Wady serca i zalety na Olimpie cz. 5

przegladdziennikarski.pl 12 godzin temu

Podróże kształcą wykształconych

Zwiedziła cały świat z wyjątkiem Ameryki Południowej i Afryki (nie licząc Kairu). Wspomina wyjazdy z Ministerstwa Zdrowia do Niemiec, Chin czy USA, kiedy otrzymywała diety w wysokości dwudziestu dolarów. Na śniadanie wystarczało. W Stanach była dziesięć czy jedenaście razy. Zwiedziła Nowy Jork, Waszyngton, Dallas.

Do iglic wieżowców, choć zdumiewają wysokością i feerią jaskrawych neonów, a choćby do zgiełku metropolii, można się przyzwyczaić, ale monumenty przyrody niezmiennie oszałamiają swą różnorodnością i bogactwem. Niezapomniany był widok różowych, w promieniach wschodzącego słońca, szczytów Gór Skalistych, ze zboczami pokrytymi puchem śnieżnym lub baszty, kopuły wykreowane przez kolorowe minerały gejzerów w parku Yelowstone, panorama wyrastających z czerwonej gleby skalnych zamków, świątyń, mostów, amfiteatrów w stanie Utach. Niezapomniany był szum dwu i pół tysiącletnich sekwoi w Sierra Nevada czy choćby budząca zdumienie wytrzymałość kaktusów w pustynnej Arizonie, przypominających ogromne kandelabry, w których wiją gniazda sowy i dzięcioły, zapewniając sobie i pisklętom znacznie niższą temperaturę od otoczenia.

W połowie lat osiemdziesiątych Maria Hoffman z profesorami Sitkowskim, Śliwińskim i doktorem Biedermanem dotarli do Arizony. Koniecznie chciała zobaczyć Kanion Kolorado. Rzeka rzeźbi swoje koryto w twardej skale. Zejście na dno trwa 2 godziny. Śmiałkowie, którzy tu docierają, pragnąc ochłody zanurzają się w ubraniu w rwący nurt. Operacja słoneczna jest tak silna, a temperatura powietrza tak wysoka, iż wszystko wysycha na pieprz po kilku minutach. Wyczynem jest wyjście z przełomu, trwa 8 godzin. Wycieczka helikopterem kosztowała trzydzieści dolarów. Towarzyszył jej tylko profesor Sitkowski. Napawali się tym widokiem jak zdjęciem satelitarnym, które można dowolnie powiększać. Pozostali panowie nie byli ciekawi, a może rachunek przewyższał ciekawość. Poszli jednak na widowisko przedstawiające spotkanie Kolumba z rdzennymi mieszkańcami tej ziemi. Amerykanie lubują się w ukazywaniu swojej dwustuletniej historii i często organizują takie happeningi. Niedaleko Phenix wynajęli bungalow. Taksówką udali się do stolicy stanu. Kierowcą był Polak. Nie chciał od rodaków zapłaty. Zwiedzanie city trwało dziesięć minut. Kierowcą taksówki w drodze powrotnej znów był Polak.

W dalszym etapie podróży nie poszło tak łatwo.

Ze Stanów trasa wiodła przez Pacyfik do Indonezji. I tam się zaczęło. Maria Hoffman nie zdążyła się nadziwić ile trudu wymaga uprawa pól ryżowych, na tarasach wulkanów, których szczyty sięgają trzech tysięcy metrów nad poziom morza, nie zdążyła popatrzeć na lekkie jak piórka drzewa tekowe, które zrzucają liście w porze suchej, a ożywają z nadejściem monsunów. Nie myślała o tym, iż znajduje się w miejscu częstych ruchów płyt tektonicznych, nie kąpała w wodzie zasolonej do 33 procent, o temperaturze 29 stopni Celsjusza, z poczuciem głębi pod sobą do siedmiu tysięcy metrów.

Na rajskiej Jawie odczuła pierwsze i coraz dokuczliwsze objawy ostrego ataku kamicy pęcherzyka żółciowego. Panowie chirurdzy serca rozpoznali w brzuchu szefowej wodniaka, czyli balon, rozdętego wskutek zatkania odpływu żółci, pęcherzyka. Kiedy zaś dołączyła się gorączka, z wodniaka zrobił się ropniak i wszystkie przerażające cechy ostrego brzucha, stanu wymagającego natychmiastowej operacji. Powrót do Nowego Jorku odbył się w poczuciu grozy sytuacji. Była laborantka pracowni elektrokardiograficznej Instytutu pani Danusia, w tej chwili Allen, której mąż był prezesem konsorcjum amerykańskiego szpitala, ułatwiła kontakty z miejscowymi chirurgami. Potwierdzili konieczność zabiegu w trybie pilnym. Ale pacjentka nie wyrażała zgody na operację w USA.

W nocy przyszedł doktor Biederman podać zastrzyk i znów nalegał. Na to zbolała chora z lodem na brzuchu zdenerwowała się jeszcze bardziej:

  • Jak będziecie naciskać, to się przeniosę do innego hotelu!

Bezsilni kardiochirurdzy w akcie rozpaczy uznali za konieczne środki narkotyczne. Doktor Biederman próbował je kupić w aptece, ale to było niemożliwe. Poszedł więc na Broadway i kupił od dilerów dwie ampułki morfiny. Spoczęły wśród pamiątek w domu Za Cieszynianką. Stan był poważny. Uciążliwa i długotrwała podróż samolotem stanowiła dalsze ryzyko. Po powrocie profesor Sitkowski uważał, iż brzuch trzeba „wystudzić”. Kiedy poczuła się jeszcze gorzej wezwała gastrologa profesora Butruka, który zadecydował operować. I zgodziła się potulnie, już bez wewnętrznego oporu. Zabieg przeprowadził profesor Szczerbań. W pęcherzyku znalazł około setki złogów, nacieki zapalne obejmowały trzustkę i fragment jelita grubego – kątnicę. Pojawiły się problemy z poziomem cukru we krwi i dolegliwości wynikające ze zrostów. Musiała sobie jakoś z tym radzić.

W specyficzne doświadczenia obfitowała podróż z delegacją Ministerstwa Zdrowia do Chin. Celem było nawiązanie współpracy. W skład delegacji weszli również profesorowie: Śliwiński, Rudnicki, doktor Miśkiewicz i jakiś urzędnik z ministerstwa. Przed wyjazdem Maria Hoffman przytomnie zaopatrzyła się w telefon do polskiej ambasady w Pekinie. Kiedy już byli w drodze, Chińczycy odwołali spotkanie. Na lotnisku nikt nie czekał. Nie mieli pieniędzy, ani też pojęcia dokąd się udać. Rozpoczęła się wielka improwizacja. Profesor Rudnicki zadzwonił do ambasady. Pierwszy posiłek w chińskiej restauracji, gdzie obsługa znała tylko rodzimy język, był jedynie skromną zapowiedzią dalszych niespodzianek. Zamówili danie pokazując palcem na czyjś talerz. Zupa w odczuciu profesor Hoffmanowej cuchnęła skarpetkami. Postanowiła jeść tu tylko ryż.

W końcu strona chińska jakoś zorganizowała polskiej delegacji pobyt. W programie znalazło się zwiedzanie rządowej Kliniki Kardiochirurgicznej. Pomocą w kontaktach była Chinka po odbytych stażach w Warszawie. W klinice operowano dzieci z wrodzonymi wadami serca, powyżej czwartego roku życia. W ciągu roku wykonywano siedemset – osiemset operacji. Szefem Kliniki kardiochirurgicznej był Chińczyk, który szkolił się w USA. Delegację zaproszono do śledzenia przebiegu operacji. Każdy otrzymał sterylne ubranie. Kiedy weszli na salę operacyjną, ze zdumieniem ujrzeli politurowane meble i dyndającą u sufitu zwykłą żarówkę. Maria Hoffman nie wytrzymała i zadała kierownikowi kliniki trudne pytanie:

  • Dlaczego tutaj tak jest? Przecież był pan w Stanach?
  • Bo tu są Chiny, a nie USA – odparł beznamiętnie chiński kardiochirurg.

Po operacji przeszli na oddział pooperacyjny. Dzieci leżały w zakrwawionych, z śladami wymiocin kufajkach. Skonsultowała jedno z tych dzieci i od razu stwierdziła, iż pozostał przeciek.

  • A bo my badamy pacjentów przez ubrania – usłyszała w odpowiedzi.

Zresztą Chiny to nie pierwszy i nie ostatni kraj, gdzie się bada pacjenta przez ubranie.

Wyszli odetchnąć świeżym powietrzem. Był wiatr. W powietrzu unosił się żółty pył. Doszli do placyku, gdzie odbywał się jarmark. Na samym środku leżała zabita krowa. Sprzedawca wykrawał i sprzedawał kawałki tego mięsa.

