąca krytyka. A chory? Miał się dobrze przez rok. Potem zmarł z powodu zawału ściany dolnej. Stosowane dziś bypassy opierają się na idei Getza. Pomysłodawca i wykonawca zabiegu nie miał siły przebicia i do sceptycznej oceny koleżeństwa odniósł się pokornie. Dalszych prób chirurgicznego leczenia choroby wieńcowej nie podjął.

Urodził się 17 kwietnia 1910 r. we Frankfurcie. Z powodu nazistowskiej oceny jako „niepewnemu politycznie”, nie wydano dyplomu poświadczającego doktorat (otrzyma go po 62 latach). Drugi przewód obronił w Szwajcarii. W Edynburgu pozwolono mu kontynuować badania naczyniowe, ale tylko przez rok. W Kapsztadzie w Groote Schuur nie uznano jego dyplomów, musiał je nostryfikować. W Stanach również mgła mózgowa, katarakta. Nie dostrzeżono choćby praktycznego przesłania jego osiągnięcia, rozpoczynającego nową erę kardiochirurgii. Los miotał nim po różnych zakątkach świata, gdzie oczekiwały go co raz to nowe, trudne zadania, a podstępne lub szablonowo bezmyślne decyzje, usuwały grunt pod nogami. Był takim zawodnikiem, którego po każdym udanym występie, przesuwa się na ławkę rezerwowych. Ratowała go osobowość, umiejętność dostrzegania czegoś większego w czymś mniejszym.

W 1964 r Edward Garrett, Jimmy Howell i Michael DeBakey wykonali z sukcesem aortalno wieńcowy pomost żylny, ale pracę opublikowali po dziewięciu latach [75], a sam DeBakey nie upatrywał przyszłości tej metody [76].

Dopiero Rene Geronimo Favaloro w klinice w Cleveland, 30 listopada 1967 roku przełamał impas i przekonał lękliwych niedowiarków, ceniących bezpieczną stagnację bez nieodłącznego ryzyka innowacji, iż żyła wypreparowana z kończyny dolnej pacjenta i wszczepiona z jednej strony w wysoko ciśnieniową aortę, lub odchodzącą od niej tętnicę (sutkową), z drugiej w chorą tętnicę wieńcową poniżej zwężenia (ciśnienie w zwężonych tętnicach wieńcowych jest niższe niż w aorcie), naprawia ukrwienie centralnej pompy ludzkiego ciała [76], [77]. Pierwszy bypass w Polsce przeprowadził w Łodzi profesor Jan Moll [78].

Jednakże leczenie chirurgiczne choroby wieńcowej wymaga udokumentowania zmian miażdżycowych i określenie lokalizacji w tętnicach. A do tego jest konieczna koronarografia.

W 1968 roku profesor Żera wyjechał, jak co roku, do Zakopanego na narty, doktor Kraszewski na staż do Szwajcarii. W klinice leżał pacjent z chorobą osierdzia. Różnicowano zwłóknienie osierdzia z zaciskającym zapaleniem. Rozpoznanie opierano jedynie na podstawie obrazu klinicznego. Różnicującego dowodu mogła pośrednio dostarczyć koronarografia, ponieważ w pierwszym przypadku tętnice wieńcowe stają się niewidoczne, w przeciwieństwie do ich wystarczająco czytelnego obrazu w zapaleniu zaciskającym. Doktor Rużyłło dostrzegł wymarzoną okazję i … usprawiedliwienie ryzyka. Jednakże narzędzi do realizacji pomysłu w klinice, jak i w całym kraju nie było. Musiał je sam sobie, podobnie jak wielu odkrywców, stworzyć. Wyciął cewniki długości metr dwadzieścia, odpowiednio ukształtował końcówki do każdej tętnicy, przygotował koszulki do wprowadzenia cewników i odpowiednie strzykawki. W Pracowni Akademii Sztuk Pięknych, dzięki staraniom Teresy, zajęto się wytoczeniem nakrętek – łączy całego urządzenia.

Doktor wykonywał ten zabieg w sposób wirtualny wielokrotnie. ale co innego manipulowanie cewnikiem w wyobraźni, a co innego podjąć ryzyko w czasie rzeczywistym. Mimo wielu trudności Rubikon został przekroczony. Bez najmniejszych powikłań. Po raz pierwszy w Polsce [79].

Niektórzy uczestnicy kursów samochodowych z wieloletnim wyprzedzeniem prowadzą samochód w wyobraźni, uruchamiają silnik, zmieniają biegi, dodają gazu, hamują przed zakrętami, a kiedy mierzą się z problemem na egzaminie, idzie im jak po maśle. ale wprowadzać nowatorskie, diagnostyczne i jak się później okaże lecznicze narzędzie, do delikatnych, cienkich struktur żywego ciała, kiedy przemieszczanie cewnika kontroluje jedynie czucie w palcach badacza i obraz rentgenowski w odcieniach czerni i szarości, to nieporównywalna skala, zwłaszcza kiedy zabieg wykonuje się z poczuciem odpowiedzialności i przewidywaniem możliwych powikłań. Stopień trudności jak gra etiudy gis dur. Zawrotna szybkość wykonania, kiedy palec zsunie się na sąsiedni klawisz, może utrudnić rozdzielczość choćby bardzo wytrawnego ucha, natomiast lekarz manewrujący cewnikiem w naczyniach pacjenta, nie może pozwolić na drgnienie ręki choćby o ułamek milimetra, bo inaczej katastrofa. O to nietrudno, kiedy z emocji drżą wnętrzności zwłaszcza, kiedy wykonuje taki zabieg po raz pierwszy w życiu i pierwszy raz w kraju.

Tętnice uwidoczniły się bardzo dobrze. Rozpoznanie zaciskającego zapalenia osierdzia zostało potwierdzone, pacjenta zoperowano, zdejmując fragmenty zwapniałej tkanki, serce odzyskało przestrzeń dla rozkurczu. Nowe narzędzie – nieinwazyjna echokardiografia zastąpi inwazyjną koronarografię w bezbłędnym różnicowania chorób osierdzia.

Po powrocie z urlopu profesor Żera skomentował: „to pan jest odważny człowiek”. Poprosił o pokazanie dokumentalnych zdjęć. Natychmiast zrozumiał wyjątkowość materiału. Pogratulował i z wyraźną życzliwością zachęcał do dalszych zabiegów.

Historia cewnikowania serca, od pierwszych prób Claude Bernarda na koniach w 1844 roku, liczyła sobie już 119 lat, kiedy 25 letni urolog Werner Teodor Otto Forssmann zmienił bieg historii kardiologii. Urodził się 29 sierpnia 1904 r. w Berlinie. Już po studiach zwrócił uwagę na rysuneczek w podręczniku fizjologii, przedstawiający dren wprowadzony do żyły szyjnej zwierzęcia. Pomyślał, iż może to być metoda służąca do podania leku wprost do serca, kiedy nierzadko liczy się każda sekunda. Nie przewidział, iż cewnik wprowadzony do serca, umożliwi pomiary opisujące mechanizmy chorób, iż otworzy rozdział niebywałych metod leczenia. Niestety szef kliniki w Eberswalde nie wydał zgody na eksperyment. Wobec tego początkujący doktor, głęboko przekonany o celowości zamiaru, postanowił rozwiązać problem etyczny i wprowadzić cewnik do własnego serca. Do spisku wciągnął pielęgniarkę z bloku operacyjnego Gerdę Ditzen. Zgodziła się i zaofiarowała siebie do roli królika doświadczalnego. Forssmann uśpił jej czujność, naciął sobie skórę we własnym lewym zgięciu łokciowym i wsunął cewnik do żyły. Wykorzystując czas przerwy obiadowej, niezauważalnie przemknęli na rentgen, on z gumową rurką długości 65 cm, grubości niemal pół centymetra w żyle odłokciowej. Był to 1922 rok. Beton w Eberswalde poczuł się głęboko dotknięty. Tkwił w paradygmatach z brakiem wyobraźni, brakiem zdolności przewidywania. Forssmann musiał odejść. Znalazł nowe miejsce pracy w Berlinie, ale kiedy ośmielił się, bez zgody szefa kliniki, opublikować swoje doświadczenie (w 1929 roku), kolejne drzwi zatrzasnęły się przed nim. Musiał opuścić i tę klinikę. Porażkę skwitował słowami: „ żaden dobry uczynek nie ujdzie płazem” [80], tak jak nie uszedł Prometeuszowi, który bez wiedzy szefa, odważył się ukraść iskrę Heliosowi, zmyślnie przemycić w rurce łodyżki kopru i sprezentować ludzkości. Urażony, rozgniewany władca sprawił, iż nieśmiertelność Tytana stała się bardziej bolesna, niż los istot śmiertelnych. Kazał winowajcę przykuć do gór Kaukazu, a tam codziennie przylatywał sęp, na wyżerkę nieśmiertelnej wątroby. Ale pojawił się inny śmiałek, który uchylił boski wyrok – Herakles. Zastrzelił sępa, rozkuł Prometeusza. Zmiękczył boskie serce. Dla Prometeusza kilkaset lat męczarni to chwila, ale u młodego zapaleńca z Eberswalde, nastąpiła inflacja najbardziej twórczych lat życia

Forssmann wyjechał na prowincję. Cewnik wciąż go frapował. Wrócił do źródeł, zajął się urologią. Jego pomysł leżakował do chwili, kiedy zainteresowali się nim Francuz André Cournand i Amerykanin Dickinson Woodruff Richards (obaj rocznik 1895). Pracowali w Columbia University w Nowym Jorku. Może było to łatwiejsze tam, niż w Eberswalde czy w Paryżu. Również i oni w najśmielszych wyobrażeniach nie przewidywali możliwości ukrytych w cewniku wprowadzonym do serca, jak skutecznie pozwoli leczyć zapchane tętnice, oszacować choroby mięśnia, wady serca, rozszerzać zwężone zastawki, wszczepiać nowe, naprawiać niedomykalności, zamykać ubytki przegród w wadach wrodzonych lub wskutek pęknięć przegród, jak w znaczącym zakresie, ta uzbrajana w kolejne nowe techniki metoda, bezboleśnie będzie zastępować kolejne obszary kardiochirurgii.

Parę ładnych lat temu, pewien początkujący inżynier na progu (udanej) naukowej kariery, w czasie dyskusji nad rozwiązaniem jakiegoś problemu, podsumował opinię swojego szefa: ”to wcale nie jest takie głupie co pan profesor mówi”. Sposób wyrażania myśli bywa dyskusyjny, ale w ustach nauczyciela taki zwrot miałby nieco inne znaczenie. Ani w Eberswalde, ani w Berlinie nikt nie wykrztusił: „Werner, to co pan proponuje nie jest wcale takie głupie”. Dokonała tego, niczym Herakles zdejmujący fatum – Kapituła Noblowska. 10 grudnia 1956 roku Forssmann, Cournand i Richards otrzymali nagrodę [81], [82].

