Wady serca i zalety na Olimpie cz. 6

przegladdziennikarski.pl 1 tydzień temu

Tor przeszkód

Codzienne zmagania były chlebem powszednim. Zbierała materiał do opracowania rozdziałów: Zasady leczenia zaburzeń rytmu w programie „Zapobieganie i zwalczania chorób układu krążenia w Polsce” [26] i do wielu kardiologicznych rozdziałów Chorób Wewnętrznych [27]. Uczyła jak rozpoznawać i różnicować postacie komorowe i nadkomorowe zaburzeń rytmu serca, a nie zawsze jest to łatwe [28]. Penetrowała ten temat w różnych sytuacjach klinicznych [29]. W 1974 roku wraz z Witoldem Rużyłłą przedstawiła przypadek śluzaka w lewym przedsionku [30]. Guzy serca przed epoką ultrasonografii były rozpoznawalne dopiero w czasie sekcji. Wraz z doskonaleniem aparatury, dwuwymiarowe obrazy śluzaków dobitnie potwierdzały rozpoznanie i dostarczały innych, cennych, zwłaszcza dla chirurgów, informacji: o wielkości, lokalizacji, ruchomości, gdzie się przyczepia, jak szeroka jest szypuła i najważniejsze: czy utrudnia przepływ krwi [31].

Z „nudów” postanowiła napisać habilitację. Rozwinęła temat prawego serca i nadciśnienia płucnego z pomocą dostępnych narzędzi (dziś o znaczeniu historycznym) – polikardiograficznych: fonokardiografii – rejestracji szmerów w sercu i apeksokardiografii – rejestracji charakteru uderzenia koniuszka serca. Ze względu na budowę prawej komory, jej kształt, podobny do przekręconej o 90 stopni litery V i trudności w rejestrowaniu czasu, prędkości jej napełniania i opróżniania dzięki zewnętrznych czujników, zajmowanie się tym zagadnieniem należało do rzadkości, chociaż ta wiedza mogła być niezwykle przydatna w praktyce. Podjęła ten trud. Zebranie materiału wymagało benedyktyńskiej cierpliwości.

Rozprawa odbyła się w 1977 roku. Praca „Badania polikardiograficzne w ocenie czynności prawej komory i nadciśnienia płucnego” była czasochłonna, napisana jak wszystkie jej prace perfekcyjnie, udokumentowana zdjęciami przekonywujących zapisów graficznych. Chwila satysfakcji trwała krótko. Nadchodziła epoka echokardiografii i mozolne rejestrowanie parametrów polikardiograficznych, dokumentujących różne dysfunkcje serca, stało się mało atrakcyjne w porównaniu do czarno białego obrazu serca w czasie rzeczywistym, rejestrowanego z pomocą ultradźwięków. Wystarczył rzut oka (oczywiście przygotowanego), by zobaczyć nie tylko poszerzenie i zaburzenia kurczliwości komór wskutek przebytego zawału, lub po zapalenia mięśnia, ale również guzy czy skrzepliny i jednym stuknięciem klawisza, dokładnie wyliczyć wartość ciśnienia w tętnicy płucnej – parametru, którego oznaczaniem szczyciła się dotąd jedynie hemodynamika.

Nie bez odrobiny żalu metodę, której poświęciła tyle czasu, uznała za przeszłość, pracę habilitacyjną przestała „lubić” i zachłannie zaczęła odkrywać tajniki metody nowej.

W 1980 roku z gmachu Instytutu Reumatologii na Spartańskiej dwie kliniki: kardiologii i kardiochirurgii, wśród wielkiej niepewności i targów o aparaturę, przeniosły się do Anina. Docent Wanda Rydlewska – Sadowska otrzymała nominację na kierownika jednej z klinik, którą nazwała Kliniką Szybkiej Diagnostyki i Pracowni Echo zwanej Zakładem Diagnostyki Nieinwazyjnej. Wierzyła w możliwość ustalenia prawidłowej diagnozy choćby w ciągu jednego dnia. W jej klinice nie będzie wylegiwania chorych całymi tygodniami w oczekiwaniu na kolejne badanie, będzie obowiązywała szybka diagnoza, szybkie skierowanie na operację, angioplastykę czy też rozpoczęcie adekwatnego leczenia farmakologicznego. Jej zastępczynią była doktor Wanda Popławska. Czasem w dyskusji z szefową pojawiały się kontrowersje. Koronnym argumentem doktor Popławskiej była konstatacja: bo ja pamiętam taki przypadek w klinice profesora Orłowskiego…

Do zespołu należały stażystki: Agata Dzierżko i Ela Borowiecka, dołączyła Kasia Włodarska, Ewa Bujnowska – Wójcik, później Beata Kuśmierczyk – Drożdż, Ewa Jakubowska, Bożena Majewska oraz panowie: Marek Konka, Mirek Kowalski. Ewa Bujnowska – Wójcik doczeka się przyjęcia do tego grona córki Ani. W Pracowni Echo pacjentów badały jedynie Joanna Nowicka i Ewa Michalak.

Pani docent powierzono również nadzór nad Oddziałem Intensywnej Opieki Medycznej, dopóki młody zespół z Janiną Stępińską na czele nie uzyskał odpowiedniego doświadczenia. Trwało to cztery lata. W czasie obchodów chorych korygowała leczenie farmakologiczne, uczestniczyła we wszystkich kardiowersjach. Prowadziła również odprawy lekarzy dla całego Instytutu, czuwając nad merytoryczną działalnością lekarzy podczas nocnych dyżurów. W ciągu tych 17 godzin działo się bardzo wiele. Do 1986 roku we wszystkie czwartki jeździła na Spartańską analizować badania echo, dopóki Hania Szwed nie wróciła ze stypendium z USA i została szefem tej pracowni. Na Spartańskiej pozostała Klinika Choroby Wieńcowej której kierownikiem był profesor Zygmunt Sadowski i Pracownia Hemodynamiczna pod kierunkiem doktora Zbigniewa Purzyckiego.

W owym czasie jedynym wykonywanym zabiegiem kardiochirurgicznym była komisurotomia zamknięta, polegająca na porozrywaniu sklejonych procesem zapalnym spoideł zastawki mitralnej. Narzędziem był palec operatora, krążenie pozaustrojowe nie było konieczne. Wymagało to delikatności i dużego wyczucia. Zbyt mocne pchnięcie mogło rozerwać pierścień, w którym są osadzone płatki zastawki i spowodować ostrą niedomykalność, obrzęk płuc i śmierć na stole operacyjnym, zbyt słabe, nie zmniejszało istotnie stopnia zwężenia. Ten zabieg wykonywał jedynie profesor Śliwiński. Ponieważ pełnił jednocześnie funkcję ministra zdrowia był często wzywany, w trudnych do przewidzenia porach, na różne posiedzenia i narady. Czasem pacjent i cały zespół przygotowany do operacji czekał daremnie, bo operator wezwany na dywanik. W związku z takim utrudnieniem, zmieniono harmonogram przygotowań do zabiegu. Procedura rozpoczynała się o piątej rano, profesor wkraczał do sali operacyjnej o szóstej, a od ósmej był gotów na odgórne polecenia.