Szanghaj wydawał się innym światem. Znaleźli europejską restaurację. Zamówili jajka i kawę. Dostali do tego jedną łyżeczkę. Obsługa restauracji była uderzająco liczna, ale znów nikt nie mówił jakimś zrozumiałym dla Europejczyka językiem. Wreszcie przyszedł sam kierownik i wygłosił poznaną już formułkę:

  • Tu są Chiny i musi wam wystarczyć jedna łyżeczka.

Na zakończenie tego pouczającego pobytu otrzymali zaproszenie na kolację z urzędnikami ministerstwa. Do restauracji dotarli kuchennym wejściem. Po tej wizji chińskie smakołyki nie nadawały się do przełknięcia.

Ze wszystkich wyjazdów służbowych największe wrażenie wywarły dwa kongresy w Izraelu. Pierwszy zaliczyła wraz z mężem i profesorami Rudnickim, Ceremużyńskim oraz doktorem Tylką. Ta podróż była szczególnym przeżyciem dla Piotra Dzięgielewskiego, który wielkim sentymentem darzył i zawsze pragnął zobaczyć ojczyznę swej babki.

Nie było bezpośredniego połączenia, bo stosunki dyplomatyczne z „syjonistami” były zerwane. Droga wiodła przez Kair. Tam spędzili noc. Samolot był łuską bez napisów, miał tylko numer lotu. Arabowie nie uznali państwa Izrael a z „Jednostką Syjonistyczną”, tylko Egipt utrzymywał komunikację i to w aurze permanentnego spisku. W Tel Awiw walizka była uszkodzona, zamknięcie trzymał pasek.

W hotelu nocny portier pochodził z Polski i z zainteresowaniem wypytywał o kraj.

Zachwycający był obraz Jerozolimy zbudowanej z naturalnego piaskowca, w tak doskonałej harmonii z otaczającym pejzażem. Zwróciła uwagę na brak koszy do śmieci. Był to wyraz przeciwdziałania zamachom bombowym.

Młody człowiek w mundurze z karabinem maszynowym gotowym do strzału, który przychodzi do baru na lunch, jest zjawiskiem powszechnym. Nikogo nie dziwi, tak jest od początku powstania państwa. Walczą potomkowie Abrahama i Sary z potomkami Abrahama i egipskiej niewolnicy Hagar. Jedni w obronie życia, dla drugich walka jest sposobem na życie. Sugeruje się dialog, kompromis, ale tam jest obca ta sztuka. Mury Jerozolimy, kamieniste wzgórza i zielone doliny milczą. Ocalony z najazdów Nabuchodonozora i Tytusa zachodni mur świątyni Salomona – ściana płaczu, zaprasza na chwilę refleksji i zdziwienia wobec żywotności pędów hyzopu i dzikich krzewów kaparowych, wyrastających z kamiennych szczelin. Każde westchnienie w tym miejscu jest psalmem, słanym do niebiańskich wrót, budowanych przez tysiąclecia z pragnień, iż istnieje jakiś punkt odniesienia zwłaszcza, kiedy na nikogo, na całej ziemi, nie można liczyć.

Był grudzień. Sądziła, iż cieplejsze ubranie w strefie śródziemnomorskiej jest niepotrzebne i strasznie marzła. Jest to dziwne zimno. Przenika do szpiku kości, ale w samochodzie, kiedy słońce grzeje przez szyby, od razu robi się w gardle sucho. W Betlejem, czasie kupowania mandarynek (nieobecnych przez długie lata na naszym rynku) poczuła na ramionach ciepły szal. Jakaś pani przysłuchiwała się rozmowie w języku polskim i dostrzegła dygocą z zimna osobę. Natychmiast zaprosiła całe towarzystwo do nagrzanego samochodu typu van, gdzie podano gorącą herbatę i kiełbaskę zakupioną w pobliskim sklepie.

W drodze powrotnej na lotnisku znów były problemy z walizką. Celniczki nie zniechęcił sznurek wiążący bagaż. Kazała otworzyć. Maria Hoffman zapytała:

  • Jak ? Chyba można tylko przeciąć nożyczkami, ale potem trzeba

zasznurować, dodała przytomnie.

  • A skąd jesteście – zainteresowała się celniczka. Rozmowa dała pomyślny

rezultat, mimo obostrzeń przepisów wyjazdowych, związana sznurkiem walizka nie została zdemolowana.

Druga podróż na Światowy Kongres Kardiologiczny wiodła przez Wiedeń, niestety tuż po próbie zamachu na samolot izraelskich linii. Piotr Dzięgielewski i tym razem towarzyszył małżonce. Ponieważ nie znosił papierów, wszystkie dokumenty podróży oddał małżonce. Celnik zadał rutynowe pytanie:

– Czy ma pan jakieś pieniądze ?

– Panie – odparł dowcipnie – ja nie mam żadnych, żona mi wszystkie zabrała.

Kongresy w Jerozolimie charakteryzują się tym, iż uczestnicy biorą udział w obradach pierwszego i ostatniego dnia. Wszyscy, jak już mieli szczęście tu być, a często przyjeżdżają z drugiego końca świata, pragną zobaczyć jak najwięcej. Tak było i tym razem.

Zamieszkali w hotelu Hilton. Panował nieopisany upał, ale zwiedzaniu Jerozolimy nic nie mogło przeszkodzić. W pewnym momencie profesor Marii Hoffman zachciało się chałwy. Była to sobota czyli niedziela i większość sklepów była zamknięta. Tymczasem Piotr Dzięgielewski nie był szczególnie zainteresowany chałwą i gdzieś zniknął. Maria Hoffman zdenerwowała się. Jedni doradzali, żeby powiadomić policję, inni, by najpierw pojechać do hotelu. Tymczasem pan małżonek pospacerował i cierpliwie czekał w jednej z siedmiu bram Jerozolimy. Ponieważ nie mógł się doczekać, wziął taksówkę i poprosił o zawiezienie do hotelu. A ponieważ nie miał pieniędzy, prosił portiera o uiszczenie zapłaty.

Przeżyciem szczególnym było dotarcie do grobu Chrystusa. Tłum z całego świata cierpliwie czekał w kolejce by dotknąć skały na której stał krzyż i miejsce, gdzie prawdopodobnie spoczęło zdjęte z krzyża Ciało.

Małżonkowie Maria i Piotr wyszli zamyśleni i spoczęli na ławce. On zwrócił się do niej:

– Wróć się, kup mi różaniec i włóż mi go do trumny.

I tak się stało.

Pożegnanie

W grudniu 1994 roku Instytut otrzymał patrona, kardynała Stefana Wyszyńskiego. Dyrektor Hoffmanowa poprosiła na tę uroczystość biskupa Dąbrowskiego. Biskup odparł, iż chętnie ale nie może, obowiązuje hierarchia, poświęcenia może dokonać kardynał Józef Glemp.

Tym razem przybył punktualnie. Przywitał się:

– Czy już darowała mi pani gafę?

Wyznał, iż przyczyniło się do tego środowisko pediatryczne i jego wpływ na opinię kurii. Piętno zagmatwania długo trwało. Przy głównym wejściu do Instytutu na marmurowym obelisku widnieje imię kardynała ale na pracach wysyłanych na wszystkie zjazdy naukowe krajowe czy zagraniczne Instytut Kardiologii w Warszawie pozostaje bezimienny.

W styczniu 1995 roku Instytut żegnał profesor Marię Hoffman. Pracowite dni dobiegły końca.

Tysiąc pracowników tłoczyło się z naręczami kwiatów, w obszernej sali jadalnej stołówki, gdzie realizowane są ważne zebrania pracowników i pisemne egzaminy z kardiologii. Białe ściany potęgowały jasność dnia. Przez obszerne okna z obu stron wdzierało się światło południowych godzin. Szmer rozmów cichł, a tłum wokół Niej gęstniał. Dziękowali za wszystko co uczyniła dla Instytutu, dla nich, dla pacjentów. Niektórzy choćby czując szelest przewracanej kartki historii mieli w oczach łzy.

Kiedy wróciła do domu sąsiedzi pytali czy przypadkiem nie otwiera kwiaciarni.

W jej życiu przeważały ciężary, ale również bywały radości. Wynagrodziły wszystko.