Przykrywka przeciętności zdjęta. I nagle świat, naznaczony stadnym instynktem, raczył zrozumieć wagę młodzieńczego eksperymentu. Posypały się zaszczyty, po 34 latach. Forssmann otrzymał stanowisko honorowego profesora Kliniki Chirurgii i Urologii w Moguncji, został szefem Oddziału Chirurgicznego w Dusseldorfie. Na uznanie czekał najdłużej.

Zadano kiedyś noblowskim laureatom niemądre pytanie: co zrobić, żeby dostać tę nagrodę i krótka odpowiedź: dożyć.

No cóż, Mikołaj Kopernik, mimo iż był bardziej przewidujący i opóźnił opublikowanie astronomicznych obliczeń o 30 lat, w nadziei, iż po upływie tak długiego czasu, umysły współczesnych dojrzeją, też się przeliczył. Łatwiej wyśledzić ruchy planet i gwiazd, matematycznie udowodnić obserwacje, niż przewidzieć sposób myślenia współczesnych. Dziwne, zwłaszcza, iż już starożytni udowodnili, iż Ziemia nie jest płaska, obliczyli nawet, trochę zaniżając, średnicę kuli ziemskiej.

Samowolny wyczyn doktora Rużyłły, który „jakoś nie bał się profesora”, pozostał w sferze bezkonfliktowej (choć bez szczególnego entuzjazmu). Wyzwolił w nim poczucie, iż trzeba iść dalej. I tak się zaczęło. Nie miał powikłań. A kolegom zdarzało się przedziurawić tętnicę wieńcową i spowodować zawał serca. To tylko świadczy o trudnej do wyobrażenia precyzji w popychaniu cewnika przez każdy milimetr naczyniowego łożyska, wprost do bijącego serca, jakiej trzeba wyobraźni podczas manewrowania z jedynym podglądem – rentgenowską skopią, jaka jest konieczna delikatność, nieomylność i pewność ruchu.

W 1967 roku odbyło się w Warszawie spotkanie najwybitniejszych w świecie kardiologów, które zorganizował absolwent słynnej Podchorążówki profesor Antoni Chrościcki, autor wielu prac z zakresu kardiologii dziecięcej. Przyjechał sam Bill Rashkind z Filadelfii i Dan MacNamara z Houston, kardiolog prezydenta Eisenhowera – doktor Hal, (kilkanaście razy defibrylował swego pacjenta), John Hopkins z Baltimor koło Waszyngtonu, najlepszej uczelni, którą ukończyła między innymi Helen Taussig, współtwórczyni paliatywnej metody leczenia hipoksji (niedotlenienia) w tetralogii Fallota, przez wytworzenie połączenia tętnicy podobojczykowej z płucną.

Doktor Rużyłło bez skrępowania zagadnął McNamarę. Teksańczyka przygotowanego na wrażenia z trzeciego świata, zadziwiły relacje młodego doktora, który zapytany czym się zajmuje opowiadał o cewnikowaniu transseptalnym (przez przegrodę międzyprzedsionkową z prawego do lewego przedsionka i lewej komory). Amerykanie potrafią natychmiast rozeznać z kim warto pracować i zaproponował dwudziestoośmioletniemu doktorowi staż na kardiologii dorosłych i dzieci – fellowship w Houston w Teksasie, w Baylor College of Medicine, Texas Children’s Hospital i Texas Heart Institute. Istniał jeden warunek, nostryfikacja dyplomu w ambasadzie amerykańskiej. W 1968 roku wraz z innymi pięćdziesięcioma polskimi lekarzami złożył aplikację. Aby zaliczyć egzamin The Educational Council for Foreign Medical Graduates (ECFMG) należało uzyskać 75 punktów.

Gdyby nostryfikacja poległa na odczytaniu i rozwiązaniu pisemnego testu, być może, nie była by aż takim problemem. Ale odpowiedzi na podchwytliwe pytania czytał lektor, który niestety, a może i celowo, nie miał dykcji Harwey’a Feigenbauma, więc dla wzrokowców był to dodatkowy, istotny próg trudności.

Doktor Rużyłło otrzymał 78 punktów i tym samym uzyskał prawo praktyki w USA.

Na razie jednak, kolejny warunek postawił profesor Żera: najpierw doktorat.

W środowisku lekarzy amerykańskich (i wszędzie indziej) konflikty interesów, strategie rozwiązań, jak wśród bogów na Olimpie. Nic w tym dziwnego. Człowiek obdarował ich własnymi słabościami, nieujarzmionymi namiętnościami, pospolitą zazdrością, niepohamowaną żądzą władztwa, niepodważalnymi osądami ale i ponadludzkimi, cudotwórczymi zdolnościami. Czyż marzenia o nich właśnie nie stały się rzeczywistością? Czy dziś nie pędzimy po nieboskłonie srebrnymi rydwanami? Czy nie umiemy wypalać chorób jak łby Gorgony, a choćby majstrować w genach, dążąc do długowieczności, a w domyśle, do nieśmiertelności?

Chociaż… nieśmiertelność już jest w naszym zasięgu, bo jak inaczej nazwać odtworzenie kodu DNA w kopalnych szczątkach sprzed tysięcy lat? Wobec tego, o ile nic nie mamy przeciwko gmeraniu w naszych skamielinach, dbajmy o uzębienie, bo to najtwardsza tkanka, wytrzyma najdłużej.

Argentyńczyk Favarolo cztery lata po oszałamiającym sukcesie baypassów, ten syn stolarza i krawcowej wrócił do ojczyzny. Blask sławy i powodzenia nie pozbawił go cechy wielkich – skromności. Najczęściej zamiast słowa „ja” mówił „my”. Wrażliwość na ból, ludzką niedolę nie uległy stępieniu. W Buenos Aires stworzył Klinikę Serca. Tysiące chorych uzyskiwało pomoc, często bezpłatnie, setki adeptów nauczał nowatorskiej kardiochirurgii. I jak to bywa z idealistami, finanse swojej fundacji traktował jako sprawy trzeciorzędne. Być może, inaczej postrzegał świat po przedwczesnej śmierci żony. Jednak kiedy zamierzał pojechać na kongres w Toronto, okazało się, iż nie może sobie na to pozwolić. W 2000 roku znaleziono go w łazience apartamentu z raną w piersi. Obok leżał pistolet [83].

Pokonując liczne trudności, doktor Rużyłło wykonywał koronarografie nieselektywne podając kontrast do opuszki aorty i selektywne do tętnic wieńcowych, gromadził materiał do doktoratu. W tym celu do każdego zabiegu wycinał i modelował na specjalnie wykonanych wzornikach w Akademii Sztuk Pięknych cewniki, do każdej tętnicy po trzy kształty, sterylizował (20 sekund we wrzątku) i studził. Grupa chorych była zróżnicowana: z bólami wieńcowymi typowymi, nietypowymi, ze współistniejącym zwężeniem zastawki aortalnej lub kardiomiopatią przerostową, a także z wrodzonymi anomaliami tętnic wieńcowych. Zebrał grupę 69 chorych. Pracę zatytułował: „Wartość koronarografii w rozpoznawaniu chorób tętnic wieńcowych”. Nowa metoda pozwoliła dostrzec nieznane dotąd szczegóły. Bezpośrednia wizualizacja zmian stanowiła wspaniałe diagnostyczne narzędzie, ułatwiła wybór adekwatnej metody leczenia, dostarczała danych do rokowania. Ale też, jak każde odkrycie stawiała znaki zapytania: dlaczego chory może mieć bóle wieńcowe, a choćby zawał, skoro w tętnicach nie ma żadnych zmian. Dopiero dziś umiemy wytłumaczyć dlaczego tak bywa. Spostrzeżenia ujął w osiemnastu wnioskach. Proroczo nadmienił o endarteriectomii tętnic wieńcowych (usuwaniu czopów miażdżycowych). Wówczas była domeną kardiochirurgów, oczywiście w krajach zachodnich. Tylko jeden 38 letni pacjent po przebytym tylno bocznym zawale i jak to dziś nazywamy z chorobą trzech tętnic, rozwiniętym krążeniem obocznym, poddany próbnej, półrocznej, nieskutecznej farmakoterapii, został zoperowany metodą Vineberga: tętnicę sutkową wewnętrzną wszczepiono w mięsień lewej komory. Przewidywalny skutek tej dramatycznej decyzji nastąpił 12 godzin po operacji.

Od tego czasu zmieniła się ocena przydatności EKG wysiłkowego no i oczywiście inne są wskazania i metody rewaskularyzacji mięśnia sercowego.

Obrona odbyła się w 1970 roku. W dorobku miał jedenaście publikacji, pięć pierwszego autorstwa. W tym samym roku ukazały się jego inne prace: o rzadkiej anomalii wrodzonej – dwu jamowej prawej komorze [22] oraz porównująca objawy hemodynamiczne i radiologiczne we wrodzonych wadach z lewo prawym przeciekiem [84].

W rok później został mianowany adiunktem. W tym samym roku opisał przetokę wieńcową, przedstawił wartość koronarografii w rozpoznaniu choroby wieńcowej.

Pierwszy w Polsce badał metodą wewnątrz sercową, potencjał czynnościowy pęczka Hisa, wyspecjalizowanej struktury, która przewodzi impulsy [23]. Skutki jej uszkodzenia, niedokrwienia są katastrofalne. Zaintrygowały go badania izotopowe, które uznał za dokładniejsze i niezależne od współistnienia bloku odnogi pęczka Hisa w porównaniu do standardu – elektrokardiograficznej próby wysiłkowej.

Wydawało się, iż już nic nie stoi na przeszkodzie do Houston. Naukowy bagaż powiększył się o następnych kilka publikacji. Niestety. Ojciec doktora miał konflikty z partią, a bez jej zgody, wyjazd był niemożliwy. Pierwszymi Polakami w Houston byli doktorzy Antoni Dziatkowiak i Henryk Rykowski. Ostatecznie wytrwałość w usuwaniu przeszkód przyniosła rezultat i w 1970 roku doktor Witold Rużyłło na koszt Teksańskiego Instytutu Serca poleciał do Nowego Jorku, gdzie zaopiekowała się nim mieszkająca w dzielnicy hipisów w Green Willage przyjaciółka Teresy, a stamtąd najbardziej bezpiecznymi liniami Delta, do Houston.

HMS Beagle

W Klinice Texas Children’s Hospital, Baylor College of Medicine, kierowanej przez Dan McNamarę, działało już sześciu specjalizantów – fellows: Australijczyk Mike Nihill, Amerykanie pochodzenia greckiego – Ernest Kolendrianos, włoskiego – Frank Galioto, rdzenny Teksańczyk Bob Williams, Nowojorczyk Bill Neches i Egipcjanin Galal El Said. Witold Rużyłło zamieszkał w przyszpitalnym Residence Hall z dwoma sypialniami, salonem, kuchnią i łazienką. Za lokum musiał płacić z pensji. W mieszkaniu zastał starszego o 20 lat, lekarza GP „ogólnego”, który specjalizował się w medycynie nuklearnej. O Polsce kilka wiedział.