Przez kilka lat pani docent sprawdzała wszystkie badanie echokardiograficzne, pomagała oceniać czy wada jest duża i wymaga operacji, czy też umiarkowana do skrupulatnej obserwacji, bądź jest mało istotna, czy mało ruchliwe cienie w aorcie są starym odwarstwieniem błony wewnętrznej i trzeba chorego operować, czy są nic nie znaczącymi artefaktami, czy ruchoma nitka jest zerwana nicią zastawki mitralnej, czy jest tworem powstałym w wyniku zakażenia bakteryjnego. W skomplikowanych, wrodzonych wadach serca znajdywała dodatkowe anomalie, wymagające poszerzenia zakresu operacji. Często zauważyła coś, czego nikt nie dostrzegł, co czasem zupełnie zmieniało sposób postępowania. Analizowała te obrazy zawsze w kontekście klinicznym. Wiedziała, echo jest rdzeniem działalności Instytutu, ale też podlegało bezlitosnej weryfikacji na stole operacyjnym. Chirurdzy przyzwyczajeni do złotego standardu jakim było cewnikowanie serca, chociaż pilnie przychodzili na konsultacje do Pracowni Echo, początkowo patrzyli na obrazy serca nieufnie i nie zawsze widzieli wegetacje bakteryjne na zastawkach, przedziurawionych przez proces zapalny. Podejmowali decyzję operacji nie na podstawie obrazu klinicznego, podpartego echem, ale wskutek zaufania do oceny pani docent. o ile ona rozpoznawała zator tętnicy płucnej, bo dostrzegła mglisty zarys skrzepliny w pniu (co do której mieli ogromne wątpliwości), rozterek w dalszym postępowaniu nie było.

Przygotowywała kompetentnych diagnostów nie tylko w Instytucie ale również w całym kraju. Organizowała comiesięczne spotkania echokardiograficzne. Przyjeżdżali lekarze z całej Polski, z Opola, Szczecina czy Bydgoszczy, obserwowali jak urzeczeni dynamiczne obrazy serca, słuchali werdyktów terapeutycznych. Ten rodzaj szkoleń był nowością, zapadał w pamięci jak żaden, najlepszy nawet, czytany tekst czy zdjęcie. Dziesiątki, doświadczonych dziś specjalistów odbywało szkolenia indywidualne, przysłuchując się codziennie prezentacjom na posiedzeniach hemodynamicznych, asystując badaniom echokardiograficznym i w końcu uczestnicząc w posiedzeniach z kardiochirurgami. Oprócz szkoleń potrzebne były również aparaty echokardiograficzne.

Wielokrotnie rozpoczynała nowy rok z niezłomnym postanowieniem, iż zajmie się wyłącznie sprawami nauki, skończy ze „zbawianiem ojczyzny”. Miała dość wydzierania pieniędzy z różnych ministerstw na postęp kardiologii, udowadniania urzędnikom niekompetencje, bark znajomości przepisów międzynarodowego handlu. Oni wiedzieli, iż u nas jest wszystko, (na papierze), ale właśnie ten nic nie znaczący papier stanowił jej oręż.

Lata sześćdziesiąte dostarczyły jej pierwszych doświadczeń.

W największej tajemnicy przed szefami klinik i zakładów badano pierwszy polski prototyp defibrylatora. Spiskowali doktorzy: Bogdan Lewartowski i Witold Rużyłło. Do wąskiego grona wtajemniczonych należała Wanda Rydlewska – Sadowska. Badania przeprowadzali na psie, którego „było im okropnie żal”. Impulsem elektrycznym wywoływali migotanie komór i przywracali prawidłowy rytm serca defibrylatorem. Polski prototyp różnił się jednak od urządzenia marki zachodniej. Wywoływał duże uszkodzenie mięśnia. Młodzi badacze ustalili, iż winę ponosi kształt impulsu generowany przez jakąś cewkę, którą należało dopracować. Twórca polskiego urządzenia, pan docent z Politechniki poczuł się dotknięty, nie ukrywał niechęci do poprawek. Po upływie pół roku zadzwonił do doktor Rydlewskiej – Sadowskiej i sarkastycznie oświadczył:

– Ta cewka jest już gotowa. Może pani ją sobie wsadzić.

– Wie pan – odparła – wsadzić to sobie mogę, tylko nie wiem gdzie.

W 1986 roku otrzymała tytuł profesora. Żadnej uroczystości z tego powodu w Instytucie nie było. Gratulacje skwitowała wzruszeniem ramion.

Pierwszą batalię o aparaty echokardiograficzne wygrała. Następnie zdobyła finansowanie w rupiach (!) poza budżetem Ministerstwa Zdrowia na kilkadziesiąt aparatów. Dzięki temu również prostsze aparaty dotarły do mniejszych ośrodków i tak rozpoczął się burzliwy rozwój echokardiografii w kraju.

Zdobycie wspaniałych aparatów echokardiograficznych Sonos Hewlett Packarda dla dziesięciu wiodących ośrodków w Polsce kosztowało ją dwa lata życia. Walkę toczyła z decydentami, którzy chcieli kupić gorsze aparaty po 160 tysięcy dolarów zamiast lepszych po 100 tysięcy.

Nie oznaczało to końca batalii. Śledziła rozwój echokardiografii i walczyła przez cały czas o dostawki rejestrujące przepływy znakowane kolorem, o głowice do badań przezprzełykowych. Te głowice założone do przełyku pozwalają na szczególnie trudne rozstrzygnięcia, kiedy struktury serca w badaniu przez klatkę piersiową są słabo uwidocznione z powodu jej beczkowatego kształtu lub innych deformacji, u otyłych czy u chorych z chorobami płuc, a podejrzewa się zagrożenie życia, na przykład w zapaleniu wsierdzia [32], rozwarstwieniu aorty, czy zatorowości płucnej, kiedy decyzja ewentualnej operacji musi być podjęta natychmiast.

Kiedy przychodził jakiś decydent zajmujący się przydziałem dewiz na zakup aparatury, sadzała go przed monitorem i pokazywała obraz śluzaka w lewym przedsionku – guza łagodnego histologicznie ale z dramatycznym wklinowaniem się w ujście do lewej komory. Pan zobaczył na własne oczy jak serce bezskutecznie próbuje przepchać krew mimo przeszkody, jak mięsień bezskutecznie szamoce się coraz wolniej i … nieruchomieje. Cierpliwie tłumaczyła potrzeby aparaturowe pacjentom, którzy mogli się przyczynić do osiągnięcia celu. Pewien dyrektor departamentu, opasany kablami EKG nie miał innego wyjścia jak solennie obiecać.

Ale uzyskanie zgody na jakiś zakup czy inwestycję jeszcze niczego nie oznaczało. Musiała nauczyć się poruszać w dżungli terminów obowiązujących absolwentów Szkoły Głównej Planowania i Statystyki, udowadniać finansistom znajomość przepisów handlu zagranicznego, Dziennika Ustaw, wskazywać drogę do zdobycia pieniędzy, załatwiać akredytywy i ostatecznie wyszarpać je dla Instytutu. Gromadziła stosy podpisanych przez ministrów dokumentów. Ciężkie było ich życie, łapali się za głowy, ale musieli wykazać minimum konsekwencji, nie mogli powiedzieć “nie” skoro sami podpisali, zgodnie z przepisami, akredytywy, kliringi.

W swoim bilansie walk o aparaturę wywalczyła dwa miliony (!) dolarów (!!) Odkręcała odmowne decyzje, przekonywała, uczyła wyższych urzędników interpretacji przepisów, zyskiwała niewielu przyjaciół i wielu zaprzysiężonych wrogów.

Pacjent, jeden z tych tysięcy wdzięcznych powtórzył rozmowę, którą przypadkowo usłyszał na stacji benzynowej na Mazurach:

– Jest taka jedna, co mi najwięcej krwi napsuła

– Która to?

– A taka jedna z Anina

– Jak się nazywa?

– Sadowska, docent

– Ona jest już profesorem, nie możesz jej uziemić?