Była spokojna. Pozostawiła placówkę na europejskim poziomie, a grono młodszych kolegów, zdolnych, pracowitych, ambitnych ten poziom utrzyma. Jednym z nich był Franek Walczak. Zajmował się porządkowaniem elektrycznych prądów serca i te groźne potrafił usuwać elektrodą ablacyjną. Pierwszy taki zabieg w Polsce wykonał w 1992 roku [16]. Zabieg polega na wprowadzeniu cewnika przez żyłę do serca, rejestrując mapę ognisk lub dodatkowych szlaków przewodzenia i prądem o częstotliwości radiowej, temperaturą 60 stopni wypala się. Profesor Walczak uwolnił tysiące chorych od uporczywych, nierzadko śmiertelnych arytmii. I on miał wiernych naśladowców. Należał do nich Edward Koźluk, też gotów do pasjonujących zadań o każdej porze dnia i nocy. Franek stworzył Pracownię Elektrofizjologiczną, został kierownikiem Kliniki Zaburzeń Rytmu. Do jego zespołu weszli: Edward Koźluk, Ewa Szufladowicz, Maciek Nyżnyk, Ania Rembelska, Bożenia Łukasik, Zbyszek Jedynak, inżynier Roman Kępski.

A nie było mu łatwo. Nie miał własnej zabiegowej pracowni. Musiał czekać na zakończenie działań planowych. Wtedy wkraczał na arenę, kończył (wraz z zespołem) o drugiej czy trzeciej nad ranem. Wtedy mógł prosić echokardiografistów o ocenę czy przypadkiem nie uszkodził ściany serca, czy krew nie sączy się do worka osierdziowego. Wprowadzone echokardiograficzne dyżury nie obejmowały zabezpieczenia Pracowni Elektrofizjologicznej. Gdyby zabrakło osoby chętnej do pomocy, nie mógłby leczyć chorych ablacją. Nie został jednak osamotniony.

Życzliwy, pogodny, wesoły. Kiedyś w pociągu w drodze na kongres do Szczecina przez długie godziny zabawiał towarzystwo, wśród niemilknących salw śmiechu, dowcipami, nie rzadko pieprznymi. Kiedy tłumaczył pielęgniarkom na OIOMie jak przepalał dodatkową drogę przewodzenia – przyczynę groźnych częstoskurczów, używał porównań zastawki trójdzielnej do kobiecej bielizny. W skomplikowany obraz anatomiczny wklejał kształty znanych rekwizytów. Pobudzał wyobraźnię metodami obrazowymi, które łatwiej znajdują miejsce w pamięci długotrwałej niż słowny opis. Dziś elektrofizjolodzy mają do dyspozycji system Carto – trójwymiarową, elektromagnetyczną nawigację. Dawki promieniowania jonizującego są znikome, a z pomocą kilku wprowadzonych cewników, na wyświetlaczu pojawia kolorowy obraz z obszarem dysfunkcyjnych włókien, odpowiedzialnych za zaburzenia rytmu. Manewrowanie elektrodą ablacyjną w trzech osiach gwarantuje bezbłędne ustalenie miejsce spustu elektrycznego prądu i zniszczenie arytmogennych włókien, temperaturą 60 stopni Celsjusza.

A to dopiero początek eksplozji wynalazków. Czekamy na elektrofizjologiczne, nieinwazyjne, (bez użycia igły), mapowanie trójwymiarowe (3D) z powierzchni ciała, które wskaże nie tylko źródło arytmii ale również jej mechanizm, a więc i nowe metody leczenia. Mówi się o możliwościach podawania przez cewnik komórek warunkujących automatyzm jak i komórek przewodzących elektryczne impulsy. Następnym etapem po bezigłowych stymulatorach, które już są w użyciu, mają być samoładujące się chipy, przesyłane w dowolne miejsce układu krążenia. W zapobieganiu nagłej śmierci sercowej chipy implantowane chorym z dużym ryzykiem, będą posiadały nowe źródła energii, mniej agresywne niż stosowane obecnie. Defibrylatory zewnętrzne będą mieścić się w telefonach komórkowych, w domach, samochodach, miejscach pracy, miejscach publicznych. Lepiej poznamy genetyczne podłoża arytmii i będziemy te geny naprawiać [17].

Franek nie doczekał tych inspirujących wieści. Nikt się nie domyślał, iż osobę tak pogodną, dowcipną, nęka podstępna, utrudniająca życie choroba, maskująca objawy ostatecznego zabójcy. W ostatni dzień listopada 2015 roku, odszedł na wieczny dyżur. Pochowany w Zakopanym, w stroju góralskim. I chociaż ziemia lekką mu jest.

Uczniami profesor Hoffmanowej są: Irena Rawczyńska – Englert, Ela Orłowska – Baranowska, Tomasz Hryniewiecki, Przemek Leszek, Ela Abramczuk, Hania Pogorzelska, Grażyna Madeja – Snopek, Basia Różycka, Ela Abramczuk, Tomasz Rywik, Aldona Rajecka – Browarek. Na tytuły profesorskie zapracowali: Hryniewiecki i Leszek, habilitowani są: Orłowska – Baranowska i Rywik.

Profesor Hofmanową zastąpi docent Jerzy Korewicki. Jego asystent

Tomasz Zieliński jest już profesorem i kierownikiem Kliniki Transplantologii.

Wychowują kolejne pokolenia uczniów. Jest im łatwiej. Żyją w innych czasach.

Następcą Marii Hoffman na stanowisku dyrektora Instytutu został Zygmunt Sadowski – kierownik Kliniki Choroby Wieńcowej z siedzibą przy Spartańskiej. Na pierwszym spotkaniu z lekarzami przedstawił priorytet: praca naukowa. Osobiście w poszczególnych klinikach i zakładach przepytywał z ilości opublikowanych prac, prezentacji na sympozjach. Ponaglał opieszałych, wychwytywał wyróżniających się dorobkiem, których zbyt wielu nie było. Za wzór postawił Zosię Bilińską. Ilość jej prac upoważniała do otwarcia przewodu doktorskiego i rozpędu do dalszej kariery naukowej. Reakcje kolegów na indagowanie dyrekcji były różne. Jeden z nich, który spełniał zalecane kryteria i miał się czym szczycić (wystąpienia na kongresach zagranicznych), z założoną prawą nogą na lewym udzie odpowiedział:

– Nie wiem, nie pamiętam, podałem dane w sprawozdaniu.

Na moment zapadła cisza.

Maria Hoffman rozumiała konieczność tych wymogów. Samą siebie oceniła krytycznie:

– Za mało pisałam – nie dodając niczego na obronę. Tworzenie od zera takiej placówki jak Instytut Kardiologii, zakwalifikowała do pracy nie znajdującej miejsca w żadnym sprawozdaniu.

Celem Marii Hoffman nie było dotarcie na jakiś areopag, ale nie lekceważyła drogowskazów. Szukała i znajdywała je. Pomagały wypełniać życiową misję. I chociaż nie raz bywała zraniona przez los, znajdywała wsparcie, podnosiła się umocniona. Czyhającym trudnościom przeciwstawiała kompetencje, konfliktom dystans. Nie zastanawiała się nad sensem życia, ponieważ zawsze był dla niej oczywisty.

Odeszła 5 marca 2015 roku, w miejscu swych narodzin, w Zakopanym, wśród pamiątek niezwyczajnego życia. Podobnie jak dziadek Tomasz, nie doczekała kwitnących krokusów na halach. Spoczywa obok matki i 27 letniego kuzyna. Na lastrykowej mogile tylko imię, nazwisko i dwie daty: początku i końca, nic więcej. Bez ozdobników, tytułów, osiągnięć.

ATENA

Wyrocznia delficka

Zobaczyłam Ją po raz pierwszy w latach siedemdziesiątych, na kwantum dla lekarzy rejonowych. Mówiła o zaburzeniach rytmu serca. Włosy miała upięte w kok, ale wypadła spinka i część ciemnych, falujących z ledwie dostrzegalnym srebrem włosów, wymknęła się na ramię. Zrozumiałam chyba niewiele, bo notatki zajęły mniej niż stronę.

Pamiętną prezentację miał również doktor Witold Rużyłło. Gdyby nie czupryna typu sól i pieprz, wyglądałby na ledwo wyrośniętego chłopca. Uruchomił projektor. Na ekranie ukazała się wypełniona kontrastem, rytmicznie pulsująca lewa komory serca. Obraz przypominał skopię rentgenowską, ale kształt tej pompy różnił się od sylwetki całego serca, przypominał stopę w luźnej skarpecie.

– To jest film – oświadczył prelegent ściszonym tonem, niczym Ingmar Bergman na zamkniętym pokazie.

Po raz drugi spotkałam Ją po latach w Instytucie Kardiologii. Przyjechałam z pacjentem na badanie echokardiograficzne. Echo było (i jest) rewelacją, badaniem na wskroś nowoczesnym, niebolesnym, nieinwazyjnym, ukazującym natychmiast, bez wprowadzania cewnika do jam serca, w sterylnych warunkach pracowni hemodynamicznej, problem kliniczny. Ania wprawną ręką manewrowała głowicą, ukazując na ekranie serce w różnych płaszczyznach. Staccato zastawek i szum elektronicznie wzmocnionych przepływów działały hipnotycznie.