Następnego dnia po zainstalowaniu się w lokum, Witold Rużyłło rozpoczął czteromiesięczny staż w Cat Lab Shift czyli w Pracowni Hemodynamicznej. Standardowo miał to być okres dwumiesięczny, ale uznał, iż to za krótko i przedłużył go. Praca obejmowała również doświadczenia na zwierzętach. Dwie Afroamerykanki, (jedna z nich Cecille), pisały protokoły, kto ile czego zużył. Po miesiącu przeniósł się do kondominium oddalonego o 20 minut spaceru od kliniki. Wychodził o godzinie 630. W pracy brał prysznic, o 715 przygotowywał prezentacje przypadków z dnia poprzedniego, o 730 rozpoczynał cewnikowanie. Jeden raz w tygodniu odbywały się zebrania naukowe. Denton Cooley szef kardiochirurgii, który poza pracą nie miał żadnych obowiązków, zaproponował przeniesienie tych spotkań na sobotę, mimo, iż tam, już wtedy, był to dzień wolny od pracy. Prezentowano przypadki trudne, odbywały się pouczające dyskusje. Na posiedzenia przyjeżdżali lekarze z całego Houston. Charles Mullins szef Pracowni Cewnikowania Serca pilnował młodych badaczy, ale też gwałtownie rozpoznał kto kim jest.

Po czterech miesiącach, dzięki poręczeniu obojga rodziców w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, możliwy stał się przyjazd żony Teresy. Znalazła pracę w biurze architektonicznym.

W weekendy odbywały się spotkania towarzyskie z kardiologami. interesujące rozmowy sprawiały dużą przyjemność. Przyjacielskie kontakty utrzymywane są do dnia dzisiejszego. Ta więź przekłada się na wspólne, konkretne działania. Chuck Mullins zawita w Warszawie i wspólnie z doktorem Rużyłło będą poszerzać zwężone gałęzie tętnic płucnych, jaką metodą? Nieoperacyjną oczywiście.

Do wymagań owocnego zakończenia fellowship i zdania egzaminu specjalizacyjnego z kardiologii, należał okres dwuletniej praktyki. W celu uzyskania zgody na przedłużenie pobytu w USA i czasu potrzebnego do opracowanie materiału własnych badań do dwóch publikacji, doktor Rużyłło wysłał paszport do konsulatu w Chicago ze stosowną prośbą.

Ministerstwo Zdrowia zgody na przedłużenie pobytu o rok nie wydało.

Rekomendowany przez Dan McNamarę udał się na rozmowę z rektorem Baylor College of Medicine, profesorem Michaelem DeBakeyem, instytucją w świecie lekarskim. Usłyszał:

– Po co ci paszport, przecież dokumentem tożsamości może być prawo jazdy.

Masz zapewnione miejsce pracy, twoi szefowie są z ciebie zadowoleni, a o ile w przyszłości będziesz chciał zmienić miejsce pracy, załatwię to na uniwersytecie na Florydzie. Po co wracać do takiego kraju?

Doktor Rużyłło przedstawił wyniki leczenia wad wrodzonych serca na spotkaniu naukowym w Chicago. Udał się również do konsulatu i po uzgodnieniu, iż wraca, paszport przedłużono o pół roku.

Oboje z żoną pragnęli zapamiętać ten kraj, nie było nadziei, iż zobaczą go w przyszłości. Zwiedzili całą zachodnią Amerykę, stan Nowy Meksyk, gdzie życie toczy się niemal jak w Meksyku, niewyobrażalny w swej urodzie przełom Grand Kanion, miasto rozrywki Las Vegas i jedno z najsłynniejszych miast świata – San Francisco.

Do polskiej rzeczywistości wrócili na początku 1972 roku, do M3, liczącego 38 metrów kwadratowych, podczas ich nieobecności wynajmowanego. Chwilowo czuł się „skopany”, ale świadomość, iż efekt pracy w Houston zaowocuje kilkoma artykułami w najbardziej prestiżowych czasopismach, napawała otuchą i olbrzymią satysfakcją. W 1973 roku w Circulation opublikowana zostanie ocena drożności wszczepionego graftu żylnego aortalno wieńcowego, u pacjenta z nieprawidłowym odejściem lewej tętnicy wieńcowej od tętnicy płucnej. Wada nosi nazwę odkrywców defektu: Bland, White i Garlanda [85]. W następnym roku w Chest ukaże się praca o gradiencie czyli różnicy ciśnień między przedsionkami w izolowanym ubytku przegrody między przedsionkowej (typu drugiego) z częściowym nieprawidłowym spływem żylnym, czyli ujściem nie wszystkich, spośród czterech żył płucnych, do przedsionka lewego [86]. Rok 1974 – opus magnum: w American Journal of Cardiology hemodynamiczna ocena 221 (!) pacjentów po operacji tetralogii Fallota [87]. U zdrowego człowieka, krew po rozprowadzeniu tlenu i substancji odżywczych do tkanek, spływa żyłami do prawego przedsionka, stąd do prawej komory i dalej do tętnicy płucnej i płuc, gdzie w pęcherzykach płucnych następuje wymiana gazowa. Hemoglobina w krwinkach czerwonych nasyca się tlenem, rozjaśniając o kilka tonów odcień krwi i przez cztery żyły dostaje się kolejno do lewego przedsionka, stamtąd do lewej komory i aorty, która rozgałęzia się jak drzewo, doprowadzając życiodajny płyn do wszystkich organów. Tetralogia Fallota jest wrodzonym defektem, w którym odpływ krwi z prawej komory jest utrudniony, wskutek zwężenia tętnicy płucnej z konsekwencją przerostu mięśnia tej komory, a w przegrodzie międzykomorowej jest ubytek, dziura, nad nią rozczapierza się aorta. Pompują do niej krew obie komory, gorzej utlenioną prawa i lepiej lewa. Utrudnienie odpływu krwi z prawej komory, powoduje w niej wzrost ciśnienia. o ile ciśnienie w prawej komorze jest niższe niż w lewej, przeciek przez dziurę w przegrodzie jest lewo-prawy, o ile zrównane lub wyższe staje się dwukierunkowy lub choćby prawo lewy, a wtedy we włośniczkach czyli najwęższych tętniczkach, narasta ilość odtlenionego nośnika tlenu – hemoglobiny. Usta, język chorego są złowieszczo sine, oczy przekrwione. Organizm próbuje naprawiać utlenianie tkanek i produkuje zwiększoną ilość krwinek czerwonych. Krew staje się bardziej lepka, niosąc kolejne zagrożenia.

Pacjentami były dzieci po całkowitej korekcji wady, w wieku około dwóch lat (najmłodsze miało dwa miesiące). Część z nich przeszła dwie operacje, pierwsza na ratunek, której celem była tymczasowa poprawa utleniania krwi, do czasu aż dziecko dotrwa do stanu, który pozwoli przetrzymać trudy ciężkiej, wewnątrz sercowej operacji. Ten paliatywny zabieg polega na połączeniu lewej tętnicy podobojczykowej z tętnicą płucną lub aorty wstępującej czy zstępującej z prawą lub lewą gałęzią płucną. Śmiertelność operacyjna na przestrzeni 15 lat (od 1956 roku) była wysoka i dochodziła do 9%. Aby zrealizować projekt trzeba było cewnikować trzech pacjentów dziennie. Do oceny efektu operacji służyło wykonanie wielu pomiarów: ciśnień w jamach prawego serca, gradientów (różnicy ciśnień między prawą komorą i tętnicą płucną), saturacji krwi w jamach serca, naczyniach doprowadzających i odprowadzających krew, wielkości ewentualnych, rezydualnych przecieków. Drobiazgowa analiza danych uzbroiła badacza w unikalną wiedzę: kiedy można, a kiedy koniecznie trzeba wykonać zabieg wstępny poprawiający dowóz tlenu do tkanek i jak zdefiniować najlepszy okres, uwzględniając ogólny stan dziecka, kwalifikujący do całkowitej korekcji wady.

Najwięcej problemów chirurgicznych sprawia zwężenie drogi odpływu prawej komory, z powodu znacznego zróżnicowania, od niewielkich zwężeń do aplazji i może dotyczyć drogi odpływu prawej komory pod zastawką (najłatwiejszej do korekcji), pierścienia, w którym umocowana jest zastawka, samej zastawki, tętnicy płucnej, a choćby jej gałęzi. Dlatego chirurdzy muszą być przygotowani na różne techniki zabiegu.

W latach siedemdziesiątych ośrodek w Houston działał pełną parą. Rozwijał się zaledwie od 15 lat, a już szczycił się dużymi osiągnięciami, świetnymi nazwiskami, doskonałym wyposażeniem.

Jego historię zapoczątkował skromny kasjer bankowy Monroe Anderson. Nie miał szczególnie wysokiego wykształcenia, w zamian obdarzony był zmysłem obserwacyjnym. Szybkie pojmowanie sekretów poruszania się w dżungli finansowej, pozwoliło mu na założenie rodzinnej spółki, zajmującej się handlem bawełną, którą po pewnym czasie, uznano za największą na świecie. Zgodnie z jego wolą, posiadane fundusze stały się fundamentem budowy ośrodka, nazwanego później Teksańskim Centrum Medycznym. Ideę zaczęli wspierać inni, liczni darczyńcy. Dziś kompleks zajmuje powierzchnię 540 hektarów, na których wybudowano 280 budynków, w tym 3 uniwersytety, 9 najważniejszych, spośród wielu innych szpitali, z dziewięcioma tysiącami łóżek. Kadra pracowników liczy 100 tysięcy osób, w ciągu roku udziela się 10 milionów porad i pomocy w 750 tysiącach nagłych przypadków, przyjmuje się 25 tysięcy porodów. [88]. Ta esencja konkretów odbiera mowę, odpowiednio pozycjonuje kraj w światowym rankingu i mówi więcej niż pustosłowie propagandy.

Fama o kompetencjach lekarza nie jest tajemnicą. Rodzice z szerokimi kontaktami, powszechnie znani, którym śmierć chce zabrać dziecko, znajdą go na końcu świata, a cóż dopiero kiedy jest blisko. Chłopczyk miał roczek, sine usta, nosek, leżąc w łóżeczku z trudem oddychał. Doktor Rużyłło popatrzył, zbadał i zadecydował; operacja. Ale tylko paliatywna. I nie tu, ale w ośrodku z dłuższym doświadczeniem w kardiochirurgii dziecięcej. Werdykt został przyjęty bez zastrzeżeń. Zalecenie wykonane. Stan dziecka uległ znacznej poprawie. Ale matka, jak to matka, wciąż drżała. W jej głowie kłębiło się tysiące pytań, zwłaszcza, kiedy dziecko wydawało się słabsze, bardziej apatyczne niż inne rozrabiaki w tym samym wieku, dlaczego? no to kiedy? ale czy na pewno? a co jeżeli? Czy już?

Doktor uspokajał: nie, jeszcze nie.