Metody uziemiania nie były zbyt skomplikowane. Instytut jak każda znacząca placówka miał „opiekuna” SB. Od profesor Sadowskiej zażądano oryginalnych dokumentów przetargów. Odparła przytomnie, iż oryginałów nie wyda ale przygotuje na następny dzień kserokopie. Zgodzono się. Spotkanie nazajutrz rozpoczęło się stwierdzeniem, iż zarówno pani profesor jak i jej mąż korzystają z finansowania wyjazdów zagranicznych przez firmę Hewlett Packard. Odpowiedź brzmiała: proszę zejść na dół do Działu Spraw Zagranicznych i sprawdzić. SB było przygotowane i jednym tchem wyliczyło kolejne „przestępstwo” o synu na stypendium w USA . Odpowiedź: sprawdzenie czy mój syn jest studentem Politechniki Warszawskiej i czy kiedykolwiek był w USA, zajmie urzędowi trzy minuty. I tu nastąpił ostatni, najważniejszy etap rozmowy: została powiadomiona o klauzuli tajności odbytych rozmów. Rzuciła okiem na dokument, który miała podpisać i przeczytała: zgadzam się nie udzielać informacji na temat sprowadzania aparatury medycznej do Polski. Żachnęła się, obchodziły ją tylko aparaty echo, czytała dalej: zgadzam się na współpracę. Mimo, iż nie odbyła szkolenia w Komitecie Obrony Robotników, gdzie uczono jak się zachować w podobnej sytuacji, odmówiła i nie podpisała dokumentu. Olśniła ją jak zwykle „telepatia”. UB wykazało sporą cierpliwość i podejmowało próbę jeszcze trzykrotnie. Bezskutecznie.

Kiedyś w kolejnej desperacji profesor Sadowska oświadczyła mężowi:

– Gdybyś przypadkiem, zobaczył mnie, piszącą jakieś bzdurne podanie w sprawie aparatów echo, nie proszę, ale żądam, bierz natychmiast siekierę i rąb moją rękę.

Otrzymała do recenzji artykuł. Przeczytała i osłupiała. Autorki, co do których nie miała wątpliwości, iż nie są gwiazdami polskiej kardiologii, napisały rzecz genialną. Prosto, zwięźle, zrozumiale na interesujący temat. Kilka osób w kraju dopiero poznawało tajniki tej dziedziny, a tu już tak znakomita synteza. O pierwszej w nocy, zgnębiona poczuciem pomyłki, myła zęby. Nagle olśnienie. Z pastą w ustach popędziła do swojego pokoju, zaczęła przewalać czasopisma przywiezione z Waszyngtonu i odnalazła reprint pracy Jamala Tajika, który od niego otrzymała. Zaczęła gorączkowo czytać. Czytała z rosnącą wściekłością. Artykuł zgłoszony jako praca oryginalna był dokładnym tłumaczeniem Tajika, z uwzględnieniem angielskiej interpunkcji. Nie miała wątpliwości, ta sprawa powinna się znaleźć na wokandzie Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

– Czy pani wie kim jest jej mąż? – usłyszała z ust autorytetu. I dalej:

– Dla świętego spokoju… czy to warto…. czy to coś zmieni…

W rezultacie nie podjęła walki z wiatrakami. Jej recenzja zawarła taką treść: Kardiologia Polska nie zajmuje się tłumaczeniami obcych prac.

W jej odczuciu kradzież dorobku intelektualnego dyskwalifikowała, bezwzględnie i na zawsze. Taka sytuacja miała miejsce w Instytucie. Zabrakło doświadczenia, świadomości, iż opublikowanie choćby najskromniejszego kompendium, opartego na pracach innych autorów, wymaga wpisu do bibliografii. Kara była najsurowsza – odejście z Instytutu. Mistrzowska retoryka odwołania, kompozycja odstępów między akapitami na oddech, na ponowne przemyślenie decyzji, nic nie pomogły.

Chętnie, promowała tych naprawdę zdolnych, wysyłała za granicę na atrakcyjne kursy szkoleniowe, stypendia (oczywiście już po zmianie ustroju). Ale o ile uważała, iż asystent choć się stara i choćby jest pracowity, ale nie dojrzał do przejścia z klasy uczniów do klasy czeladników, długo (nawet cztery lata) przetrzymywała oddaną do sprawdzenia pracę, szarpiąc się jednocześnie z wydawnictwami, ministerstwami itp. Opóźniła kolokwium habilitacyjne adiunkta o pół roku, co raczej nie zostało wybaczone.

Potrafiła przeciwstawić się Radzie Naukowej proponującej wyróżnienie dysertacji jej doktoranta, parafrazując zasadę Katona: nie każdemu się należy. Po obronie, doktor Zbigniew Purzycki kierujący Hemodynamiką na Spartańskiej, mijając na schodach autora kontrowersyjnej oceny, pogratulował: „byłem na wielu obronach, ale ta, naprawdę wnosi coś nowego, bardzo dobra praca”.

A z drugiej strony, potrafiła pomóc w konstrukcji pracy, w stopniu wykraczającym poza przyjęte reguły, zwłaszcza, kiedy zebrany materiał był ciekawy.

Pierwszym etapem była furia. Słychać było nie tylko w sekretariacie ale i na korytarzu. Potem świadomość, iż człowiek nie wyciśnie z siebie więcej niż może. Cóż pozostało? Usiąść, skonfigurować tezy, rozwinąć strzępki otrzymanego tekstu, przekonująco ułożyć cyferki, porównać z latami, rozwinąć dyskusję, wyciągnąć wnioski. Grant rozliczony, praca nagrodzona. Bez protestu.

Jeżeli czegoś nie rozumiemy, a zrozumieć chcemy, nie pozostaje nic innego jak jeszcze raz wrócić do źródeł. To lekarska propozycja Majmonidesa żyjącego w XII wieku.

Meandry Styksu

W czasie praktyki w Grajewie do studenckich obowiązków należało nie tylko prowadzenie chorych na internie, ale również udzielanie narkozy i asystowanie do operacji na chirurgii. Dobrze pamięta salę operacyjną: trzeszczącą podłogę, szpary w drewnianych drzwiach, przez które swobodnie mogły przedostać się myszy, kaflowy piec i chorego z rozpoznaniem ostrego zapalenia wyrostka robaczkowego, w trzeciej dobie ostrych objawów. Wszedł na własnych nogach, położył się na stole. Rozpoczęła podawanie kropel eteru na maseczkę gazową. Wystąpiły wymioty. Kałowe. Korekta rozpoznania nastąpiła w czasie operacji: perforacja wrzodu żołądka. Pomoc nadeszła zbyt późno..

W klinice profesora Żery prowadziła pacjentkę z zaburzeniami rytmu, która w czasie porannego obchodu wyznała, iż przez chwilę jakoś dziwnie się poczuła. Planowany wypis ze szpitala został wstrzymany. W czasie wieczornego obchodu, badając innego pacjenta, przez szybę dostrzegła na monitorze pacjentki ze wstrzymanym wypisem szybki, dziwny zapis. To był torsade de pointes! – „balet serca”! – wielokształtny częstoskurcz komorowy – każde pobudzenie o innej morfologii, śmiertelne zagrożenie życia. „Dziwne poczucie” stanowiło ekwiwalent omdlenia „chinidynowego” (chora leczona chinidyną czwarty dzień). Dziś znamy działania uboczne tego skutecznego w niektórych arytmiach leku, ale wtedy doświadczenie w tym zakresie było skromne. Choroba po raz pierwszy została opisana w 1966 roku, a o tak łatwym dostępie do najlepszych czasopism naukowych jak dziś, choćby nikomu nie przyszło do głowy marzyć. Nie było dostępnych czasopism przesyłanych e-mailami z najnowszymi artykułami do wszystkich członków Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego (do którego wtedy i tak nie należeliśmy). Dziś, po latach wiemy, iż ta groźna arytmia może mieć podłoże genetyczne, jak również może wystąpić po kilkudziesięciu lekach, od antyarytmicznych, przez niektóre antybiotyki, zwłaszcza z połączeniem z sokiem z grapefruita, również w drastycznym spadku poziomu elektrolitów (potasu i magnezu), w zaburzeniach żołądkowo jelitowych czy naużywaniu alkoholu.