Po badaniu rozmawiałam przez chwilę z Anią w pokoju lekarskim. I wtedy, w asyście kilku lekarzy, weszła Ona. Zatrzymała się przez moment, jakby przypomniała sobie o czymś, podeszła kilka kroków, usiadła, w zamyśleniu zapaliła papierosa. Smugi ostrych promieni wiosennego słońca, wpadających przez zajmujące całą ścianę okna, zacierały kontrast między bielą ścian, biurek lekarskich, foteli obszytych białym tworzywem. Asystenci zajęli miejsca wokół Niej i referowali problem kliniczny.

Poprosiła o zasunięcie ciężkich, ciemno zielonych kotar i uruchomiła obraz na monitorze. Od czasu do czasu zwalniała i zatrzymywała przesuw klatek. Biało czarny obraz echa serca zastygał w bezruchu. Komentowała krótko, jednoznacznie: „trzeba dodać beta bloker i sprawdzić w holterze” lub „do wymiany dwóch zastawek”.

Poczułam magię tego miejsca… magię wyroczni delfickiej.

I wtedy przemknęła mi dość irracjonalna myśl, która zburzyła mój względny spokój: być Jej asystentką. Po wielu nieprzespanych nocach wiedziałam, nie mam wyjścia, muszę poddać się próbie.

Dobrze, iż nie miałam pojęcia kim są lekarze Instytutu. Nikt nie należał do osób przypadkowych. choćby czerwony pasek na dyplomie Akademii Medycznej wcale nie oznaczał pozytywnego rozpatrzenia prośby o przyjęcie do pracy, chociaż osobista rozmowa z dyrektor Instytutu profesor Hoffmanową mogła wiele zmienić.

Postanowiłam zadzwonić do sekretarki, zapisać się na rozmowę do pani docent. Liczyłam, iż sekretarka coś podpowie, a może w jakiś sposób da do zrozumienia, iż nie mam szans i przynajmniej skończy się moja niepewność. Wahałam się jeszcze kilka tygodni. Wreszcie z duszą na ramieniu wykręciłam numer.

W słuchawce usłyszałam Jej głos. Niezadowolony:

– Słucham – zabrakło mi tchu.

– Przepraszam – wyjąkałam, nazywam się …. czy jest pani … sekretarka?

– Nie ma – padła sucha odpowiedź.

– Bo ja … chciałam się zapisać na rozmowę do pani docent

– W jakiej sprawie? – była przerażająco konkretna

– W sprawie pracy…

– Nie mam czasu.

Resztki nadziei ulotniły się.

– To może innym razem – jeszcze próbowałam …

Zupełnie nieoczekiwanie, z wyczuwalną niechęcią, jakby mimochodem odparła:

– Niech pani przyjdzie .. i tu data, godzina..

Niewiele miałam na swą obronę: ani oszałamiających wyników na studiach, ani zawrotnego tempa w zdawaniu specjalizacji.

Miałam świadomość, iż moje argumenty są żadne. Ania Pączek, która po świetnie zdanym egzaminie z jedynki w internie w naszym szpitalu, dostała się do Jej zespołu, mówiła mi potem, iż pani docent przeprowadziła wywiad. Dobrze, iż nie wiedziałam o tym wcześniej, bo jeżeli Ania zdała relację o moim lekceważącym stosunku do szefa (czego się do dziś wstydzę), poprawiania w czasie dyżurów jego zaleceń, o ironicznych uwagach dotyczących jego metod postępowania, byłabym spalona.

Z uporem maniaka w ciągu tych kilku dni nie myślałam o tym jak umotywować swoją śmiałość, ale jak nie popsuć pierwszego wrażenia. Zrezygnowałam z kostiumu, było upalne lato. Założyłam bawełnianą sukienkę w drobną, beżowo brązową kratkę wykończoną brązową lamówką. Bardzo ją lubiłam, skromna ale w jakiś sposób uroczysta. Wierzyłam, iż przyniesie mi szczęście. Sytuację wyjątkową podkreśliłam agatami. Nic nie zachowało się w szafie z tamtych lat, oprócz tej jednej sukienki i tych białych w srebrze kamieni.

Kiedy nadeszła moja godzina, weszłam do Jej małego, prosto umeblowanego gabinetu. Dwie ściany zajmowały sosnowe regały, do sufitu wypełnione książkami i czasopismami. Usiadłam na niskim fotelu, tyłem do okna i mimo, iż byłam nieprzytomna z wrażenia, dostrzegłam czujność Jej spojrzenia.

Krótko przedstawiłam zawodowy życiorys i wstrzymałam oddech.

– No nie wiem – zaczęła wolno – czy pani sobie zdaje sprawę z tego, iż będzie pani znacznie mniej umiała niż ci młodzi lekarze, którzy tu pracują? W końcu ma pani dwójkę z interny i jakąś tam pozycję – dodała.

Ile było w tym ironii zrozumiałam o wiele później. Musiała jednak wyczytać w moich oczach coś więcej niż determinację, może zadziwiła Ją moja śmiałość, może wyczuła, iż jestem z innej szuflady i to Ją zaintrygowało. Sądzę, iż na ostateczną decyzję wpłynęła intuicja, iż jestem przypadkiem zezwalającym na ryzyko. Po chwili wahania zadzwoniła najpierw do działu kadr, potem do sekretarki:

– Pani Tereso, niech pani zawoła Marcina.

A kiedy zjawił się pan Marcin, powiedziała:

– Marcin, niech pan zaprowadzi panią doktor do kadr.

Jak dalece postrzeganie rzeczywistości jest sprawą subiektywną, świadczy fakt, iż w żaden sposób nie dotarły do mojej świadomości te słowa:

– Przyjmę panią na próbę, na rok.

Szłam, a raczej frunęłam przez dziesiątki metrów jasnych, szerokich korytarzy po kartkę o wymiarach pięć na czternaście centymetrów, na której widniała a informacja, iż od 1 października 1986 roku otrzymuję etat w Zakładzie Diagnostyki Nieinwazyjnej Instytutu Kardiologii.

W czasie urlopu uczyłam się po raz kolejny wad serca. Zgłębiałam te tajniki do każdego kolokwium z układu krążenia, do każdego egzaminu i zawsze jakby od początku musiałam sobie wyobrażać w jakiej to fazie przepływa krew przez zwężone lub niedomykalne ujście i dedukować. A już charakter szmeru crescendo – decrescendo, pansystoliczny, końcowo – skurczowy, turkoty i stuki otwarcia zastawek były dla mnie czarną, diagnostyczną magią. Kiedy po raz pierwszy miałam w ręku kardiologiczną biblię „Wady serca” Hoffmanowej, Rydlewskiej – Sadowskiej i Rużyłły miałam podobne odczucie. To była alchemia.

A jednak po kilku miesiącach pracy w Zakładzie Diagnostyki Nieinwazyjnej, codziennym wydobywaniu ultradźwiękami obrazu serca, obserwacji źle kurczących się obszarów uszkodzonego mięśnia, identyfikowaniu pozapalnych zwłóknień zastawek, mierzeniu różnic ciśnień między jamami, rozpoznawaniu płynów w osierdziu i opłucnej, a w dalszych etapach pilnej nauki o perforacjach, rozwarstwieniach, ubytkach w przegrodach, przeciekach przez te dziury, problemy serca wyłaniały się z mroku, stawały się coraz bardziej zrozumiałe i logiczne, zwłaszcza, iż przed ostatecznym opisem każde badanie podlegało Jej weryfikacji. Zawsze znalazła na to czas. Nie mogłam pojąć jak autorzy „Wad serca” rozpoznawali te skomplikowane, kliniczne problemy posługując się jedynie okiem i uchem. Cewnikowanie serca tylko potwierdzało rozpoznanie.

Zbierałam okruszki z Jej życia przez 14 lat, a ponieważ była introwertykiem, nie należało to do zadań łatwych. Miałam też wątpliwości czy mi wolno i w jakim zakresie przekładać ulotne chwile wspomnień, tworzące osnowę Jej życia na jakiś telegraficzny skrót. Pochylam głowę wobec zdarzeń nieopowiedzianych, nieopisanych, które na zawsze pozostały tylko w Jej sercu.