Ale wreszcie nadszedł ten moment kiedy powiedział: TAK, JUŻ. Dwa trzy literowe słowa. Tylko tyle. Nadzieja jest niemierzalna.

Po udanym zabiegu chłopiec zaczął nadrabiać zaległości w rozwoju fizycznym. O sprawności, do której wytrwale dążył, świadczy rodzaj uprawianej dyscypliny sportu. Surfing. I to nie na Bałtyku, Morzu Śródziemnym, czy choćby w Zatoce Biskajskiej, ale na Pacyfiku. Tam gdzie lodowaty prąd z Aleutów zderza się z ciepłymi, zwrotnikowymi wodami i wypiętrza najwyższe fale na świecie. Samo śmiganie po ich grzbietach wydaje się igraniem z życiem, nie mówiąc o wtargnięciu w spienione tunele, gdzie ciśnienie zatyka oddech, a powietrze jest zamknięte w słonym aerozolu. Profesor Rużyłło ten przypadek zalicza do swoich największych, zawodowych sukcesów.

Lubił piękne kobiety „zgrabne, nie chude, nie grube” z ujmującym (czytaj obiecującym) uśmiechem. Zabiegały o jego względy jak Gina Lolobrygida o Christiana Barnarda. Sądziły, (między innymi), iż nikt jak on, zapewni beztroski byt, niezależny od decydenckich kaprysów. choćby córki znanych matek przyglądały mu się z zaciekawieniem. I cóż miał robić, osaczony kuszącymi spojrzeniami. Nie tylko mówił o wielu ciekawych rzeczach, ale też nigdy nie odmówił pomocy, w chwilach trudnych, zwłaszcza kiedy przeznaczenie puka do drzwi. Ta aura urozmaicała zycie miłymi epizodami.

Po powrocie do Kliniki przy ulicy Goszczyńskiego, zastał nowego szefa, profesor Żera odszedł na emeryturę, jego miejsce zajął profesor Kwoczyński, który natychmiast docenił poziom adiunkta i jak tylko mógł wspierał realizację jego naukowych pomysłów.

Pan adiunkt, planując habilitację, zajął się chorymi z pozawałowym tętniakiem. To pacjenci z wysokim ryzykiem rozwoju ciężkiej niewydolności serca, wiodącej do śmierci, najczęściej nagłej. Ostatnią nadzieją jest, również ryzykowne, leczenie operacyjne. Zauważył, iż wielkość tętniaka ma drugorzędne znaczenie, a najistotniejsza jest kurczliwość strefy około zawałowej. Do badań włączył test z nitrogliceryną, wykorzystując jej szczególną adekwatność poprawy kurczliwości strefy niedokrwionej, kiedy mięsień jest tylko ogłuszony, a to przemawia za procesem odwracalnym. Wspólnie z matematykami opracował metodę obliczania wielkości pozawałowego uszkodzenia serca. Zwrócił też uwagę na upośledzenie funkcji komory prawej, o ile zawał obejmuje przegrodę międzykomorową. Wykazał, iż wydolność serca z tętniakiem po zawale, nie zależy od wielkości tętniaka, ale od kurczliwości segmentów otaczających, czyli mniej ważne co stracone, istotniejsze co ocalało i jak pracuje.

Te badania zalicza do ważniejszych swoich osiągnięć. Jednak liczba pacjentów, spełniających kryteria włączenia do badania, była skąpa i do habilitacji w ocenie własnej, nie wystarczająca. Nie przeszkodziła jednak opublikowaniu kilku (nagrodzonych) prac [89], [90], [91], [92].

W 1973 roku zdał egzamin specjalizacyjny drugiego stopnia z interny. Zaczęto dostrzegać jego osiągnięcia. Deszcz nagród zaczął spadać w roku następnym.

Choroby serc pacjentów podsuwały tematy skłaniające do poszukiwania nowych rozwiązań.

Kardiomiopatie można zidentyfikować na podstawie obrazu klinicznego, echokardiograficznego, ale w początku lat siedemdziesiątych, kiedy jeszcze nie stosowano rezonansu magnetycznego w obrazowaniu serca (ani innych narządów), tylko wycinek mięśnia, poddany badaniu mikroskopowemu, pozwalał ustalić etap choroby, stopień zaawansowania, ocenić efekt leczenia, regresję zmian, a w niektórych przypadkach ustalić przyczynę.

W 1972 roku na świecie już te badania wykonywano, w USA metodą przez klatkową, w Japonii wewnątrz sercową.

Profesor Kwoczyński właśnie zastanawiał się nad rodzajem kardiomiopatii pacjenta w ciężkim stanie. W akcie bezradności zgodził się na sugestię adiunkta Rużyłły – próbę biopsji. Stosownych igieł do zabiegu jak i doświadczenia nie było, ale są pasjonaci. Pan adiunkt wykorzystał igłę stosowaną w biopsji nerki, długą i grubą. Pod rentgenowską kontrolą przebił klatkę piersiową, nakłuł przednią ścianę lewej komory i pobrał wycinek [93]. Pierwszy raz w życiu i pierwszy raz w Polsce. Wszystko trwało zaledwie 10 minut, a jakiej wymagało wirtuozerii, takim narzędziem, nie dowie się nikt.

Skuteczny, bez powikłań pierwszy zabieg nie zmniejszał przy ewentualnych, kolejnych próbach, ryzyka krwawienia, przedziurawienia serca. Decydują ułamki milimetra, wyobraźnia, umiejętność przewidywania, poczucie odpowiedzialności. Doktor wymyślił plan zdobycia bezpieczniejszego, opracowanego przez sztab inżynierów przyrządu, wypróbowanego w kolejnych fazach wprowadzania na rynek, zatwierdzonego do stosowania klinicznego.

Japończyk Morie Sekiguchi już wykonywał takie zabiegi bioptomem Kono, wprowadzając go w cieniutkim cewniku do jamy prawej komory, a choćby do lewego przedsionka i lewej komory i od środka pobierał skrawki tkanek [94]. Doktor Rużyłło porozumiał się z nim listownie. Zdumiony, otrzymał zaproszenie do Tokio.

Zaistniała dodatkowa, sprzyjająca okoliczność. Jerzyk, młodszy brat, przebywał na stażu w Sendai. Zaproszenie (nawet prywatne) było podstawą do uzyskania paszportu i pomogło w otrzymaniu wizy. Takie to były czasy. Profesor Kwoczyński różnił się zasadniczo od szefów w Ebeswalde, dostrzegał nieprzeciętność u młodych adeptów kardiologii i nie wahał się oceniać wysoko, życzliwie, bez względu na najsubtelniejsze choćby naciski przyjaciół. Ambitnych, zdolnych jak mógł promował i przede wszystkim niczego nie utrudniał.

Lot do Japonii rosyjskimi liniami nad bezkresną Syberią to odświeżenie sentymentów rodzinnych. To inne spojrzenie na „nieludzką” ziemię. To traktowany właśnie po ludzku człowiek w tym pięknie nieujarzmionej dzikości, człowiek z otwartym umysłem, gotowością do poświęceń, dziadek Zygmunt, babcia Wanda i najukochańsza Mama – Alina, urodzona na wschodnim krańcu Azji, w czasie parnego, deszczowego z powodu wiejących monsunów lata, gdzie wąski przesmyk Morza Japońskiego, oddzielający kontynent od japońskiej wyspy Hokkaido, łagodzi długotrwałe, skąpo śnieżne zimy. Spoglądał na nieskończoną, białą, miejscami zamgloną otchłań.

Oderwanie od powierzchni ziemi i codziennego życia, bliżej nieskończoności choćby zaledwie o dziesięć tysięcy metrów, kreuje atmosferę metafizyki. Próbował wyobrazić sobie BOGA. Mówi się, iż w tej materii im bardziej chcemy, tym bardziej oddalamy się od tego, który Jest, ale mówi się również, iż spotykamy Go w drugim człowieku, także tym, a może przede wszystkim, biednym, chorym. I zawsze kiedy tak rozważał, pojawiał się obraz Matki.

Bilet był bardzo tani, bo cen nie opierano na prawach rynku. Ekonomia zaczęła obowiązywać po przesiadce z linii lokalnych na zagraniczne w Chabarowsku, w czasie płacenia rachunku za hotel. Na lotnisku kurtyna granicy ukazała swą szczelność: w samolocie do Nigaty oprócz Polaka, znalazła się jedynie drużyna zapaśników, trenerzy i oczywiście obstawa.

W Tokio dwa dni towarzyszył i obserwował doktora Morie Sekiguchi. Japończyk w kontakcie z zapaleńcem bądź co bądź z Europy, czuł się usatysfakcjonowany, okazywał choćby życzliwość, a na koniec wręczył wspaniały upominek – bioptom Konno.

Ani jeden dzień w Japonii nie został zmarnowany. Kilku dniowy pobyt u brata w Sendai został wykorzystany na kontakt z doktorem Takamiya, który przemyśliwał jak bez otwierania klatki piersiowej, zamknąć przetrwały przewód tętniczy.

W polskiej kardiologii rozpoczęła się era biopsji endowaskularnej (wewnątrznaczyniowej), bezpieczniejszej, mniej traumatycznej niż biopsja przez klatkowa. Pozwoliła na wiarygodne rozpoznanie zapalenia mięśnia sercowego [95], jego etapów, wyników leczenia, na różnicowanie z kardiomiopatią rozstrzeniową spowodowaną włóknieniem mięśnia (po infekcji wirusowej i nie tylko), wiodącą również do niewydolności serca [96] i na trudne dotąd ustalenie przyczyny kardiomiopatii restrykcyjnej [97], gdzie zmiany dotyczą wsierdzia – błony wewnętrznej serca, która jest pogrubiona, utrudnia jego pracę, pozwala wykluczyć lub potwierdzić amyloidozę, spowodowaną odkładaniem między komórkami mięśnia białka – amyloidu. Czasem to zaburzenie jest uwarunkowane genetycznie, kiedy powstają kompleksy immunologiczne, o innym charakterze niż w postaci nabytej.

Szybko nastąpił wysyp owoców tej podróży: liczne, nowatorskie publikacje [98], [99], [100], niektóre włączone do monografii [101], [102], prezentacje prac na kongresach w kraju i zagranicą, członkostwa w wąsko specjalistycznych gremiach, dyrygujących najnowszymi standardami i wytycznymi. A co w zamian otrzymał Morie Sekiguchi? Honorowe członkostwo Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

W 1976 roku w Instytucie Reumatologii przy ulicy Spartańskiej została utworzona Klinika Kardiologiczno – Chirurgiczna, która wchłonęła część zespołu Kliniki Kardiologii Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego. Pan adiunkt zorganizował tam Pracownię Hemodynamiczną i został jej kierownikiem. W pierwszym pomieszczeniu przy pulpicie wyszkolona pielęgniarka, obserwacja wykresów ciśnień w jamach serca, przekazywanie informacji operatorowi (jeżeli o coś pyta). Wokół lekarze: prowadzący chorego, odbywający szkolenia, staże. Drugie pomieszczenie jest salą operacyjną. Wszyscy w sterylnych, zielonych fartuchach, czepkach: operator, asysta, instrumentariuszka. Zanim padnie prośba o narzędzie, czy kontrast, ona już jest przygotowana. Świetnie się pracuje w takim zespole. Jak się umie odpowiednio wyszkolić, efekty są, satysfakcja też, zwłaszcza kiedy zaczynało się od zera.