Chora z cor bovinum – niewydolnym, olbrzymim sercem tolerowała jedynie acylanid, preparat uzyskany z naparstnicy w mikroskopijnych dawkach, pół tabletki dwa razy w tygodniu, bo im większa niewydolność serca, tym większa możliwość toksycznego działania leku. Innym mankamentem wyciągu z tej majestatycznej rośliny jest zależność stężenia substancji czynnych od słońca, nawodnienia i składników gleby. Dziś, mimo iż stosuje preparaty syntetyczne, które są pozbawione tych wahań, zalecenia obejmują nieliczne sytuacje kliniczne, a obszerny wachlarz pozostałych, zaspokajają leki niwelujące wydzielanie adrenaliny z zakończeń nerwowych. Uzyskanie pierwszego preparatu z tej grupy, kilkadziesiąt lat temu – propranololu, zostało uhonorowane nagrodą Nobla, a zakres wskazań do stosowania kolejnych modyfikacji tego leku wciąż się poszerza.

Zapisy EKG na monitorach wygaszały się z opóźnieniem w ten sposób, iż krzywa aktualna nakładała się na gasnący zapis poprzedniej sekundy. „Dzięki tej poświacie” doktor Rydlewska – Sadowska u pacjentki z utrwalonym migotaniem przedsionków, zauważyła, iż na niemiarowy rytm poprzedniej sekundy nałożył się rytm miarowy. Natychmiast rozpoznała nie napadowy częstoskurcz węzłowy – groźny objaw zatrucia naparstnicą. Katastrofie zapobiegła podając we wlewie potas.

Jeden z pracowników z szpitala przy ulicy Goszczyńskiego poprosił ją o konsultację członka rodziny. Rozpoznała stan zagrażający życiu: niestabilną chorobę wieńcową. Jatrogenność choroby stwierdziła, jak to lubi określać, „przypadkowo” (jak przypadkowo zauważała, co uszło uwadze pochylonym lekarzom nad harmonijką rejestru polikardiografii, jedyne pobudzenie przedwczesne komorowe i wcięcie dikrotyczne arteriogramu, po krótkim cyklu poprzedzającym, rozpoznając niemą klinicznie niedomykalność zastawki aortalnej).

Wywiad chorobowy Polaka mieszkającego w Hiszpanii ujawnił wieloletnie przyjmowanie leku stosowanego w niedoczynności tarczycy. Wszystkie parametry biochemiczne wykluczały niedoczynność tego narządu. Odstawienie leku spowodowało ustąpienie objawów wieńcowych i cudowne wyleczenie. Nie weryfikowana etykietka choroby mogła kosztować życie.

Od tego czasu pacjent przyjeżdżał każdego roku na kontrolę. Miał do niej bezgraniczne zaufanie. Nieustannie zapraszał do Walencji. Jej komentarz: „nie lubię tego”.

Po 12 latach obserwacji rozpoznała u niego początkowe stadium marskości wątroby. Jakiś lekarz typu działacz uparł się, żeby dla potwierdzenia choroby wykonać biopsję wątroby. Wystąpiło powikłanie: krwotok. I pacjent zmarł.

W roku 1973, w początkowej siedzibie Instytutu Kardiologii przy ulicy Spartańskiej, zapadła jedna z pierwszych, trudna decyzja wszczepienie trzech sztucznych zastawek u pacjentki – panny JP (opis w Części I – „Gaja”). Zabieg odbył się w Szwecji. Organizacyjny trud, nadzieja, niepokój towarzyszący tej nadziei, stanowi jedyną w swoim rodzaju historię. Operacja udała się. Po trzech tygodniach wsadzono chorą do ambulansu, prosząc by się nie przyznawała do co dopiero przebytej operacji serca, ponieważ wracała do kraju bez opieki lekarza. Samolot spóźnił się prawdopodobnie dlatego, iż trasa wiodła okrężną drogą przez Kopenhagę. W klinice w sobotę, czekała doktor Rydlewska – Sadowska. Pierwsza musiała zobaczyć, dotknąć rozkrojonej i zeszytej klatki piersiowej i wysłuchać metalicznego stuku otwierania sztucznych zastawek. Zreperowane serce pracowało „jak nowe”. Wszystkie cechy zaawansowanej niewydolności, w przebiegu trójzastawkowej wady serca, ustąpiły. Skrupulatna obserwacja miała się już odbywać w rodzimej klinice. Państwo Sadowscy mieszkali na czwartym piętrze, przy równoległej do Spartańskiej – ulicy Etiudy Rewolucyjnej. Na ich klatce schodowej stały donice z pnącymi roślinami. Nazajutrz po przylocie chorej (niedziela) jedno z nielicznych wolnych popołudni, doktor Wanda Rydlewska– Sadowska układała slajdy do jakiegoś wystąpienia. Wszędzie książki, trochę kwiatów. W kranach letnia woda, kolejna awaria czy remont sieci grzewczej. Nagle z Kliniki alarmujący telefon: chora po wszczepieniu zastawek we wstrząsie. Ubrała się błyskawicznie, popędziła na skróty do kompleksu szpitalnego przez dziurę w płocie.

Chora bez ciśnienia, na monitorze zapis EKG prawidłowy… uczucie paniki i błyskawiczne różnicowanie: dysfunkcja zastawki? Zator tętnicy płucnej? – bez szans interwencji? Intuicyjna decyzja:

  • Proszę igłę do nakłucia! I odpowiedź:
  • Nie mamy czystej!
  • To proszę brudną !

Wezwała doktora Biedermana. Nakłuł worek osierdziowy. Pierwszy raz w życiu. Płyn jasny, klarowny, duża ilość. Objawy tamponady, czyli dużej ilości płynu w worku osierdziowym – wyraz reakcji obronnej organizmu na interwencję chirurgicznego noża, bez żadnych (znanych jedynie z książek) typowych objawów, poza dramatycznym spadkiem ciśnienia tętniczego ustąpiły.

Dziś takie incydenty w Instytucie są na porządku dziennym. Technika echokardiograficzna doskonale uwidacznia płyn, jego ilość i dyktuje wskazania do nakłucia. Sterylne narzędzia z długim terminem ważności, w postaci krótkiej igły do znieczulenia i dwudziesto centymetrowej do nakłucia osierdzia, oraz plastikowego zbiornika, z podziałką na ewakuowany płyn, są dostępne całą dobę. Ale nie wtedy.

Po 23 latach od tamtych wydarzeń sztuczne zastawki wszczepione w ujście mitralne, aortalne i trójdzielne pracowały bez zarzutu. Przedsionki były powiększone ponieważ wymiana furtek, przez które napływa krew do komór, niestety nie ma wpływu na zmniejszenie przedsionków, natomiast obie komory uległy normalizacji i wydajnie pracowały. Niewielkie zwężenie wykazywała implantowana zastawka w ujście trójdzielne ale poprawka chirurgiczna nie była potrzebna. Wytrzymała kolejnych kilka lat. Reoperacja dla pacjentów jak i dla chirurgów zawsze stanowi poważny problem. Chory jest obciążony doświadczeniem lęku, zagrożenia, ból. Kardiochirurg przed dotarciem do pola operacyjnego musi się uporać ze zrostami, a każde usunięcie zrostu, to krwawienie, które trzeba jak najszybciej zatamować, bo to oznacza wydłużenie czasu trwania zabiegu. W czasie zabiegu, kiedy krew nie pobiera tlenu w płucach, ale w oksygenatorach – sztucznych utleniaczach, czas liczy się podwójnie. Wyprucie zużytych zastawek i wszycia nowych należy do niełatwego zadania.

Licytacja z losem w przypadku pani JP zakończyła się po trzydziestu pięciu latach.

W Instytucie na Spartańskiej pierwszy raz rozpoznała wegetacje bakteryjne na zastawce. Wegetacje – balotujące twory złożone z włóknika krwi, inkrustowane bakteriami, czasem również wapnem są śmiertelnym zagrożeniem i jedynie operacja wraz z długotrwałym stosowaniem bardzo kosztownych antybiotyków może uratować życie. Długo zastanawiała się nad dziwnymi smugami w jednowymiarowym echu. Nie mogły to być artefakty, zbyt sugestywna była powtarzalność obrazu. Uświadomiła sobie rozpoznanie zapalenia wsierdzia późnym wieczorem. Postanowiła zarejestrować obraz na zdjęciu ale zabrakło papieru. Na otwarcie magazynu musiała poczekać do następnego dnia. Niepocieszona wróciła do domu. Rankiem zerwała się o szóstej. I nagle z rozpaczą uświadomiła sobie, iż jest to wolna sobota. Dziś, metodą nie pozostawiającą takich wątpliwości, uwidacznia się nie tylko lokalizację, wielkość, uwapnienie wegetacji, ale również ropnie i dramatyczne skutki w postaci perforacji struktur serca i wynikające stąd przecieki.