Przez 14 lat nie ośmieliłam się przedstawić żadnego fragmentu skrzętnie prowadzonych notatek. Wydawało mi się, iż kiedy odejdę z Instytutu na emeryturę, upłynie dostateczna ilość czasu, opadną emocje, nie będzie nic prostszego jak wszystko uporządkować. Myliłam się, dopiero wtedy osaczyły mnie wątpliwości. Kiedy wyznałam, iż mam tremę większą niż przed doktoratem, powiedziała:

– Ewa, nad pani doktoratem miałam poczucie pełnej kontroli, a tu nie i to mnie przeraża.

Czekałam na autoryzację. Dwa tygodnie. Nie zadzwoniła. Wysłała list. Zaczęła od często widywanego obrazu jednej z mieszkanek domu, która pielęgnowała, bez względu a porę roku, stary samochód, którym od dawna nikt nie jeździł. Porównała swoje życie do takiego skorodowanego auta „od którego, w przeciwieństwie do sąsiadki starała się uwolnić z umiarkowanym sukcesem”.

Czułam luki w tekście. Trudno mówić o życiu pół słowami, wybranymi fragmentami, omijając milczeniem najgłębiej skryte, gdzie najpewniej jest tylko ból. Spotykałyśmy się zwykle każdego roku w okolicach imienin – 22 czerwca i przez kilkanaście kolejnych lat nie ośmieliłam się poruszać tematu.

Diament w popiele

Po powstaniu w 1944 roku resztki ocalałej ludności ewakuowano do obozów. Piątego września miała urodziny, skończyła 14 lat. Znalazła się w zalęknionym tłumie pędzonym do Pruszkowa. Dni były jeszcze ciepłe, ale ranki i wieczory chłodne, jesienne. Ludzie dźwigali zawiniątka z najpotrzebniejszymi rzeczami. Miała tylko psa, a na sobie letnią sukienkę. Zlitowali się jacyś ludzie i użyczyli dachu nad głową. Zachorowała. Na szkarlatynę. Nie było penicyliny ani żadnych skutecznych leków. Przezwyciężyła paciorkowce, ratując jednocześnie mieszkańców domu. Niemcy panicznie bali się zarazy i omijali podejrzane, chorobowe ogniska.

Trwały naloty. Pies wył. W pewnym momencie ogarnęła go panika. Uciekł. Utraciła ostatnią bliską istotę.

Na prawej krawędzi brody ma ledwie niedostrzegalną bliznę.

Przez kilka miesięcy mieszkała na wsi. W gospodarstwie, opodal studni znajdywało się wysypisko śmieci, a w nim gnieździły się szczury. Bała się. Przerażający był ich pisk w chwili rzucania się do ataku. Po wodę chodziła w ciągu dnia. Wieczorem nie miała odwagi. Kiedyś napełniła wiadra i już szła w kierunku domu, kiedy wataha wynurzyła się ze śmietniska i popędziła wprost na nią… upadła. Blizny z daleka nie widać…

Kiedy wróciła do Warszawy, wśród gruzów, na podwórku przy ulicy Asnyka, ujrzała swego psa. Siedział na poszarpanym materacu, wystraszony, wychudzony. Przez dwa miesiące ani razu nie zaszczekał.

Po paru latach dożył sędziwego wieku. Cierpiał z powodu puchliny brzusznej, miał powiększoną wątrobę. Po raz pierwszy rozpoznała niewydolność serca. Weterynarz potwierdził.

Nie chce pamiętać swojego dzieciństwa. Powiedziała:

– Moja przyjaciółka pamięta różne dawne zdarzenia, ja kompletnie nic. jeżeli mi się przypomni.. (śmiech) będzie to początek sklerozy. Był to ten rodzaj śmiechu, który może łatwo zamienić się w płacz.

Tą przyjaciółką była Hanka. Złączył je wspólny los skradzionego dzieciństwa.

Nie potrafiła odpowiedzieć kto był ważniejszy dla niej, matka czy ojciec. Po chwili dodała:

– Nie wiem, nie zastanawiałam się, z ojcem miałam mały kontakt.

Lubiła chodzić do szkoły. Po latach, dobrze ocenia swoich nauczycieli w Liceum imienia Juliusza Słowackiego. Marząc o medycynie zapisała się do klasy humanistycznej. Czytała masę wartościowych książek, bezwiednie ćwicząc stylistykę, ortografię i fleksję. Dziś komputer koryguje błędy. Prawie już nie ma odręcznie pisanych historii chorób i słowa „pacjent” przez ę (co na szczęście ani zdrowiu, ani życiu nie zagrażało). Jednak żaden program nie poprawi złego szyku zdania, nie zauważy zbędnych słów, nie poprawi logiki przedstawionych argumentów. Ze sztuką konstrukcji naukowych tekstów jest tak, jak z głosem wokalisty, o ile nie ma daru, to choćby wytrwała nauka w renomowanych ośrodkach kilka pomoże.

Fakty na medycynie

Studia zaczęła w Łodzi w 1949 roku. Należała do tych osób, które jak coś robią, to robią dobrze. Kłopot sprawiały zbyt częste anginy. Kiedy po raz drugi wytworzył się ropień około migdałkowy, postanowiła poddać się operacji. Zabieg zaplanowała po letniej sesji pierwszego roku. Hospitalizacja zwykle trwała co najmniej tydzień. Aby ten okres skrócić, udowadniała laryngologom, iż rekonwalescencję może odbyć w domu i na ich oczach zjadła całego kotleta schabowego. Osiągnęła zamierzony cel. Wypisano ją przed terminem i następnego dnia… wyjechała na Mazury. Na uwagę, iż po operacji migdałków przez dwa tygodnie nie można choćby śliny przełknąć, odpowiedziała:

– Pływam dobrze, wody nie łykam.

Lubiła narty. Jeździła do Zakopanego. Na Antałówce na wyciągu „wyrwirączce” złamała palec. Chirurdzy postanowili założyć gips do łokcia. Przekonała ich, iż wystarczy unieruchomić palec. Ulegli. Gips traktowała jako opatrunek „na życzenie”, w razie potrzeby zdejmowała. W czasie dynamicznej jazdy, zerwała troczki w kolanie. Doktor Tylman zaproponował zwolnienie. Nie było jej potrzebne.

Kąpieli w lodowatej wodzie Smreczyńskiego Stawu koledzy zbyt długo nie wytrzymywali. Ona pływała całe 15 minut.

Dwa razy wyrzucano ją z uczelni. Zadano na przykład trudne, w tamtych czasach, pytanie: czy zapisze się do Towarzystwa Przyjaźni Polsko – Radzieckiej. choćby nie próbowała wybrnąć, po prostu myślała w tym momencie o czymś innym. Ten moment zastanawiania – wystarczył.

Chciała się przenieść do Warszawy. Wystosowała prośbę do rektora Akademii Medycznej profesora Marcina Kacprzaka. Odpowiedź brzmiała: nie. Pomógł ojciec przyjaciółki. Przeniosła się.

Opinia poszła wraz z nią. Aktywista ZMP zwrócił się z przestrogą do starosty kursu Zygmunta Sadowskiego:

– Uważaj na nią, ona jest niepewna, a przy tym dobrze się uczy i ma wpływ.

Starosta wziął sobie to do serca i, uważał na nią przez następne 59 lat.

Harmonogram jej zajęć był bardzo napięty. Oprócz nauki musiała zapracować na utrzymanie. Uposażenie wynosiło około 510 złotych miesięcznie. Największy wydatek stanowiła opłata wynajmowanego pokoiku, o wymiarze sześć metrów kwadratowych – 150 złotych miesięcznie. Trudno sobie wyobrazić pracę w czasie studiów medycznych, ponieważ wykłady realizowane są codziennie w godzinach 800 – 1200 , a od 1500 do 1900 są obowiązkowe ćwiczenia. Opuszczenie trzech ćwiczeń jest równoznaczne z niedopuszczeniem do końcowego kolokwium, a zatem i do sesji egzaminacyjnej. Potrafiła pogodzić jedno z drugim. Jedno z nielicznych zdjęć jakie zachowało się z tego okresu, przedstawia dziewczynę trochę podobną do Julii Roberts ale o delikatniejszych rysach, w wyrazistszej oprawie oczu, z burzą włosów, zaczesanych do tyłu trzema ruchami.

Podejmowała różne rodzaje zajęć, między innymi była laborantką w Pracowni EKG (w Szpitalu Przeciwgruźliczym na Płockiej). Nie tylko natychmiast nauczyła się techniki badania ale i z zaciekawieniem obserwowała zapisy mikroprądów serca. Utworzyły pokaźne zasoby w jej pamięci. Była też sekretarką w Zakładzie Fizjologii i Biochemii. Tu zarabiała 500 złotych. Do głównych, osobistych potrzeb należały książki. Sukcesywnie kupowała kolekcje najlepszych powieści. Jednak najwyższą pensję otrzymywała w firmie olejków do ciasta. Powodzeniem na rynku cieszył się olejek rumowy. Była przesiąknięta zapachem Jamajki. Czasem koledzy w jej obecności dziwili się:

– Czujecie rum?