Miał świadomość odpowiedzialności i wagi fundamentu nowoczesnej kardiologii. Ten obszar był jego żywiołem. Miał też cichą nadzieję, iż odetchnie trochę, iż skończy się czas prowadzenia 12 chorych, łącznie z pięcioma, sześcioma dyżurami w miesiącu.

Zarówno w Pracowni i jak i w Klinice stosował żelazną zasadę: pielęgniarki są nietykalne, okazywać szacunek, uznanie, chwalić, dziękować za niezawodność i partnerstwo w pełnym tego słowa znaczeniu, w przeciwieństwie do niepisanej zasady chirurgów: nie możesz być kardiochirurgiem jak nie polegniesz. Pielęgniarki w tych swoich czepeczkach, obcisłych ubrankach, ze swoim wdziękiem, w dzień i w nocy u boku umęczonych operatorów, wiedzące kiedy zrobić kaweczkę, posłodzić i pomieszać, nieustannie drążąc podświadomość, w której poza chorym z raną, przez którą coś w środku naprawiali, nieraz kilkanaście godzin, istnieje jeszcze inny świat, ponętny, obiecujący, który w najbardziej nieoczekiwanych momentach uwalnia zachomikowany testosteron, no i co robić? Ale i tu wyjątki są. Wytrzymują test, oporni na rozgrzeszające okoliczności.

Wydawało by się, iż w akademickim życiu, nie ma miejsca na fizjologiczne, fundamentalne odruchy. Nic bardziej mylnego. Anegdota o naukowcu, który wychodząc z domu, mówi żonie, iż idzie do kochanki, kochance, iż do żony, a w rzeczywistości zaszywa się w bibliotece lub w laboratorium, ubarwia margines codzienności. Ale choćby najbardziej aktywni chirurdzy nie przebiją temperamentu austriackiego fizyka Erwina Schrὅdingera, odkrywcy tajemnic mechaniki kwantowej. Kiedy jako dwudziestoparolatek wyjeżdżał „odpocząć” na łono Alp, zabierał jedynie kartkę, ołówek (początek XX wieku) i dwie perły do zatykania uszu, w celu całkowitego odcięcia się od świata zewnętrznego i oddania się rozkoszom łamania głowy. Ale jakaś aktualna Fräulein zawsze tkwiła na posterunku.

Po otrzymaniu nagrody Nobla, zaproponowano mu pracę w Oxfordzie. Kiedy wyszło na jaw, iż mieszka z żoną i spodziewającą się jego dziecka, żoną swego asystenta, podziękowano mu. Podobnie stało się w amerykańskim Princetown. W Dublinie znów afera, dwie jego studentki w ciąży. Zapytano prawowitą małżonkę jak to wszystko znosi. Odpowiedź była brutalnie szczera: „łatwiej mieszkać z kanarkiem niż wyścigowym koniem, ja wolę konia” [103].

W gaju Hesperyd

W grudniu 1977 roku wyjechał do Kuwejtu, na zaproszenie dziekana Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu, szefa kardiologii i kardiochirurgii Abdula Mohsena Yusufa, z polecenia kończącego kontrakt Jižego Endrysa – czeskiego hemodynamisty, który w Klinice profesora Żery uczył tajemnic tej sztuki.

Doktor Rużyłło objął stanowisko konsultanta Ministerstwa Zdrowia i zastępcy kierownika Kliniki Kardiologii oraz szefa Pracowni Hemodynamicznej w Chest Disease Hospital. Zimą temperatura w Kuwejcie była choćby przyjazna i wynosiła plus 16 stopni Celsjusza. Na lotnisku oczekiwał kierowca, posługujący się łamaną angielszczyzną i zawiózł go cadillakiem do hotelu Ministerstwa, który mieścił się w dawnym osiedlu oficerów brytyjskich. Kompleks zbudowany z solidnych, grubych murów z małymi oknami, chronił do pewnego stopnia przed zabójczym słońcem. Hotel, samochód i kierowcę miał do dyspozycji przez dwa tygodnie. W tym czasie musiał sobie wynająć jakieś lokum i kupić samochód. Lekarz w Kuwejcie nie chodzi pieszo. Pomoc w zakupie używanego auta zaoferował dotychczasowy kierowca. Pojechali na plac handlowy. Doktor wybrał volkswagena, garbusa 1600 w niezłym stanie. Kiedy nadeszła wiosna, zrobiło się gorąco, zużycie oleju wynosiło dwa litry na dwa tygodnie. Prawdopodobnie poprzedni właściciel nie przestrzegał rygorystycznej zasady wymiany oleju, co pięć tysięcy kilometrów, obowiązującej w obszarze nawiedzanym przez pustynne burze. Pyły piasku przenoszone przez dziesiątki kilometrów zasłaniając słońce, wdzierają się przez zamknięte okna do mieszkań, szaf, kredensów, lodówek, oczu, uszu, ust, no i różnych urządzeń. Ryzyko przy zakupie następnego używanego samochodu wydawało się nie do uniknięcia. Ostatecznie doktor zdecydował się na nowe japońskie isuzu (na raty). Niestety nie był to koniec kłopotów samochodowych. Ktoś uderzył w nowiutki błotnik nieubezpieczonego samochodu na parkingu. Jakiś tubylec sugerował winę zamieszkałych niedaleko Pakistańczyków. Początkowo rodzina pakistańska wypierała się do żywego, ale stanęła przed alternatywą: zapłacenie za naprawę lub zgłoszenia wypadku na policję. Ugoda nastąpiła natychmiast.

Mieszkanie znalazło się niedaleko centrum, w poczwórnym segmencie z maleńkimi ogródkami, dwa boczne apartamenty były większe, wewnętrzne mniejsze. Jednym sąsiadem był młody Anglik, drugim sędzia Sądu Najwyższego Kuwejtu – Egipcjanin. Kondominium miało pewną uciążliwość – wspólny, głośno pracujący klimatyzator.

Codzienne życie w enklawie, ograniczonej przez klimat do twierdzy, w której się mieszka, urozmaicali zapraszani goście. Urokowi egzotyki kolorów i dźwięków, w połączeniu z zamożnością tego zakątka świata, nikt się nie oparł. Brat Jerzyk zbagatelizował piekło pory letniej i wybrał się na piechotę pooglądać stolicę. Skończyło się objawami udaru cieplnego. Daniel Passent był bardziej ostrożny i uniknął klimatycznych problemów.

Do pięknie położonego nad Zatoką Perską Chest Disease Hospital należały Oddziały Chorób Płuc, Kardiologii i Kardiochirurgii. Organizacyjnie szpital stanowił część zespołu akademickiego Al Sabah i powołanego przed trzema laty uniwersyteckiego: Faculty of Medicine. Dziekan Abdul Mohsen Yusuf był kardiologiem wykształconym w Edynburgu. Pochodził z mieszanego małżeństwa, ojca Kuwejtczyka, matki Malezyjki. Cechy arabskie odziedziczył po ojcu, azjatyckie po matce jego brat Abdul Mohsen Razah. Korzyści mieszania genów dla zdrowia i urody są znane. W szpitalu pracowali lekarze arabscy i czescy. Doktor Rużyłło przyjechał na miejsce doktora Jižego Kwaśniczki. Grupa Czechów poczuła się zagrożona i do przybysza nie pałała sympatią. Wyjątkiem był inżynier zajmujący się stymulatorami. Po kilku tygodniach kooperacja układała się bez zarzutu. Czeszki, Koreanki i Pakistanki stanowiły zespół pielęgniarski. Pakistanki miały przewagę, znały język i gwałtownie przyswoiły sobie dialekt kuwejcki. Czesi wprowadzili cewnikowanie transseptalne i umieli oceniać ilościowo niedomykalności zastawek i przecieków na podstawie krzywych rozcieńczania barwnika. Ale doktor Rużyłło miał za sobą pobyt w Houston i równie doskonale sobie z tą metodą radził. Praca trwała od godziny ósmej do czternastej, w czwartki – dni przed weekendem krócej. W pustynnym subtropiku trudno tyrać 60 godzin tygodniowo, jednak przyzwyczajony do takiego rytmu polski lekarz, czułby bliżej nieokreśloną pustkę. Doktor Rużyłło wypełnił lukę opracowaniem hemodynamicznej części „Wad Serca” – biblii co najmniej trzech pokoleń polskich kardiologów.

Po zabiegach pracował w klimatyzowanym, zacisznym gabinecie. Pewnego dnia odebrał jakiś telefon, ale kiedy się odezwał, słuchawka została odłożona. Powtórzyło się to dwukrotnie. Tajemniczy interesant zjawił się osobiście. Była to młoda, pracująca w Kuwejcie Iranka. Dość mętnie wyjawiła cel swego najścia, jakiś zdrowotny problem, jednocześnie sprytnie wypytywała o dane osobowe doktora. Intrygował ją zwłaszcza stan cywilny. Niezrażona, kiedy wyjawił, iż oczekuje na przyjazd żony i syna, konwersowała przeskakując z tematu na temat, gdzie mieszka itd. Na szczęście instynkt samozachowawczy rozmówcy nie zawiódł. Głupstwa nie popełnił.

Wreszcie po kłopotliwym załatwianiu formalności, Teresa z dwuletnim Bartkiem dotarła do Kuwejtu. W małżeństwie bez reszty zajętym zawodową karierą, w dodatku ozdobioną sukcesami, trudno sobie wyobrazić miejsce dla dziecka. Górę bierze instynkt. Bartek wypełnił niezauważalne dotąd przestrzenie, ofiarując euforii i nieznane uczucia. Był synkiem mamusi. Teresa jak większość kobiet nawykłych do wykonywania kilku czynności jednocześnie, nie poprzestała na zajmowaniu się synkiem i prowadzeniem domu. Znalazła czas i sposób na pracę w kuwejckiej telewizji. Będzie go jeszcze mniej, kiedy pojawi się drugie dziecko. Dziewczynka. Ania, córeczka tatusia, który czasu dla dzieci nie miał, ale w zamian ofiarował, godną Józefa z Nazaretu, miłość i zapewniał warunki na miarę swoich czasów i możliwości.

To były szczęśliwe dni. Patrzeć jak dziecko odkrywa świat, jak rośnie, a choćby jak absorbuje. Jedne z tych dni, do których chciałoby się cofnąć czas. I nigdy nie doczekać chwili, kiedy pojawia się nieuleczalna choroba. Bartka zabrała w 42 roku życia. Na nic krzyk protestu: najpierw my, potem nasze dzieci.