Gazety kupowała na osiedlu w kiosku. Pewnego razu poczuła na sobie czyjś pytający wzrok. Zawsze czuła takie spojrzenia, również wtedy, kiedy osoba obserwująca stała za nią, z tyłu… Po latach zrozumiałam jej podejrzliwość, nieufność, brak przyjaciół (poza Hanką).

Przypatrujący się pan zaczął wyjaśniać:

– Bardzo panią przepraszam… ja… przez tydzień umierałem… na serce… i nic z tego nie pamiętam, nie pamiętam nikogo, pamiętam tylko taką bransoletkę jaką pani ma na ręce… była cały czas przy mnie…. czy to pani mnie ratowała?

Przywieziono staruszka z zawałem ściany dolnej. Wydała dyspozycje i pobiegła dwa piętra wyżej do innego chorego. Usłyszała krzyk, ponownie zbiegła w dół. Zobaczyła z daleka młodego lekarza Pogotowia Ratunkowego, który jeszcze nie odjechał i masował serce u nowo przyjętego pacjenta. Zobaczyła z daleka „fruwający” mostek, wiedziała – złamany. Przystąpiła do akcji. Ów doktor krzyknął w amoku:

– O, tu! tu jest mostek

Odpowiedziała spokojnie:

– Nie proszę pana, tu był mostek.

Staruszek zreanimowany, przebrnął wszystkie etapy leczenia i został wypisany w stanie ogólnym.. dobrym.

W Instytucie w Aninie przyjęto chorego w dramatycznym stanie. Był piątek. Po wykonaniu zdjęcia klatki piersiowej, wstępna diagnoza: gruźlica prosówkowa płuc, a po ultrasonografii brzusznej: rak wątroby. Pacjent był otyły i miał „tragiczne” warunki w badaniu echograficznym (a głowicy przezprzełykowej jeszcze nie było). Zauważyła przez mgnienie oka, w projekcji przymostkowej, iż zastawka aortalna robi wrażenie „złamanej”. I już nie miała wątpliwości. „Prosówka” była obrazem olbrzymiego zastoju w płucach, zaleganiem krwi, której serce nie potrafiło przepompować, „rak wątroby” zastojem krwi systemowej w narządach jamy brzusznej. Objawy ułożyły się w jedną logiczną całość. Zresztą tak dwie tak różne choroby jak ostra faza gruźlicy i schyłkowy rak od razu budziły w niej wątpliwości. Złapała na korytarzu profesora Śliwińskiego i oświadczyła:

– Musi pan natychmiast operować chorego!

– O nie, najpierw badania, najwcześniej w poniedziałek – zaoponował.

– Do poniedziałku chory nie dożyje, musi pan operować dziś.

Tyle stanowczości brzmiało w jej głosie, a z oczu, jak zwykle w takiej sytuacji, posypały się takie iskry, iż profesor uległ i zoperował tego samego dnia. Jeden płatek zastawki, tej „złamanej” przeżarty przez proces bakteryjny sperforował. I znów jedno życie uratowane.

Do Instytutu przywieziono dziecko we wstrząsie. Lucynka miała ciężką, arytmogenną kardiomiopatię i trudną do zwolnienia częstość rytmu komór w migotaniu przedsionków. Nikt nie rozpoznał, iż dziecko ma dodatkową drogę przewodzenia impulsów elektrycznych pod postacią zespołu Wolffa Parkinsona White’a (WPW). Co się działo po kardiowersji, to niektórzy lekarze mogą sobie wyobrazić, migotanie komór! – zatrzymanie akcji serca! Zespół WPW rozpoznała docent Sadowska i dalej już wszyscy byli mądrzy, ale nie do końca. Standardowo stosowanych w tej sytuacji leków nie można było podać, bo znów groziło migotanie komór. Pani docent pilnowała dziecka osobiście. Wpadała na dyżury, w niedziele i święta. Lucynkę cieszyły te wizyty ale jeden raz była niepocieszona, siostra zdążyła zapleść tylko jeden warkoczyk. I w takim momencie widząc smutek oczu dziecka usłyszała słowa jakiejś pacjentki: „ale musiała dostać łapówkę jak tak lata”. Zresztą tak było, matka Lucynki ofiarowała gąski i inne zebrane w lesie grzyby. Pani docent męczyła się pół nocy nad płukaniem zapiaszczonych grzybów i pilnowaniem żeby się nie przypaliły.

Dobrze pamiętała Lucynkę, ten jeden warkoczyk i te cholerne gąski.

Do Instytutu na sygnale przywieziono w bólach trzydziestoparoletnią kobietę w wysokiej ciąży z zespołem Marfana – patologią budowy, między innymi, błony wewnętrznej tętnic, która wskutek tego, często ulega odwarstwieniu. Jest to stan bezpośredniego zagrożenia życia i wymaga natychmiastowej operacji. Zanim dotknęła ją słuchawka lekarza, została przywieziona na badanie echo. Obecna była cała świta: lekarze OIOMu, doktor Wanda Popławska – prawa ręka pani profesor w Klinice Szybkiej Diagnostyki. Badanie podjął Piotr. Dreny, czujniki oplatały półnagie ciało ciężarnej. Piotr nie znalazł rozwarstwienia. Pani profesor potwierdziła sugestię.

Następnego dnia w Instytucie rozwiązano ciążę. Urodziła się zdrowa dziewczynka o wadze dwóch kilogramów. Pani profesor westchnęła: „aż dwa kilogramy”.

Przez większość lat swojego życia miała dwa etaty. Bardzo obciążającym był ten w lecznicy Ministerstwa Zdrowia. Utworzyła tam w 1968 roku Ośrodek Intensywnej Opieki Kardiologicznej, szkoliła niższy i wyższy personel, potem kierowała jednostką. Praktycznie oznaczało to nieustający 24 godzinny dyżur pod telefonem.

Kiedy erka otrzymała skomputeryzowane pulpity, ślęczała nad instrukcją wprowadzania danych pacjenta. Personel patrzył jak urzeczony na gasnące i zapalające się sensory pod wpływem dotyku. Nic tak nie rozładuje napięcia jak stosowny dowcip. Padła propozycja wpisania do komputera myszki Miki.

– interesująca jestem co zrobicie jeżeli przyjdzie na kontrolę dyrektor, a nie zdążycie nauczyć się jak to wymazać z pamięci. Niemal w tej samej chwili otworzyły się drzwi i wszedł dyrektor, znany raczej z braku poczucia humoru. Była to sytuacja dotąd niespotykana, ponieważ nigdy o tej porze nie zwykł placówki wizytować. I jakkolwiek tępił palenie papierosów, zwłaszcza przy chorych, nie tylko poczęstował panią profesor (która przezornie zostawiała zefiry w samochodzie) ale również uprzejmie zapytał:

– Która z pań pali?

Kiedyś w nocy zbudził ją telefon. Pacjent (znana postać w świecie artystycznym) przyjęty na erkę z rozpoznaniem zawału, a zawału nie ma. Zadała tylko jedno pytanie:

– Jaki rytm?

– Zatokowy – brzmiała odpowiedź lekarza dyżurnego. Znała problemy tego pacjenta. Pamiętała, iż miał migotanie przedsionków.