Opłaciło się, niedługo została Krezusem i kupiła żaglówkę za 1200 złotych, co prawda na raty ale jednak.

Po trzecim roku pojechała ze starostą kursu na praktykę do Grajewa. Tamtejszy lekarz, prowadzący czterdziestołóżkowy oddział, na widok studentów Wandy i Zygmunta bardzo się ucieszył i natychmiast udał się na zaległy urlop. Praktykanci energicznie zabrali się do pracy. Oprócz prowadzenia chorych, uruchomili sprezentowane przez UNRę laboratorium. Urządzenie znaleźli w magazynie. Nikt dotąd nie zainteresował się darem. Obsługa odbywała się z instrukcją w ręce. Poczuli się bardzo dumni z rozpoznania cukrzycy u chorej i przyczynowego leczenia zagrażających owrzodzeń podudzi.

Pod koniec piątego roku studenci otrzymali nakazy pracy. Mieszkała wtedy u „ciotki”, nieznośnej starszej pani, która stawała się jeszcze bardziej nieznośna w czasie choroby. Kiedy dostała zawału serca, nie chciała choćby słyszeć o leczeniu szpitalnym: „nie i koniec”. Ciężar opieki i odpowiedzialności spoczął na studentce medycyny. Najpoważniejszy problem stanowiło utrzymanie cioci w łóżku. Pod każdym pozorem łamała rygory. Dziś czas „ścisłego łóżka” skrócił się dzięki nowatorskim metodom leczenia wręcz niewiarygodnie, ale początkowym okresie, to znaczy do chwili wyjęcia kaniuli z tętnicy po przezskórnym jej rozszerzeniu, obowiązuje nadal. W tej sytuacji studentka medycyny wykazała zdolności studentki politechniki i zaprojektowała, następnie skonstruowała przemyślny system alarmowy. Ciocia wybrnęła z największego zagrożenia ale przedłużała się rehabilitacja. W ten sposób nadarzyła się okoliczność w staraniach o etat w Warszawie.

Podanie złożyła w dziekanacie na Filtrowej. Komisja składająca się z trzydziestu (!) osób, po długiej naradzie odrzuciła prośbę. Po zakończeniu posiedzenia pani Gostyńska podeszła do zainteresowanej i szeptem doradzała odwołanie. Nowe podanie zostało złożone, termin audiencji u przewodniczącego Wydziału Zdrowia doktora Pacho wyznaczony. Przybyła punktualnie. O 1500 -tej. Interesantów nie było. Przewodniczący wyjrzał na korytarz, następnie uczynił to jeszcze dwukrotnie, nie zwracając na nią uwagi. O 1530 wreszcie prosił ją. Przeczytał podanie, życiorys i kilka innych załączników. Wyjaśnił, iż czekał na przedstawiciela ZMP (w tej samej sprawie!) pół godziny, ponieważ nie przybył, racja jest po stronie interesantki i zlecił ponowne rozpatrzenie sprawy.

Tym razem w posiedzeniu wzięła udział przedstawicielka Urzędu Miejskiego, świeżo upieczona prawniczka Hanka, serdeczna przyjaciółka petentki, dzięki czemu znane są szczegóły. Decyzja nakazu pracy w Mogilnie zapadła dzięki przewagi jednego głosu, który należał do przedstawiciela ZMP. Uzasadniał swą negatywną opinię postawą Wandy Rydlewskiej, w której jest „brak euforii z tego, z czego cieszy się cała polska młodzież”. Na to przewodniczący Wydziału Zdrowia doktor Pacho zareplikował:

– Czytałem życiorys i na prawdę koleżanka Rydlewska nie ma powodu do radości…

Cóż mogło być w tym podaniu… Treść zawarta na stronie urzędowego pisma może zawierać jedynie kilka lakonicznych punktów…

Dostała ten upragniony etat w Warszawie, choć nie w szpitalu jak to sobie wyobrażała, ale w Rejonowej Przychodni na Pradze.

W tym czasie Zygmunta Sadowskiego powołano do wojska na trzy miesiące, ale nie było wiadomo czy trzy miesiące nie zamienią się w trzy lata. Postarał się więc o przepustkę na jeden dzień. Na ślub. Z Wandą. Z dwóch świadków, jeden w żaden sposób nie mógł uczestniczyć w uroczystości i podpisał dokument dzień wcześniej. Potem okazało się, iż ślub z punktu widzenia prawa jest nieważny, bo przepis wymaga obecności dwóch świadków. Tym nieobecnym była przyjaciółka Hanka. Z prawnikami trudno wygrać.

Rachunek szczęścia

Po ślubie zamieszkali przy ulicy Wawelskiej, w pokoju o powierzchni piętnaście metrów kwadratowych. Aneks kuchenny z dwupalnikową kuchenką gazową był we wnęce. Z łazienki korzystały jeszcze dwie inne rodziny.

Karierę zawodową rozpoczęła w Przychodni Rejonowej na Pradze i równocześnie w Oddziale Chorób Wewnętrznych Szpitala Praskiego w charakterze wolontariuszki. W pierwszym zetknięciu się oko w oko z chorobą ciążył brak doświadczenia, ale umiała zbadać, tego na studiach nauczyli. Pierwszy raz wysłuchała szmeru protomezosystolicznego (we wczesnym i środkowym okresie skurczu serca) u … siebie.

Zwykle przyjmowała około dwudziestu chorych w gabinecie, potem szła na wizyty domowe. Nie zapomni jednej z pierwszych. Powód wezwania: „zapalenie korzonków nerwowych”. Wywiad trzymiesięczny. Dokumentacja prowadzona przez starszą lekarkę przejrzysta, standardowe leczenie, brak efektów, przebieg podejrzanie przewlekły. W badaniu neurologiczne objawy rwy kulszowej. Nic nie mogła uczynić poza zaleceniem kontynuacji dotychczasowego leczenia. I już dotknęła klamki, kiedy zadała uzupełniające pytanie:

– A dlaczego pani ma chustkę na głowie?

Było gorące lato. Kobieta zdenerwowała się. Pani doktor cofnęła się natychmiast. Pacjentka po dłuższej chwili wahania uznała, iż ma przed sobą lekarza godnego zaufania i jednym ruchem zdjęła chustkę… wraz z przyklejonym kołtunem włosów. Głowa chorej była kompletnie łysa. Neuritis i łysienie?… przecież to jest zatrucie talem! Brakowało objawów brzusznych, ale w życiu bywa inaczej niż w książce.

Początkująca lekarka natychmiast przesłała chorą do szpitala, leczenia trwało pół roku. Potem odbyła się rozprawa sądowa. Oskarżonym był mąż chorej, który przyprawiał jej posiłki trutką na szczury.

Pamięta swój pierwszy kardiologiczny sukces. Zgodnie z obowiązującym zwyczajem, lekarz rejonowy nie mógł bezpośrednio skierować pacjenta na badanie EKG. Musiał to poświadczyć konsultant. Kiedy uznała, iż takie badanie jest konieczne u chorego z trudnymi w ocenie osłuchowej zaburzeniami rytmu, pan konsultant raczył umieścić na skierowaniu następującą notatkę: „umiarowić naparstnicą, a potem dopiero EKG”.

Leki z grupy cardiaca vera, do której należą preparaty naparstnicy, dziś stosuje się w rzadkich, ściśle określonych przypadkach. Podanie tych leków w niektórych arytmiach może zagrażać życiu, co wtedy nie było aż tak oczywiste. Stremowana pokazała opinię konsultanta kierownikowi Poradni Kardiologicznej, który bez chwili namysłu, zaprowadził ją do rejestracji i wydał polecenie:

– skierowania od doktor Rydlewskiej proszę przyjmować bez podpisu konsultanta.

Wiosną 1959 roku szalała kolejna epidemia grypy, której jak zwykle nie ogłaszano, bo nie było w zwyczaju wypłacać lekarzom należności za dodatkową pracę. Nikt zresztą, nie ośmielił się o to upominać.

Przyjmowała zgodnie z ówczesną „normą” (jakby leczenie można było porównać z produkcją śrubek) dwudziestu pięciu pacjentów, po czym wchodziła rejestratorka z plikiem następnych historii chorób, a kiedy ostatni pacjent opuścił gabinet, szła na wizyty domowe. Było ich zwykle piętnaście. Chodziła na piechotę, bo samochód służbowy do obsługi praskiego rejonu lekarzom nie przysługiwał. Wracała do domu zwykle około godziny 2000. Nie zawsze, bo czasem zostawała na „szalenie opłacalny” za całe sto złotych dwunastogodzinny dyżur nocny.