Początkowo pacjentami kliniki byli ubożsi mieszkańcy Kuwejtu, zamożni udawali się na leczenie do Anglii lub Stanów. Z chwilą, kiedy zaczęła się rozchodzić fama o kompetencjach lekarza i wyposażeniu nie ustępującemu w niczym zachodowi, zaufanie wzrosło, w kuwejckiej klinice zaczęła się pojawiać elita.

Wielu chorych miało poreumatyczne wady serca. Miażdżyca tętnic wieńcowych, oceniana w koronarografii, nierzadko dotyczyła ludzi młodych. Doktor Rużyłło kwalifikował do leczenia farmakologicznego lub do operacji, nieoperacyjnie zamykał przetrwałe przewody tętnicze. Korzystał z osobistych doświadczeń.

Wszczepiał również stymulatory, chociaż przedtem, nigdy tego nie robił.

W Kuwejcie był tylko jeden kardiochirurg doktor Ismail. Dziekan Mohsen, w późniejszym okresie rektor uczelni, sprowadzał co jakiś czas, na dwa tygodnie, zespół chirurgów z Anglii, którzy operowali zdiagnozowanych i zakwalifikowanych do zabiegu pacjentów. Należał do nich doktor Bryn Williams z Saint Thomas Hospital.

16 września 1977 doktor Rużyłło przeczytał w Neesweeku sensacyjną wiadomość: wykonano zabieg poszerzenia tętnicy wieńcowej, z pomocą cewnika zaopatrzonego w balonik. Napompowanie balonika z powodzeniem rozgniatało złogi i znacząco poprawiało przepływ w tętnicy. Miejsce Zurych, uniwersytecki szpital, wykonawca Andreas Roland Grüntzig [104] Niemiec pochodzący z Lipska. Upał nad Zatoką Perską nie stępił elektryzującego odczucia ważkości tego doniesienia.

Życie towarzyskie w arabskim Kuwejcie toczyło się zgodnie z obyczajami europejskimi. Alkoholu w sklepach nie było, ale zapasy przywoziło się z kraju lub z Duty Free Shopu. Walizki doktora, podobnie jak dyplomaty, były nietykalne. W restauracjach whisky w karcie nie było, ale jak się przyniosło własną, kelner nie widział przeszkód w dostarczeniu pod stół pojemnika z lodem i podawaniu czegoś mocniejszego, dezynfekującego. W tym zakresie doktor Rużyłło został przeszkolony przez bywałą w świecie Irankę. Za czasów emira Al Sabaha, mimo islamu, wszystko w Kuwejcie było możliwe. Kiedy jednak do władzy doszedł jego sukcesor Jaber Al Ahmed rozpoczęły się kontrole na lotnisku, a kelnerzy już nie byli tacy usłużni.

Rok kontraktu upłynął szybko. Polskie Ministerstwo Zdrowia zgody na przedłużenie nie chciało wydać. Minister zdrowia Marian Śliwiński przyjechał z oficjalną wizytą do Kuwejtu i oprócz służbowych obowiązków, przyjął prywatne zaproszenie doktora Rużyłły na kolację. Zgodę ostatecznie przedłużono na pół roku. Po upływie tego okresu, pisma władz kuwejckiego Uniwersytetu, polskiego radcy handlowego w Kuwejcie i rezydującego w Bagdadzie ambasadora, pozostały bezskuteczne. Musiał wracać. ale owoce kontraktu rodziły się nadal. Przez wiele lat był zapraszany kilka razy w roku na wykłady i konsultacje. Wagę tego faktu podwyższa kontekst arabskiego poczucia wyższości, utożsamionego z średniowiecznym, naukowym rozkwitem, władaniem połową Europy wraz z północną i środkową Afryką.

Kiedy po wielu latach profesor Adam Torbicki, kardiolog następnego pokolenia, będzie uczestniczył w konferencji naukowej w Arabii Saudyjskiej, słysząc nazwisko „Ruzyllo”, odbite jak echo od pustynnych piasków, nie będzie dowierzał własnym uszom.

Saudyjscy organizatorzy, jak zwykle to się robi, zadbali o oprawę konferencji i cóż mogli pokazać jak nie wschód słońca na pustyni. Zapakowano uczestników do jeepów, które ruszyły w atramentową noc. Czerń taka, iż w długich światłach aut nie widać kolein szlaku. Tak zawiane? Wątpliwość, skąd wiedzą gdzie jechać. Żadnych oznaczeń. Dotarli jednak do obozowiska, złożonego z kilku namiotów. Uczestnicy w oczekiwaniu na spektakl, ułożyli się wygodnie na dywanach. Obok Adama Torbickiego jakiś Arab w stroju muzułmańskim z elementami bywalca Mekki, pyta:

– A ty skąd jesteś?

– From Poland

– A… Ruzyllo ! – pochwalił się osobistą znajomością panteonu światowej kardiologii.

Co ciekawe, to doktor „Ruzyllo” pod koniec lat siedemdziesiątych, mimo starań, wizy do Arabii Saudyjskiej nie otrzymał.

Niedługo po powrocie do kraju zadzwonił doktor Mohsen i prosił o pilną konsultację. Emir Kuwejtu Al Sabah umierał. Był badany w Mayo Clinic w USA i tam niestety zdyskwalifikowany od zabiegów, z powodu rozległości zmian w tętnicach wieńcowych. Mohsen jako doświadczony kardiolog potrzebował niekonwencjonalnego spojrzenia na poważny problem pierwszej osoby w państwie. Ambicją Emira Al Sabaha było stworzenie liberalnego Kuwejtu. Powołał choćby instytucję z założenia tak demokratyczną jak parlament. Nikt jednak nie zdążył emirowi pomóc. Insz Allah.

Bieg przez płotki

Tymczasem profesor Śliwiński zabiegał o utworzenie Instytutu Kardiologii w budowanej klinice dla rządu w Aninie. Pertraktacje odniosły skutek w 1980 roku. Utworzono Instytut Kardiologii. Witold Rużyłło przeniósł się do nowej placówki, otrzymując kierownictwo Kliniki Kardiologii Ogólnej i Pracowni Hemodynamicznej. Organizował zajęcia dydaktyczne, przewodniczył komisjom egzaminacyjnym nie tylko dla przyszłych kardiologów ale również dla specjalizantów pierwszego i drugiego stopnia z interny. Od dawna najlepiej przygotowani byli uczniowie doktora Śliwowskiego, który od lat z wielkim talentem dydaktycznym, szkolił lekarski narybek. Tam doktor Rużyłło zwrócił uwagę Marka Dąbrowskiego, który doskonale zdał „dwójkę”. Zaproponował mu:

– Gdyby pan szukał ciekawej pracy, to proszę się do mnie zgłosić…

W ten sposób Marek Dąbrowski został pierwszym asystentem, potem pierwszym adiunktem, pierwszym docentem i pierwszym profesorem Witolda Rużyłły. Z kliniki doktora Śliwowskiego do Instytutu przeszła również Marynika Woroszylska. niedługo zespół się zaczął powiększać. Do klinicystów dołączyli: Barbara Lubiszewska, Lidia Chojnowska, Zosia Bilińska, Zosia Dzielińska, Bożena Otto, Justyna Piotrowska, Ewa Księżycka, Jacek Grzybowski, Jolanta Korzeniowska, Longina Małecka, Anna Bijak, a do hemodynamistów: Marcin Demkow, Adam Witkowski, Zbyszek Chmielak, Artur Dębski, Jan Jodkowski, Michał Kańtoch, Andrzej Ciszewski, Wacław Kochman, Michał Ciszewski, Hanna Konarzewska, Barbara Czerska, Tadeusz Czołpiński. Stanęli przed otwartymi drzwiami sezamu. Z pasją zaczęli odkrywać jego tajemnice. Tworzą szkołę Rużyłły. Oceniając szefa mówią: nie jest zły, nie kopie leżącego. Nie gnębił, nie zwolnił asystenta, który zająknął się w czasie rozmowy kwalifikacyjnej z Radą Naukową, przed otwarciem doktoratu. Najlepszym dowodem na słuszność takiego pedagogicznego podejścia są liczne tytuły profesorskie podopiecznych. Otrzymali je: Dąbrowski, Witkowski, Demkow, Chmielak, Ciszewski (Andrzej), Bilińska, Dzielińska, Grzybowski. Do Kanady wyjechał Kańtoch, do USA Czołpiński, Czerska jest transplantologiem w Cleveland. Hanna Konarzewska zajmuje się krioablacją w Chicago, Wacław Kochman został szefem hemodynamiki w Białymstoku, potem w Gdańsku, w tej chwili jest kierownikiem Kliniki Kardiologii w Szpitalu Bielańskim w Warszawie. Sławią imię polskiej instytucji, z której się wywodzą i polskiego szefa, któremu tak wiele zawdzięczają. Wtajemniczył ich w te arkana. Z jego rekomendacji dotarli tam, gdzie w tej chwili są.

Witold Rużyłło w czasie naukowych zjazdów, konferencji, sympozjów czy to w kraju, czy zagranicą czuł się w swoim żywiole. Lubił zadawać prelegentom pozornie proste pytania, ale biada, o ile ktoś nie wykazał wzmożonej czujności. Był mistrzem misternie zastawionych pułapek, a jego głos, mimika nigdy tego nie zdradzały. o ile prezenter wykazał dogłębną znajomość omawianego tematu, mógł odetchnąć z ulgą, ale o ile poddany próbie, odpowiadał nie na temat, zalegało wymowne milczenie. Oznaczało zaszufladkowanie do grona, z którym rozmawiać nie warto. Na żaden temat. o ile rozumiesz, iż nie rozumiesz, wróć na swoje miejsce, nikt ci nie broni zacząć jeszcze raz.

Nie wiadomo co powodowało, iż cieszył się powodzeniem u kobiet, autorytet czy inne, mniej zidentyfikowane zalety. Młode (ładne) lekarki wpatrywały się w niego jak w Jeana Paula Belmondo. O jego względy rywalizowało (jak wieść gminna niosła) kilka ambitnych, uroczych lekarek. Przy wyliczaniu swych uczniów, jedną wspomniał dwa razy. Ten związek był czymś więcej niż przyjaźń i trwał kilka lat.

Któregoś dnia na przykład, nieoceniona sekretarka pani Zosia zadzwoniła do szefa:

– Mamy kandydatkę na nową stażystkę – skonsternowany czekał na dalsze wyjaśnienie

– Ze Śląska, rodzina lekarska, bardzo jej zależało uczyć się pod pana kierunkiem, pozostało coś, ale o tym później

– Proszę, niech pani powie, bo nie będę mógł zasnąć w nocy..

Pani Zosia doskonale zorientowana w swych obowiązkach i prawach, rozumiała, iż nikt poza szefem nie może decydować o składzie zespołu, ale prowadząc sekretariat wiele lat, wiedziała też jak obniżyć stopień zaskoczenia, udobruchać, uzyskać poparcie.

– Ona ma naprawdę dobre referencje i jest, dodała jakby mimo chodem, naprawdę reprezentacyjna.

Kandydatka przyjęta.

I stało się, co się musiało stać.