– To jest zator krezki – krzyknęła- wołajcie chirurgów ! (krezka jest mocno unaczynionym fałdem błony śluzowej, na którym są zawieszone jelita). Werdykt chirurgów:

Brzuch miękki (czyli nie do operacji). Wezwała znanego profesora. Sama była dopiero po doktoracie. Wynik konsultacji:

– Nie ma objawów brzusznych, nie możemy w takiej sytuacji otwierać.

Minął cały dzień. Wieczorem dyżurny chirurg dostrzegł objawy sugerujące konieczność operacji. Brzuch otwarto. Martwica jelita z powodu zatoru w krezce jelita cienkiego. Chory umierał dwa dni. I nikt już nie mógł pomóc.

Mirra i cykuta

Monografię „Zaburzenia rytmu serca” [33], bogato ilustrowaną elektrokardiogramami, pisała wspólnie z mężem Zygmuntem. Do autorskiego duetu dołączył Jacek, wówczas student Politechniki Warszawskiej, opracowując diagramy ilustrujące mechanizm arytmii. Jakkolwiek wydawać by się mogło, iż metoda badania serca z pomocą EKG licząca ponad sto lat, wobec niebywałego rozwoju narzędzi diagnostycznych odejdzie do lamusa, co zapowiadał jeden z luminarzy kardiologii, wciąż stanowi niezastąpioną pomoc w rozpoznawaniu i leczeniu poważnych zagrożeń, a choćby pozwala identyfikować wciąż nowe, nieznane dotąd jednostki chorobowe. Tego twórca metody Willem Einthoven nie przewidział. Wykorzystując galwanometr, przyrząd do badania niskich napięć, zarejestrował płynące prądy w szlakach wyspecjalizowanych komórek serca. Urodził się w 1860 r w Holenderskich Indiach Wschodnich (na Jawie), ukończył Uniwersytet w Utrechcie. Pracę opublikował w 1901 r. Nagrodzony Noblem w 1924r.

Urządzenie Einthovena ważące 270 kg, wielkości laboratoryjnego stołu oplecionego rurkami, w których płynęła sól fizjologiczna [34], udoskonalano. Dziś stacjonarny aparat EKG ma wielkość średniej grubości książki o wymiarach A4, zawiera oprogramowanie analizujące poszczególne fragmenty krzywej, ich wzajemne zależności, pozwala na śledzenie zapisu zanim wydrukuje, podpowiada na kolorowym, cyfrowym wyświetlaczu rozpoznanie, (zawsze weryfikuje lekarz). Dzięki postępowi elektroniki mamy aparaty EKG wielkości tableta, a napady arytmii możemy zarejestrować na urządzeniu wielkości zegarka i innych, pomysłowych, mobilnych gadżetach.

Autorzy specjalistycznych podręczników zwykle zbierają materiał z różnych źródeł, bardziej lub mniej umiejętnie. „Zaburzenia rytmu serca” różnią się tym od innych, iż każda krzywa EKG pochodzi ze zbiorów własnych, gromadzonych latami i jest wykazem żmudnych analiz, niełatwych rozpoznań, nieprzespanych nocy, chwil przerażenia pod rozpostartymi skrzydłami śmierci i nie zawsze zwycięskiej z nią walki. Niektóre zapisy są wychwyconym rejestrem holtera, dwudziestoczterogodzinnego zapisu EKG. Urządzenie nosi nazwę pomysłodawcy. Droga od marzenia do sukcesu Amerykanina Normana Jeffreya Holtera (rocznik 1914) nie była ani łatwa, ani krótka, chociaż do pokonywania trudów był solidnie przygotowany [35]. Po dyplomach magistra fizyki i chemii na kalifornijskim Uniwersytecie, zaliczył kilka stażów podyplomowych w Chicago, Oregonie w Instytucie Studiów Nuklearnych i w Heidelbergu. Karierę zawodową rozpoczął w macierzystej uczelni w Instytucie Oceanografii. W czasie wojny pracował dla marynarki badając charakterystykę oceanicznych fal. Był założycielem Towarzystwa Medycyny Nuklearnej i członkiem Komisji Energii Atomowej. Przewodnictwo zespołu obserwującego próby nuklearne na atolu Bikini i wyspach Marshalla, uświadomiło mu grozę rozszczepiania atomu uranu w niepowołanych rękach. Porzucił doskonalenie narzędzi do unicestwiania życia i zajął się badaniami służącymi jego ratowaniu. Wrócił do swojego Helen w stanie Montana, założył fundację i w siedzibie dawnej, nieczynnej stacji kolejowej stworzył małe radiotelemetryczne laboratorium. Zamierzał opracować metodę ciągłej rejestracji zapisu mikroprądów serca – napędu silniczka tej pompy. Podstawą urządzenia był oscyloskop (lampa katodowa). Nazwał je elektrokardiokoderem. Zatrudnił inżynierów, włączył do badań studentów. Był człowiekiem pozytywnie nastawionym do świata, wzbudzającym sympatię otoczenia, komunikatywnym. Nawiązane kontakty umiał pielęgnować. Wiedział z własnego doświadczenia, iż otwarcie wzbogaca, izolacja ogranicza. Długie dyskusje z kardiologami pomagały odkrywać i rozumieć tajniki serca. W 1947 roku prototyp ciągłego zapisu EKG, utworzony przez radionadajnik i dwie baterie ważył 38 kg. Inżynierowie Fundacji pracowali nad udoskonalaniem, zmniejszeniem wagi, poprawą jakości zapisu. Holter zaproponował stanowisko konsultanta doktorowi Eliotowi Corday’owi, szefowi laboratorium badawczego Cedars Lebanon Hospital w Beverly Hills. Poznali się przed laty w czasie organizowania sympozjum Medycyny Nuklearnej, Corday zajmował się badaniami tętnic wieńcowych. W urządzeniu monitorującym ciągły zapis EKG od razu dostrzegł potencjalne źródło informacji o bezobjawowych zwiastunach niedokrwienia mięśnia, co pozwoliło by zastosować prewencję pierwotną, zanim wystąpi pełnoobjawowy „atak” serca. Jeff Holter gromadził dokumentację. Zapraszał do badań pacjentów, wśród nich zaprzyjaźnionego chirurga, który miewał przemijające bóle w nadbrzuszu Chirurg nie odmówił. Pod koniec operacji upadł. Na ratunek było za późno. Holter pognał do Los Angeles, do Corday’a, by odczytał zapis. Przyczyną śmierci było niedokrwienie mięśnia (dziś nazwalibyśmy taki obraz ostrym zespołem wieńcowym bez uniesienia ST-T, nie wykluczając kurczu naczyń i zespołu R na T. Wystąpiło najcięższe powikłanie choroby wieńcowej – migotanie komór [36]. Dramatyczny zapis stał się ważnym dokumentem w staraniach o konieczne, dalsze udoskonalenia. Zespół badaczy miał świadomość, iż lekarz w czasie wizyty pacjenta, nie może prześledzić kilometrów taśm. Potrzebny był analizator zapisu. Doktor Corday zwrócił się do Bruca Del Mar założyciela firmy Del Mar Engineering Laboratories, która zaopatrywała wojskowe siły powietrzne US w elektroniczne innowacyjne rozwiązania. Decyzję współpracy ułatwiły czysto ludzkie pobudki – pamięć o niedawnej, nagłej śmierci kolegi – 35 letniego inżyniera aeronauty Joe Hoppera. Umowa z udziałem prawników Fundacji Holtera i Del Mar Engineering Laboratories została podpisana. 10 lat wspólnych badań uwieńczył patent z numerem 3.215.138 przyjęty 2 listopada 1962, zatwierdzony 2 listopada 1965. Na odręcznym rysunku schemat: EKG – wzmacniacz – odbicie lustrzane – układ cewek zapisujących krzywą z silniczkiem przewijającym taśmę. I tyle. Doktora Eliota Corday’a zaprosiło gremium uznanych autorytetów kardiologii by przedstawił zasady i zalety nowego, ciągłego zapisu elektrokardiogramu. Po prelekcji zapadła cisza, a przewodniczący sesji podsumował: „ ambulatoryjny monitoring EKG to czas stracony i ma bardzo małe, o ile jakiekolwiek, znaczenie kliniczne”. ale świat lekarski natychmiast zrozumiał znaczenie monitoringu i nic już nie zahamowało rzeki miliardów dolarów płynących z całego świata. Patenty zwielokrotniły swą liczbę do pięciu. Co 3 – 4 lata równolegle z postępem elektroniki powstają nowe wersje.