Koledzy, jeden po drugim padali i szli na zwolnienie, ona niestrudzenie biegała po piętrach. Była w zaawansowanej ciąży. Narzekała, iż haruje ale jednocześnie czuła się w swoim żywiole. Zbliżał się termin jedynki, egzaminu specjalizacyjnego z interny. Urzędnicy Wydziału Zdrowia nie wyrazili zgody na przesunięcie terminu. Grypa nie była wystarczającym powodem. Miała świadomość, iż kiedy dziecko przyjdzie na świat, czasu będzie jeszcze trudniej. Przystąpiła do egzaminu w tych warunkach. I dobrze zdała.

W nocy, dwa miesiące przed terminem porodu, wystąpiły bóle. Początkowo nie skojarzyła bólów z początkiem akcji porodowej. Nie budziła męża. Też był przepracowany, przemęczony. Następnego dnia znany ginekolog zalecił (przez telefon!) pozostanie w łóżku i morfinę! Zastosowała się. Następnej nocy odeszły wody. W szpitalu urodził się syn. Ważył kilo siedemset i nie miał wykształconego odruchu ssania.

Półprzytomna, wyczerpana ujrzała nad sobą lekarkę o regularnych rysach, pięknie zaczesanych siwych włosach i usłyszała te słowa:

– Niech pani sobie nie wyobraża, iż dziecko będzie żyło.

Nie doznała ataku szału. Ani psychozy reaktywnej. Zamilkła.

Przewieziono ją na salę i położono na łóżko koło drzwi. Pod oknem inna matka karmiła trzykilogramowego tłuściocha. Pani doktor w czasie obchodu chwyciła wprawną, pediatryczną ręką noworodka za nóżki, potrząsnęła nim jak upolowanym zającem i rozwiała wszelkie wątpliwości:

– O, to jest dziecko!

Wypisano ją ze szpitala z maleństwem, które nie miało prawa żyć. Dziś w salach wypełnionych od podłogi do sufitu aparaturą, wcześniaki o wadze choćby pół kilograma wyprowadza się z okresu całkowitej niezdolności do samodzielnego życia i takie sytuacje nie są jakimś ewenementem.

W domu z przerażeniem stwierdziła, iż niemowlę ma biegunkę. Natychmiast odkryła mechanizm. Po wtłoczeniu przepisowej ilości ściągniętego pokarmu i podaniu go przez sondę, znaczna jego część uległa zwróceniu. To zachwiało równowagę wodno-elektrolitową, biegunka miała charakter wtórny. Zmodyfikowała system karmienia, co dwie godziny, po trzydzieści mililitrów. Po dwudziestu czterech godzinach zaburzenia żołądkowo jelitowe ustąpiły.

Odruch ssania, stłamszony sondą, nigdy nie uzyskał potrzebnej siły do ssania piersi.

Żmudne ściąganie pokarmu co dwie godziny, przelewanie do butelki, podgrzewanie i pojenie trwało siedem długich miesięcy. Regulowało rytm życia rodziny. Otwarte okno i szum gałęzi starych drzew zastępowały spacery na świeżym powietrzu. W kącie leżały stosy odłożonych tygodników, by je kiedyś, w wolnej chwili przejrzeć. Taka chwila nigdy nie nadeszła. Oboje rodzice drżeli przy każdej kąpieli, dziecko było tak wiotkie. Pieluszki musiały być codziennie prane, gotowane i prasowane, bo jak jeden jedyny raz, zostały tylko wypłukane i wysuszone na kaloryferze, natychmiast wystąpiła biegunka. Malec powoli wyrównywał niedobory. Po sześciu miesiącach jego waga i wzrost nie różniły się od parametrów rówieśników.

Następny problem zaczął się w chwili prób wprowadzenia zupek. Na widok butelki odkręcał główkę, nie smakowały mu. Akceptował rumianek. Ojciec zakładał ubranie przeznaczone na straty i cierpliwie próbował karmić. Połowa zawartości butelki lądowała na tym ubraniu, druga połowa pozostawała w butli.

Dzieciństwo na plecach matki, zarabiającej na chleb, uszczykiwaniem listków na herbacianych polach, było w pewnym sensie szczęśliwsze, niż mogły zaoferować pracujące w dzień i w nocy, przygotowujące się do kolokwiów, egzaminów specjalizacyjnych lekarki w naszym kraju.

Na półtora roku zrezygnowała z pracy w szpitalu. Do Poradni Rejonowej wyjeżdżała po powrocie męża z kliniki.

W domu pojawiły się opiekunki, gosposie. Było ich kilka. Jako pracodawczyni czuła się odpowiedzialna za ich los i starała się pomóc, w sposób wykraczający poza obowiązki, na przykład odzyskując ubezpieczenie za wiele lat pracy u poprzedników, którzy się do tego nie poczuwali, lub też proponując szkołę wieczorową. jeżeli zdarzyła się osoba solidna, na której można było polegać i którą akceptowało dziecko, odchodziła nagle, bo była potrzebna w rodzinie. Kłopotliwa sytuacja pojawiała się w przypadku korzystnego początkowo wrażenia i stopniowej utraty zaufania, kiedy pierwszym, względnie niegroźnym objawem było mówienie nieprawdy, noszenie bielizny pani doktor, a kończyło się na bezpowrotnym zaginięciu jedynej, osobistej pamiątki.

Czwartego czerwca synek skończył trzy lata. Przedszkole było szansą na rozwiązanie przynajmniej niektórych problemów. Podjęcie decyzji ułatwiała bliska lokalizacja ochronki (dawna nazwa przedszkola) w starej willi. Malec chętnie poszedł pierwszego dnia i kilka następnych. Potem poddawał się tej konieczności z coraz większym smutkiem w oczach. Zaczął w nocy płakać. Po sześciu tygodniach wokół paznokci pojawiły się ropnie. Upiorna myśl rodziców: „białaczka”. Problem wyjaśniło pytanie dziecka: „ale czy ty po mnie zawsze przyjdziesz?”

W przedszkolu obowiązywała zasada, iż dzieci z piętra nie schodzą na parter i odwrotnie „bo tam jest zły pies”. Wywołało to poczucie zagrożenia z konsekwencją wypatrywania matki przy oknie, przez cały dzień. A wtedy pani przedszkolanka postraszyła: „jak będziesz tak stał, to mama po ciebie w ogóle nie przyjdzie”.

Przez sześć tygodni dziecko w przedszkolu nic nie jadło. Skurczony żołądek nie pozwalał na zjedzenie w domu kolacji. Rodzice pocieszali się, iż jeżeli zjadło śniadanie i obiad w przedszkolu, to kolacji jak nie chce, to ostatecznie niech nie je. Przedszkolanki zapewniały, iż wszystko jest w porządku. Ciężka anemia z niedożywienia była i tak pocieszającą diagnozą.

Odbudowa zaufania nastąpiła po długim czasie, w nowym przedszkolu z pomocą pani Celinki.

Wychowawczyni zapytała:

– Proszę pani czy on jest zawsze taki grzeczny?

– ?

– Bo jak chce o coś zapytać, wdrapuje się na moje kolana i mówi szeptem do ucha.

Chłopiec długo odwiedzał panią Celinkę, choćby kiedy był już uczniem.

Kiedy podrósł i wymagał jeszcze więcej cierpliwości, a czasu przez cały czas nie było, manifestował niezadowolenie swoistym uporem. Matka dostawała “białej gorączki”, która ustępowała po zastosowaniu najstarszej i dość skutecznej metody wychowawczej. Ale potem przychodziła chwila opamiętania. Zaproponowała dziecku oryginalny sposób postępowania:

– Jacek, jeżeli zobaczysz, iż doprowadziłeś mnie do maksymalnej wściekłości, iż już mam mgłę na oczach, uciekaj gwałtownie do łazienki i zamykaj się na klucz.

Umowa działała. Wzajemne zrozumienie, choć wydawało się niemożliwe, istniało.

Zdarzały się sytuacje, w których musiała pomóc. W którejś klasie licealnej praca domowa: impresje na temat „Gdy słońce było bogiem”. Dzieło Zenona Kosidowskiego, mimo koniecznych w owym czasie akcentów dotyczących różnych form ucisku fellachów, było rozchwytywane. Uzmysławiało istnienie pierwiastka transcendentalnego w życiu człowieka, jakkolwiek okrutna ku temu wiodła droga. Wprowadzało również w wielki świat odkrywców, praktycznie bez merytorycznego przygotowania, gdzie jedynie fascynacja przeszłością i zapał prowadziły do zdumiewających odkryć. Jednakże ilość nazwisk, życiorysów, z których każdy mógł stanowić osnowę filmowego scenariusza, dla licealisty, dyslektyka stanowiły trudną do przebrnięcia zaporę. Umysłu doceniającego piękno i harmonię matematyki nie mogły zachwycić jakieś stęchłe grobowce w egipskiej Dolinie Królów, odrazą przejmowały azteckie obrzędy ku czci boga Quetzalcoatl z wyrywaniem bijących serc z ludzkich ofiar. Dwa tygodnie męki prób czytania – bez efektu. Ale matka najlepiej czuje do jakiego stopnia można egzekwować obowiązki dziecka. Położyła się na tapczanie w pokoju syna, przekartkowała w półtorej godziny książkę i podyktowała wypracowanie. Ocena? „Treść dobra, z powodu błędów trójka”.