Dziewczyna uniesiona honorem wyjechała do jednego z państw Beneluxu. Tam wyszła za mąż. Ma trzy córki. Kiedy dorosła najstarsza i zamierzała studiować architekturę, Witold Rużyłło skontaktował się z architektami w Paryżu. Pomogli spełnić dziewczęce marzenia. Nie poszło na marne. Sukcesy są.

Hipnotyzował, znał sztuczki z łabędziem, złotym deszczem, bykiem, szło jak po maśle, jednak w tym ostatnim przypadku, stało się coś nieprzewidywalnego, wtrąciły się gwiazdy zodiaku. Pojawiła się dziewczyna spod znaku byka, choć łagodna jak baranek. Kasia. Utracił kontrolę i już nic nie było takie łatwe i proste. Początkowo jej taktyka polegała na unikach. Bicie sera tak głośne, iż wydawało się, wszyscy słyszą, nie było komfortowe. Postanowiła zastosować odczulanie małymi dawkami, drobnymi kroczkami i była w tym konsekwentna.

W ciągu pierwszych trzech lat istnienia Instytutu, dzięki osobistym kontaktom (jakże są one ważne we wszystkich dziedzinach życia) z czołowymi ośrodkami kardiochirurgicznymi, Heart and Lung Center w Deborah w Stanach oraz w uniwersyteckim szpitalu w holenderskim Utrechcie, a także łańcuchowi ludzi dobrej woli, oszołomionym bezkrwawym przewrotem w naszym kraju (jak się wszystkim wydawało niemożliwym do przeprowadzenia), zorganizowano dobroczynny program leczenia wad wrodzonych serca u naszych zaniedbanych w tym zakresie dzieci. Doktor Rużyłło został koordynatorem programu pierwszego i kierownikiem drugiego. Kilku kardiologów in spe i kardiochirurgów otrzymało wielomiesięczne stypendia w tych zagranicznych ośrodkach.

Dzieci były wstępnie diagnozowane w Zakładzie Diagnostyki Nieinwazyjnej docent Wandy Rydlewskiej Sadowskiej, następnie cewnikowane przez doktora Rużyłłę i komisyjnie kwalifikowane do operacji w Deborah, potem w Utrechcie. Po zakończeniu programów, tymi trudnymi operacjami zajął się w Instytucie doktor Jacek Różański. Przed i po zabiegu dzieci prowadziła doktor Lubiszewska.

Pieczę nad nimi musieli sprawować również lekarze dyżurni, którzy czuwali nad chorymi wszystkich pozostałych klinik, za wyjątkiem OIOMu, gdzie pełnił tę funkcję drugi lekarz. Ela Jabłczyńska z Kliniki Nadciśnienia Tętniczego, osoba ponad przeciętnie zdolna, imponująca poza świetną znajomością angielskiego, bardzo dobrymi wynikami na studiach, nie wytrzymała nerwowo, po nocy spędzonej głównie w Klinice Kardiologii Ogólnej z małymi dziećmi i bieganiu po innych klinikach (do Kliniki Rehabilitacji chodziło się przez plątaninę pustych, dusznych korytarzy podziemnych). Nie czuła się przygotowana do zajmowania się chorymi dziećmi. W końcu pediatrzy uczą się tego całe cztery lata. Wzburzona udała się do kierownika kliniki, doktora Rużyłły i oświadczyła, iż nie będzie dyżurowała w jego klinice, ponieważ nie ma takich kompetencji.

Niczego nie wskórała. Nie było dyskusji Szef kliniki, kiedy zaczynał cewnikować niemowlęta w Houston, też nie był pediatrą, ale z dnia na dzień nim został.

Sądziła, iż wiedza zdobyta na studiach i praktyka, wystarczająco uzbrajają lekarza do zmagania się z chorobą pacjenta. To złudzenie. Pełnienie tego zawodu nigdy nie jest pozbawione wątpliwości. Mamy do czynienia z chorym, którego wywiad niczego nie wnosi, objawy zgodnie ze standardami nieistotne, w badaniu fizykalnym nie ma odchyleń, wyniki laboratoryjne w normie, a jednak śmiertelne zagrożenie jest. Ta świadomość sprawia, iż czujemy niepokój, zastanawiamy się nad „przypadkiem” poza czasem konsultacji, szukamy w literaturze jakiegoś punktu zaczepienia, a i to czasem zawodzi. Są też takie sytuacje, w których wiemy jaki jest następny krok, konieczny do pilnego wdrożenia postępowania, ale pacjent absolutnie odmawia zgody na naszą propozycję, na przykład z powodu skomplikowanej sytuacji rodzinnej, lub odwleka ją miesiącami, a dzwon bije. Podobnie jest ze szczepieniami w pandemii. Nie uczyliśmy się psychologii, nie znamy skutecznych metod perswazji, a jednak musimy mierzyć się z nieprzewidzianymi problemami. Podpis pacjenta pod odmową ma tylko prawne znaczenie. Nie usuwa konsekwencji. Ela Jabłczyńska z pewnością już to wie. Mieszka w Finlandii, pełni swój zawód po opanowaniu kolejnych, dwóch obcych języków.

Doktor Lubiszewska też nie była pediatrą, jednak gwałtownie uczyła się podstaw pediatrycznej opieki, zgłębiania bardzo trudnych, skomplikowanych, wrodzonych wad. Codziennie przychodziła do Pracowni Echo oglądać obrazy ultrasonograficzne swoich podopiecznych (i sprawdzać szczegóły swojej świeżo nabytej wiedzy). Dla echokardiografistów czasami to było irytujące, ponieważ ledwo rozpoczynali badanie, a już wymagała od nich odpowiedzi na pytania: to gdzie jest ten tunel albo konduit (wytworzony w czasie operacji) w transpozycji dużych naczyń lub który to typ Rastelli’ego, gdzie przyczepia się przedni płatek wspólnej zastawki przedsionkowo komorowej w całkowitym kanale przedsionkowo – komorowym. Jej zainteresowanie w każdym przypadku wynikało z rzetelnego przygotowania do trudnych wyzwań przed i pooperacyjnej opieki nad dzieckiem z wrodzona wadą serca.

Serce było ostatnim bastionem, do którego wtargnął chirurgiczny nóż. Przed trepanacją czaszki, którą wykonywano już w starożytności, nie było takich zahamowań. Bijące serce zawsze budziło lęk, chociaż nikt nie miał pojęcia jakie problemy stwarza operacja na otwartym sercu. Dzieci z większością wrodzonych wad serca były skazane na śmierć. Alfred Blalock w szpitalu Johna Hopkinsa w Baltimore (stan Maryland) długo ćwiczył na zwierzętach koncepcję złagodzenia sinicy i innych objawów w tetralogii Fallota, łącząc tętnice płucną z prawą podobojczykową, wychodząc z założenia, iż to poprawi utlenowanie (saturację) w łożysku płucnym. Zabieg był możliwy do przeprowadzenia bez krążenia pozaustrojowego, jednak musiał być wykonany w bardzo krótkim czasie. Pierwsze dziecko zoperował w 1944 roku. Pediatryczną opiekę sprawowała Helen Taussig.

Pierwszą operację na otwartym sercu, u pięcioletniej dziewczynki z ubytkiem przegrody międzykomorowej, przeprowadził John Lewis w Minneapolis w Minesocie w 1952 roku. Przygotowanie do zabiegu polegało na schłodzeniu dziecka do 28 stopni Celsjusza. W tym celu umieszczono je w poidle dla koni, wypełnionym wodą z lodem. Ubytek został zamknięty, dziecko wyprowadzone z hipotermii i zreanimowane. Następny krok w Klinice Mayo – opracowanie urządzenia utleniającego krew poza ciałem pacjenta i operacja wykonana przez dr Johna Gibbona z sukcesem, ale ponieważ następnych kilku chorych nie wytrzymało zabiegu, dalsze próby wstrzymano. W 1954 roku dr Walton Lillehei na Uniwersytecie w Menneapolis w Minesocie podjął ryzyko zabiegu u rocznego dziecka, stosując krążenie skrzyżowane. Utleniaczem krwi był ojciec dziecka! Dalsze prace polegały na opracowaniu oksygenatorów. I udało się stworzyć ten najważniejszy element krążenia pozaustrojowego. Przeżycie zoperowanych pacjentów przez Lillehei’a było dalekie od obecnych standardów, jednak uratowanie od śmierci sześciu spośród dziewięciu dzieci z tak ciężkim defektem jak tetralogia Fallota, wzbudziło zachwyt, podziw i dostarczyło dowodu, iż serce jednak można operować.

Poważnym problemem pooperacyjnym, który wymagał pilnego rozwiązania, były zaburzenia rytmu spowodowane hipotermią. Przez kilka tygodni po zabiegu groziło zatrzymanie akcji serca. Wyzwanie podjęli fizjolodzy. Skonstruowali proste urządzenie wielkości „kuchenki mikrofalowej”, wytwarzające słabe impulsy elektryczne, połączyli drucikami do zakotwiczenia w mięśniu serca i to się sprawdziło. Do chwili awarii elektrycznego zasilania miasta! Nastąpiła katastrofa, dziecko zmarło. Doktor Walton Lillehei zrozumiał, iż urządzenie stymulujące serce nie może być zależne od działania sieci. Znalazł świeżo upieczonego inżyniera Earl Bakkena, właściciela dwuosobowej firmy pod nazwą Medtronic, zajmującej się naprawą elektrycznego sprzętu. Firma zarabiała grosze, ale zamiłowanie właściciela, od najmłodszych lat pasjonującego się elektrycznymi urządzeniami, pozwalała przetrwać niedostatek finansowy. Doktor Lillehei zamówił konstrukcję generatora słabego prądu o niewielkim napięciu, na baterie. Inżynier poczuł się w siódmym niebie. Przypomniał sobie schemat takiego prostego zasilania w jakimś popularnonaukowym pisemku dla „garażowych majsterkowiczów”. Po miesiącu urządzenie wielkości puszki sardynek było gotowe, oddał je zleceniodawcy. Żadnego zatwierdzenia przez FDA – Agencję do Spraw Żywności i Leków, to jeszcze nie obowiązywało. Następnego dnia stymulator już służył co dopiero zoperowanemu dziecku [88]. A rozwój firmy Medtronic jak w amerykańskim śnie. Rozchwytywane, błyskawicznie udoskonalane stymulatory zewnętrzne, mniejsze od pudełka zapałek, wszywane pod skórę pacjenta, analizujące zaburzenia rytmu serca, interweniujące tylko w razie potrzeby i tylko w szwankującym obszarze. Zbudowane z atrombogennych materiałów, nie powodują stanów zapalnych, nie uruchamiają armii obronnych komórek pacjenta, bo nie widzą w urządzeniu wroga, nie próbują otorbić, sekwestrować. Końca wynalazków nie widać. Najnowszym osiągnięciem firmy Medtronic są bezigłowe stymulatory Micra, wielkości kapsułki, które implantuje się w okolicę przegrody międzykomorowej w prawej komorze. Są nieodczuwalne przez pacjenta i lepiej odczytują konieczność interwencji, a w porównaniu do tradycyjnych stymulatorów, powodują redukcję powikłań o 48% [105] (takich jak zakażenie loży rozrusznika, elektrod, czy ich dyslokacja). Jak tak dalej pójdzie to niedługo stymulator będzie dyrygował rytmem serca z pierścionka na palcu.