Dziś urządzenie zawieszone na szyi pacjenta przypomina mały notes łączący się z trzema, a choćby sześcioma elektrodami przyklejonymi do skóry. Może być też wielkości reklamowego pudełka zapałek, wszczepione pod skórę pacjenta, na wiele miesięcy, dostarczając drobiazgowych informacji o szaleństwach rytmu [37].

Wanda Rydlewska-Sadowska zupełnie nieświadoma trudności, związanych z wydaniem Zaburzeń Rytmu Serca, zaproponowała mężowi:

– Chodźmy do wydawnictwa razem

– Mam do ciebie całkowite zaufanie – odparł (przezornie).

Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich zaproponował format nie do przyjęcia. Pokazała Schamrotha [38]. Dyrektor techniczny spojrzał z wyższością i powiedział:

– Kiedy Zachód spadnie do naszego poziomu

– Do cholery – zdenerwowała się – kiedy zrozumiecie, iż to my musimy dojść do ich poziomu. Ostatecznie zorientowała się, ze chodzi o dodatkowy koszt

– Ile ? – zapytała krótko

Podał sumę.

– To poproszę o kawałek kartki

– ?

– Napiszę oświadczenie, żeby mi potrącono tę sumę z honorarium.

Takiej rozmowy z autorem w wydawnictwie jeszcze nie było.

W drukarni szefem był „fachowiec”. Pokazał próbkę tekstu: szarego, rozmytego, po prostu „tragicznego”. Ale dał się namówić na inny papier i zmianę matryc, co oznaczało dodatkowe dwa miesiące pracy.

Dyrektor techniczny PZWL miał prawo nie wiedzieć, iż Leo Schamroth nie reprezentuje „zachodu”, a więc wroga PRL-u. Urodził się co prawda w Belgii ale od dzieciństwa mieszkał na południowym krańcu świata, zamieszkałym przez ludy Bantu, „uciśnione” angielską kolonizacją i apartheid (cudzysłów nie jest wyrazem kwestionowania ucisku – u nas w minionej epoce, odnosiło się do ludu pracującego w krajach, zarządzanych sposobem zapewniającym godniejsze życie, znaczącej większości swoich obywateli). Kolonizacja okazała swą kruchość, co innego język. To prawdziwy, nieodwracalny, globalny podbój świata. Tego możemy pozazdrościć. Teren szarpany przez holenderskich potomków – Burów i Anglików w 1960 roku wywalczył niepodległość i nazwał się Republiką Południowej Afryki. Stamtąd Schamroth zadziwiał lekarski świat. Tłumaczenia jego podręczników dotarły przez Europę na daleki wchód. Ten pasjonat tropił kruczki elektrokardiogramu metodą Sherlocka Holmesa i zaopatrywał je zrozumiałymi opisami mechanizmów zaburzeń [39]. Wydawało się, iż broń, którą posłuży się Wanda Rydlewska Sadowska – świetną publikacją Schamrotha zainteresuje decydenta, ale nie.

W 1987 roku Piotr pomyślnie zdał dwójkę z interny, koledzy przyszli z gratulacjami. Ktoś napomknął o mglistych horyzontach poprawy sytuacji materialnej lekarzy, w domyśle uposażenia, zupełnie nieadekwatnego do wkładanego wysiłku. Na jej twarzy przelotny wyraz “nie rozumiem, nie wiem o co chodzi”.

Kiedy otrzymała stypendium w Marsylii nie martwiła się, iż wynosi ono pięćset franków i nie będzie mowy o spróbowaniu najsłynniejszej marsylskiej zupy bouillabaisse, czy rozkoszowaniu się widokiem portu à la terrasse d’un café. Co prawda otrzymała propozycję dyżurów. Cztery dyżury w miesiącu poprawiłyby sytuację o równe sto procent. Ale propozycja była uwarunkowana. Instytut prowadził badania nad najnowszym wówczas lekiem – tosylanem bretylium i miał go otrzymać każdy chory ze świeżym zawałem, z nadzieją prewencji groźnych zaburzeń rytmu. Ponadto każdy pacjent, na wszelki wypadek, musiał mieć założoną elektrodę wewnątrz sercową. Na to doktor Wanda Rydlewska – Sadowska nie wyraziła zgody. Nie odrabiała lekcji jak uczeń, odnosiła się krytycznie do nieudokumentowanych korzyści, zwłaszcza inwazyjnych. Podziwiała osiągnięcia francuskiej medycyny, poziom wykładów dla studentów, system kształcenia po dyplomie, rozumiała potrzebę profilaktyki, ale ten eksperyment uznała za szkodliwy. Intratna propozycja dyżurów w marsylskim Instytucie upadła. A nieszczęsny tosylan bretylium był dość długo stosowany i wcale nie wymagał założenia elektrody do serca, jak również nie był jej potrzebny do opublikowania we francuskim czasopiśmie doniesienia o tachykardiach w ostrym zawale serca [40].

W czasie innego zagranicznego wyjazdu miała do dyspozycji kieszonkowe, marzyła o kupnie butów ale ostatecznie „złamała się” i kupiła najnowszą edycję „Echokardiografii”.

W maju 1988 roku wzięła jeden z tygodni zaległego urlopu by pchnąć do przodu własną „Echokardiografię Kliniczną” [41].

Pracowała głównie w nocy. Pogoda zmieniała się każdego niemal dnia, raz rozleniwiające, wiosenne ciepło, na przemian z pochmurnym chłodem i odrobiną potrzebnych kropel deszczu. W mieszkaniu przy Etiudy Rewolucyjnej pracowała w pokoju dziennym przepełnionym książkami. Na podłodze jasny dywan. W oknach doniczki z kwiatami i widokiem na pola Akademii Rolniczej, po których przechadzały się bażanty, aż do wytyczonej rzędem majestatycznych lip, Alei Żwirki i Wigury. Za parkanem krzaki białych bzów. W upalne dni zakładała długą, bawełnianą, czarną w białe grochy suknię na ramiączkach, z obszytym koronką dekoltem, a jeżeli było chłodniej narzucała na ramiona szydełkowany szal. Na balkonie urzędowały gołębie i żadna siła nie mogła ich stamtąd przepędzić. Ptaki dodają malowniczości krakowskim sukiennicom czy weneckiemu Placowi Świętego Marka, ale gruchanie o szarym świcie jest trudne do zniesienia, zwłaszcza o ile pracuje się do drugiej w nocy.

Na śniadanie kubek mleka i jakaś kanapka, obiadów z zasady nie jadała. Wieczorem znów „kanapka”.

– Jak to możliwe – dziwiono się – tak żyć na dłuższą metę..

– Przyswajam bakterie – odpowiadała.

Nadeszło upalne lato. Codziennie wychodziła z Instytutu przed ósmą wieczorem. Przeglądała klatka po klatce tysiące badań i wybierała ilustracje do tekstu. W domu pracowała nad podpisami. 25 lipca 1988 roku skończyła. Po trzech dniach weekendu przyszła do Instytutu z wgnieceniem na palcach prawej ręki od długopisu.

Praca nad książką trwała dwa lata, ale to była faza wstępna.

Następna batalia rozpoczęła się w PZWL. Jedna z pierwszych rozmów z redaktorem technicznym:

– Nie będę tego robił

– ?

– Bo to chłam – zaopiniował redaktor

Co miał robić, wszystko gotowe, teksty, zdjęcia, podpisy.

– To będzie na zlecenie – zauważyła redaktor Żakowska – we wrześniu będą podwyżki

– Nie opłaca się

– To poproszę o papier i sznurek – autorka zastosowała skuteczny chwyt.

Konsternacja. Potem rozmowa.

W końcu zgodził się na przekazanie wglądówek. Trzymał je rok. Po czym zażądał oryginałów.

Kiedy zobaczyła stan przed oddaniem do drukarni, była bliska załamania: wszystkie numery identyfikacyjne – obcięte. Zdjęcia oznaczone literą A i B; serce w skurczu i rozkurczu, które muszą być koło siebie, obcięte krzywo, różniły się wielkością, porysowane. Czym? Próbowała szpilką, paznokciem, nic nie powodowało takiego efektu. Przypuszczała, iż winę ponosiła przycinarka z podkładką chropowatego drewna.

Wiosną 1990 roku praca od początku. Szukanie w setkach kaset 900 optymalnych klatek do zdjęć. Przegląd każdej kasety około trzech godzin, znalezienie opisywanej wady, wybór najlepszej klatki, nanoszenie oznaczeń (tylko w weekendy bo aparaty zajęte od poniedziałku do piątku), obcinanie łącznie z wglądówkami do pierwszej w nocy, dzień w dzień.

Korektorka, z wykształcenia polonistka, wprowadziła poprawki nazewnictwa niezgodne ze słownictwem medycznym, na przykład „oddalenie od serum” zamiast separacja blaszek osierdzia, „ciśnienie małe i duże” zamiast niskie i wysokie, przyczep nici ścięgnistych przedniego płatka mitralnego we wspólnym kanale przedsionkowo komorowym (ubytku obu przegród serca) „Rastellego” zamiast Rastelli’ego. Komentarz pani profesor: „Kowalskego” zamiast Kowalskiego, a powinna poprawić tylko krzesło o ile jest przez ż.

Miała tego dość.

Ostatecznie pomógł pacjent, dyrektor Domu Słowa Polskiego, który zaproponował wydanie książki z pominięciem PZWL. Ale to oznaczało samodzielne wykonanie kilku korekt, skorowidza, okładki i wizyt w drukarni dwa razy w tygodniu. Trwało to kolejny rok!

Praca była warta tego trudu. Podobnie jak „Zaburzenia rytmu serca” „Echokardiografia kliniczna” jest podręcznikiem oryginalnym, w którym każde zdjęcie pochodzi z archiwum Zakładu Diagnostyki Nieinwazyjnej. Każdy opis badania konsultowała, ustalała ostateczną diagnozę i leczenie.

Przejrzystość i bogato ilustrowany tekst sprawiają, iż długo będzie służyć kolejnym pokoleniom adeptów kardiologii.

Upłynie 14 lat zanim zostanie wydana (pięknie) kolejna biblia echokardiograficzna. Dokona tego jej uczeń Piotr Hofmann wspólnie z Jarosławem Kasprzakiem z Łodzi. Ilustracje uzupełnią obszerne komentarze i nowe metody badań. Materiał opracuje 52 autorów, reprezentujących wszystkie liczące się ośrodki w kraju. W zupełnie innych warunkach.

Ultradźwiękowe badanie serca zapoczątkował Szwed Inge Edler na Uniwersytecie w Lund [42]. Szukał bardziej przekonywującej metody diagnostyki niż oko, szkiełko, ucho (rentgen i EKG) zanim pacjent zostanie przekazany w ręce kardiochirurgów. Zastanawiał się jak uwidocznić struktury serca, zobaczyć je w ruchu. Nawiązał współpracę z fizykiem Helmutem Hertzem. (Ojciec Hertza – noblista, nazwiskiem wuja oznacza się miarę częstotliwości – ilości drgań na sekundę). W maju 1953 roku Hertz wypożyczył ze statku echo radar. Jak dalece identyfikacja odwzorowania ruchu serca wymagała wyobraźni świadczy fakt, iż ruch zastawki mitralnej początkowo został zinterpretowany jako ruch tylnej ściany lewego przedsionka. Mimo to pierwsza publikacja z obrazem echa jedno wymiarowego ukazała się już w październiku tego samego roku. Trzynaście kolejnych lat dalszych prób i badań, mimo braku gwałtownie działających komputerów i technicznie zaawansowanych przetworników, pozwoliło udoskonalić aparaturę. Przyczyniła się do tego praca Satomury w Japonii nad wykorzystaniem, znanego od 1842 roku, efektu Dopplera do mierzenia przepływów krwi. Wiedeński profesor matematyki Christian Andreas Doppler zauważył i potwierdził obliczeniami przesunięcie widma gwiazd oddalających się w kierunku czerwieni, a zbliżających w kierunku niebieskim (wynika to ze zmiany częstotliwości fali świetlnej, zmniejsza się w czasie oddalania i zwiększa w czasie zbliżania. Publikacja miała intrygujący tytuł: O kolorowych światłach podwójnych gwiazd i innych ciał niebieskich (Über das farbige Licht der Doppelsterne und einiger anderer Gestirne des Himmels [43]. Tu małe wyjaśnienie, podwójne gwiazdy – pojęcie astronomiczne, oznacza gwiazdy położone „blisko” siebie, krążące wokół wspólnego środka masy.

Wykorzystanie tej wiedzy znajduje dziś niezliczone zastosowania, we wszystkich urządzeniach opartych na generowaniu fal: akustycznych, elektromagnetycznych, od radarów, satelitów do lotnictwa, meteorologii, robotyki [44]. Naturę falową wykazują również ostatnio odkryte fale grawitacyjne, mają prędkość światła, dotyczą czasoprzestrzeni. Na tym nie koniec. Doppler uczy wciąż czegoś nowego. Współcześni kosmolodzy nazywając opisane przez niego zjawisko redschift (przesunięcie w kierunku czerwieni) udowodnili rozszerzanie wszechświata (z kosmiczna prędkością).

Hertz udoskonalił pomysł Satomury, opracowując przepływy krwi w sercu. A potem to już były tylko prezentacje, nagrody, tytuły i zaszczyty [42].

Pierwszy podręcznik klinicznej echokardiografii opracował w Indianapolis Harvey Feigenbaum [45]. Karierę zawodową rozpoczął w Laboratorium Cewnikowania Serca. Intrygowała go funkcja rozkurczowa lewej komory, ale kiedy po raz pierwszy zobaczył ultrasonograf i przyłożył głowicę do własnej piersi, dał się ponieść przeczuciu, iż to przyszłość diagnostyki kardiologicznej, nieinwazyjna, szybka, oferująca niewyczerpywalne możliwości, o których zresztą producenci i sprzedawcy, których przepytywał, nie mieli zielonego pojęcia. Zainspirowany wiadomością, iż neurolodzy w Indianapolis mają ultrasonograf, który bezużytecznie leży w magazynie (jak analizator z UNR y w Grajewie), wypożyczył go. Hemodynamikę porzucił bez żalu. W 1965 roku zarejestrował sensacyjny obraz płynu w osierdziu [46], bo dotychczas nie było wiadomo czy przyczyną poszerzenia sylwetki serca na rentgenie jest powiększenie jam serca, czy płyn w osierdziu. Pilnie się uczył na licznych stażach w powstających Pracowniach Ultrasonograficznych. Wysłuchał pamiętnego wykładu Inge Edlera, zaproszonego do USA, na pierwszym kursie poświęconym wyłącznie ultrasonografii serca, w 1968 roku [47].

W Instytucie Kardiologii w Warszawie codzienna praca i sympozja. Inauguracja konferencji w pięknej Polanicy, z jakże różną od blokowisk architekturą, odbyła się przy akompaniamencie koncertu chopinowskiego w wykonaniu 14 letniego syna jednej z lekarek.

Profesor Sadowska przedstawiła tam pracę, która obalała kolejny mit w kardiologii. Na sali panowała skupienie ale tylko jedna osoba odważyła się zadać pytanie. Nie dotyczyło zresztą meritum.

Autorka tekstu: Ewa Łastowiecka

Idź do oryginalnego materiału