Stymulatory ratują nie tylko po operacji serca, ale również w wielu innych zaburzeniach, w których zostaje zachwiane generowanie prądu jonów: sodu, potasu wapnia, wskutek niewydolności systemu wytwarzającego, czy przewodzącego impulsy, z powodu niedokrwienia lub uszkodzenia włókien mięśnia serca w kardiomiopatii, rzadziej z powodu defektów wrodzonych. Widujemy też odwrotną sytuację, kiedy system elektryczny działa bez zarzutu, a serce umiera, nie kurczy się, nie pompuje krwi do tkanek obwodowych, wykonuje coraz wolniejsze ruchy przypominające kołysanie. Prąd płynie, nie działa mechanika, załamki elektrokardiogramu wciąż wyraźne, choć coraz wolniejsze, coraz mniejsze. Nie można na to patrzeć, ale to trwa czas jakiś.

Witold Rużyłło zafascynowany pomysłem rozszerzania zwężonych tętnic wieńcowych bez otwierania klatki piersiowej, z pomocą balonu, skontaktował się listownie z firmą produkującą cewniki dla Grüntziga, który wprowadził w życie pomysł rozszerzania zwężonych tętnic wieńcowych. Taki zabieg w tętnicy przeprowadzili w Stanach radiolodzy Charles Dotter i Melvin Judkins ale dotyczył tętnicy kończyny dolnej [106]. W sercu, przed Grüntzigem, nikt się nie odważył. Szwajcarzy odpowiedzieli, iż owszem, mogą cewniki sprzedać, ale po przeszkoleniu u twórcy metody. Grüntzig wyraził zgodę. W styczniu 1980 roku doktor Rużyłło, dzięki finansowemu wsparciu firmy farmaceutycznej, pojechał na czterodniowe szkolenie do Zurychu, od 2 do 5 stycznia. Warsztaty trwały siedem i pół godziny dziennie. Był to trzeci kurs organizowany przez Grüntziga. Grupę uczestników, jak dotąd najliczniejszą, 100 osób, tworzyli kardiolodzy z całego świata. Należeli do tych wizjonerów, którzy czuli, iż to eksperymentalne leczenie, zastosowane po raz pierwszy przez Grüntziga [107], zrewolucjonizuje leczenie chorego serca, a może i wyprze kardiochirurgię, związany z nią ból, powikłania, skróci czas leczenia, nie wspominając o zmniejszeniu kosztów. Niektórzy z nich, z techniczną smykałką, już w trakcie prezentacji, mieli pomysły jak udoskonalić cewnik, żeby zabieg był łatwiejszy do wykonania i trwał krócej. (I to w przyszłości zrealizują).

Znamienny jest splot okoliczności przy pierwszym przezskórnym poszerzeniu tętnicy wieńcowej. Grüntzig wykonał go u chorego zakwalifikowanego do wszczepienia pomostów aortalno wieńcowych. Zabieg zabezpieczali kardiochirurdzy Ake Senning i Marco Turina [107]. Szwed Ake Senning wsławił się w 1958 roku pierwszym na świecie wszczepieniem stymulatora, u 43 letniego pacjenta z blokiem przedsionkowo-komorowym III stopnia. Opracował metodę chirurgicznego leczenia, jednej z najtrudniejszych do korekcji, wad wrodzonych serca – przełożenia dużych pni tętniczych, w której tętnica płucna odchodzi od komory lewej zamiast z prawej, aorta z komory prawej zamiast z lewej. Sposób leczenia wymyślony przez Senninga polega na przekierowaniu krwi z użyciem przegrody międzyprzedsionkowej z żył systemowych i lewego przedsionka do prawej komory (stąd do aorty), a z żył płucnych i przedsionka prawego do komory lewej (stąd do tętnicy płucnej) [108]. W 1969 roku dokonał pierwszej w Szwajcarii transplantacji serca.

Andreas Grüntzig w czasie kursu kładł szczególny nacisk na ostrożność, precyzję i delikatność w czasie przeprowadzania zabiegu. Wierzył głęboko w przyszłość tej metody i uczulał kursantów, by brawura nie zaprzepaściła na długie lata skutecznej pomocy chorym. Proroczo brzmiały słowa w ustach tego przystojniaka, o urodzie południowca, z kruczo czarną, bujną czupryną.

Doktor Rużyłło nie zawiódł go i 24 kwietnia 1981 roku wykonał ten zabieg na gałęzi przedniej zstępującej, bez najmniejszych powikłań. Ten pierwszy w Polsce zabieg poprzedzał szesnastomiesięczny okres starań o cewniki. I znów uzyskał pomoc. Bezinteresowną. Udzielił jej Ake Senning, który sprezentował mu sześć cewników, ten sam Ake Senning, który stworzył warunki do bezpiecznego wykonania pierwszego zabiegu plastyki tętnicy wieńcowej. Ake Senning sławiący Karolińską Klinikę Sjukhuset, w której ojciec Witolda, Edward Rużyłło odbył przed laty staż. Cenny dar Senninga był wielokrotnie sterylizowany i wielokrotnie użyty do nowatorskiego zabiegu.

Grüntzig urodził się w Dreźnie 25 czerwca 1939 r. Ojciec był doktorem chemii, nauczycielem, ale również pisarzem i kompozytorem, zginął w pierwszych dniach wojny. Matka, nauczycielka gry na fortepianie z trudem radziła sobie z utrzymaniem dwóch synów, starszym był Johannes. Po wojnie wyjechała z nimi do brata w Argentynie. Wrócili, ale do strefy zachodniej. Andreas i Johann skończyli medycynę w Heidelbergu (obaj zostali profesorami). Andreas szkolił się w Londynie i ostatecznie znalazł mentora w Zurychu. Zajął się diagnostyką miażdżycy kończyn dolnych z pomocą „klaudikometru”. Urządzenie pozwalało ocenić funkcję ścięgna Achillesa, która w kończynie niedokrwionej była osłabiona. W 1971 r. w Engelskirchen doktor Eberhard Zeitler wprowadził go w techniczne tajniki rozszerzania zwężonej tętnicy kończyny dolnej [109]. Grüntzig pomyślał, iż przecież taki zabieg powinien być możliwy w zwężonych tętnicach wieńcowych. Ponieważ angioplastyką zajmowali się wówczas radiolodzy, odbył odpowiednie szkolenie. Przez 2 lata wieczorami, i każdej wolnej chwili, pracował nad konstrukcją cewnika z odpowiednim balonem. Miejscem badań był kuchenny stół. Pomagała asystentka i jej mąż – inżynier. Żadnego wsparcia ze strony szpitala ani agencji powołanych do takich celów, nie otrzymał [107]. Nic nowego. Galileusz też sobie sam skonstruował lunetę.

Pierwsze rozszerzenia tętnic wieńcowych, Grüntzig przeprowadzał manualnie robionym cewnikiem na zwierzętach. Wyniki przedstawił na konferencji w San Francisco [110]. Wzbudził zainteresowanie, nawiązał kontakty.

Nie zapominał o kolegach z Saksonii, wspierał ich, choćby o ile stanowili konkurencję. Werner Portsmann plastykę tętnicy wieńcowej miał wykonać 3 dni wcześniej niż Grüntzig, ale musiał odstąpić od zabiegu, ponieważ tętnica była niedrożna. Andreas wspomagał go cewnikami [111]. Znał realia wschodnich Niemiec. Koszt utrzymania socjalizmu był zbyt wysoki.

Starannie szukał odpowiedniego kandydata do pierwszego zabiegu, takiego z istotnym zwężeniem jednej tętnicy, młodego, z dobrą frakcją wyrzutową – dobrze kurczącym się sercem. Znalazł. 16 września 1977 r. osiągnął cel. Natychmiast po rozszerzeniu wieńcowej tętnicy przedniej zstępującej bóle ustąpiły, a pacjent w wieku Grüntziga żyje do dnia dzisiejszego [112].

Świat przed Andreasem Rolandem Grüntzigem stanął otworem. Zabiegały o niego najsłynniejsze ośrodki: w Cleveland, Harvard, Houston, Stanford, Tybindze [107]. Nie wahał się, zwłaszcza, iż w Szwajcarii traktowano jego nowatorską metodę dość powściągliwie. Jedynym jego obrońcą był Ake Senning,. W 1980 roku wybrał Emory Hospital w Atlancie. Zaproponowano mu warunki, o których nie śnił, tam mógł spełniać swoje marzenia, bez ograniczeń. Cewnik z balonem opatentował. Firmy zabiegały o zezwolenie na jego produkcję.

Ukoronowaniem efektów pracowitości, twórczej pasji, niezachwianej wiary w jej sens była nominacja do nagrody Nobla. Tego zaszczytu dostąpili również Melvin Paul Judkins i Frank Mason Sones, a także Werner Portsmann [107].

Grüntzig chętnie dzielił się swą wiedzą i umiejętnościami. Wspaniale prowadził kursy szkoleniowe, które gromadziły po kilkaset uczestników. Wszystko działo się na żywo. W końcu musiało się coś nieprzewidzianego zdarzyć, chwila grozy, migotanie komór. Natychmiast rozpoczęto reanimację. Dalszy ciąg odbył się w przygotowanej do tego sali [107]. Taka jest kardiologia.

Przez pięć lat Grüntzig wykonał zabieg u pięciu tysięcy chorych. Powadził badania randomizowane. Przemyśliwał jak rozszerzyć tętnicę zamkniętą i jak się przygotować na zabiegi wielonaczyniowe.

Andreas Grüntzig na szczycie życiowego powodzenia, zawsze taki rozważny, tak dbający o bezpieczeństwo pacjenta, kalkulację ryzyka mając we krwi, 29 października 1985 roku zignorował huragan w Zatoce Meksykańskiej. Mimo braku widoczności zawierzył przyrządom samolotu, narzędzia zawsze go fascynowały. Poleciał z See Island do Atlanty. Tam czekali umówieni na następny dzień pacjenci. Samolot rozbił się. Zginął wraz z drugą żoną Margareth Ann. Córka Sonia przeżyła [107]. Mówi się, iż los jest ślepy, a zazdrosny to nie?

W tym samym roku zmarł Dotter po drugim bypassie, Judkins z powodu zawału serca, Sonesa zabił rak płuca [107].

Plastyka zwężonych tętnic wieńcowych zawojowała cały świat, stopniowo udoskonalana, prostsza w wykonaniu.

W 1983 roku w życie weszła technika sterująca, ułatwiająca i skracająca czas wykonania zabiegu, polega na wsuwaniu cewnika do ujść tętnic przez prowadnik.

Autorka tekstu: Ewa Łastowiecka

Idź do oryginalnego materiału