Podobne sytuacje zdarzały się również później. Beneficjentami byli młodzi, niedoświadczeni autorzy prac naukowych czy choćby doktoranci. Cieszyły ją rozprawy doktorskie odznaczone wyróżnieniem, w które wszczepiła własną konstrukcję i wydobywała z mało znaczącej statystyki interesujące spostrzeżenia, zwłaszcza w chaotycznie zebranych badaniach chirurgów, opisywanych równoważnikami zdań.

Pierwsze “odruchy człowieczeństwa” ze strony dziecka miały miejsce w czasie pisania “Zaburzeń rytmu serca” i przejawiły się słowami:

– Mamo … przynieść ci herbaty?… A może zrobić ci kanapkę?

Stopniowo pensja pomocy domowej zrównała się z pensją lekarza. Pani doktor musiała jak inni stać w kolejkach po zakupy, urządzać pranie i w sobotę gotować obiad. Repertuar należał do skromnych. W jej kuchni do najważniejszych akcesoriów należała folia aluminiowa. Z jej pomocą przyrządzała danie główne. Decydowała prostota metody, no i brak konsekwencji w razie zapomnienia co i kiedy się do niej włożyło. jeżeli zaczytała się dłużej (abstrahując od tego czy w czasie przyrządzania obiadu można studiować coś innego niż książkę kucharską), nie należało się spodziewać drastycznych konsekwencji. Na talerzach nie pojawiał się węgiel ale pieczeń, co najwyżej przesuszona, ale to nie stanowiło aż takiego problemu. Z zup najlepiej wychodziła pomidorowa. Kiedyś w czasie zimowego urlopu w Bukowinie Tatrzańskiej, zawsze u tej samej gaździny, zaciekawiony synek zapytał: A co to za zupa?

– Pomidorowa – wyjaśniono dziecku.

– To też jest pomidorowa? – bardzo się zdziwiło.

Po latach, kiedy pracowała nad Echokardiografią Kliniczną wracała z Instytutu do domu po dwudziestej, kładła się o drugiej po północy, wstawała o szóstej i jeszcze przed wyjściem do pracy nanosiła poprawki.

Zwykle syn wstawał pierwszy, rozpoczynał pracę o siódmej.

Kiedy zobaczył ją o świcie pochyloną nad papierami zapytał głosem pełnym współczucia:

– Bidula, to ty się w ogóle nie kładziesz?

Brama snów

Nadal pracowała w Przychodni Rejonowej i dodatkowo w charakterze lekarza zakładowego w „Druciance” – zakładzie wyrabiającym jakieś metalowe artykuły. Uprawnienia do leczenia w tej firmie mieli pracownicy sąsiedniego ARG-edu. Była to dobra praca, tylko trzy razy w tygodniu po południu. Pacjenci – sprzedawcy garnków, pralek, suszarek, lodówek ułatwiali kupno tych trudno dostępnych artykułów. W ten sposób zaopatrywała nie tylko własny dom. Pielęgniarka przychodni, matka dwóch dużych panienek, traktowała młodą lekarkę jak trzecią córkę.

Kierownik Przychodni na Pradze, bezskutecznie poszukujący lekarzy do Poradni Kardiologicznej skierował ją w 1961 roku na półroczny staż do Kliniki Kardiologicznej profesora Żery. Propozycja etatu w tej elitarnej placówce padła po referacie na temat zaburzeń rytmu, w czasie kursu dla lekarzy. Czas, który upłynął od obietnicy do jej spełnienia trwał trzy lata. Cierpliwie czekała. Pracując już w Poradni Kardiologicznej praskiej Przychodni, przez cały czas zajmowała się pacjentami „Drucianki”

Dwójkę zdawała w 1964 roku. Egzamin odbywał się w Klinice Endokrynologii. Przewodniczącym komisji był profesor Walenty Hartwig, a członkami profesor Rydygier i docent Kosieracki. Wanda Rydlewska – Sadowska porównuje ten egzamin do choroby zakaźnej wieku dziecięcego, którą każdy lekarz internista musi przejść. Materiał jest ogromny, obejmuje nie tylko objawy i leczenie jednostek sześciu gałęzi chorób wewnętrznych ale również mechanizmy komórkowe, enzymatyczne, sprzężenia zwrotne, zawiłe transporty tlenu, dwutlenku węgla, jonów, białek (a wiedza rozrasta się w zawrotnym tempie).

Siedziała wtulona w kąt sali. Profesor Hartwig nie znał jej ale zapytał:

– W jakim pani jest sosie?

– Nieszczególnym – odpowiedziała.

To zdawkowe pytanie, w którym brzmiała życzliwość, rozładowało jej napięcie, przynajmniej częściowo.

Pierwsze pytanie z rodzaju ulubionych pana docenta: monilioza.

Pierwsze jej odczucie – pustka. Potem powiedziała co wiedziała i wydedukowała ale pan docent dopiero zaczął się rozkręcać:

– A czym się leczy ?

Przypomniała sobie amfoterycynę B, której nigdy, jak większość lekarzy na oczy nie widziała, i podstawowy lek w ambulatoryjnej apteczce „Drucianki” aplikowany przez siostrę bez zlecenia lekarskiego – gencjanę.

Ale gencjana nie wystarczyła panu docentowi. Zapytał o procenty roztworu.

– Jednoprocentowa – odparła

– To u dzieci – pan docent nie ustępował – a u dorosłych?

– Dwuprocentowa – i pomyślała, iż jeżeli padnie jeszcze jedno pytanie na temat gencjany to popełni jakiś mord.

– Trzyprocentowa – poprawił uprzejmie pan docent. I zaraz dodał:

– A czy to jest leczenie skuteczne?

– Przypuszczam, iż jak każda terapia czasem zawodzi – odparła. Ta nieoczekiwana odpowiedź wywołała u srogich egzaminatorów salwę śmiechu.

Zemsty dokonała po przeczytaniu drugiego pytania: „Blok serca” Spojrzała na egzaminatorów i zaczęła prowokacyjnie:

– Nie rozumiem pytania.

Komisja zamarła.

– Nie rozumiem – powtórzyła – czy chodzi o blok pierwszego stopnia? drugiego? całkowity? proksymalny? dystalny? śródkomorowy?

Kiedy skończyła o blokach nie padło ani jedno dodatkowe pytanie. Egzaminatorzy: endokrynolog, gastrolog i specjalista chorób wewnętrznych ograniczyli się do pilnego wysłuchania aktualnej wiedzy na ten temat.

W części praktycznej zdawała z przypadku endokrynologicznego. Pacjent miał guza przysadki i zaburzenia widzenia. Rozpoznała craniopharyngiomę. Przysadka, narząd dokrewny usytuowany jest w małym, kostnym zagłębieniu czaszki, zwanym tureckim siodełkiem, na którego dnie krzyżują się nerwy wzrokowe. Guz histologicznie niezłośliwy, ale uciskając skrzyżowanie nerwów wzrokowych, powoduje zaburzenia widzenia i niezoperowany może prowadzić do całkowitej utraty wzroku.

Profesor Hartwig zapytał jakie są objawy radiologiczne guza, z zastrzeżeniem, iż jest to pytanie na drugi stopień z endokrynologii

– Zwapnienia – odpowiedziała bez wahania. Tak jest, bez zwapnień nie ma craniopharyngioma – potwierdził profesor.

Profesor Rydygier jeszcze indagował coś na temat wlewów mleczanu i węglanu sodu ale to już były formalności.

Nawet po latach nie wiedziała, dlaczego wymieniła zwapnienia jako radiologiczną cechę guza. Nie pamięta, gdzie o tym czytała. Po powrocie do domu, zamiast odpocząć po morderczym wysiłku, gorączkowo wertowała pootwierane do dnia egzaminu podręczniki, zajmujące każdą poziomą płaszczyznę pokoju. Adnotacji na temat zwapnień w tkance wypełniającej siodełko tureckie, gdzie mieści się ten dokrewny gruczoł, nie znalazła. Nie pozostało nic innego jak sądzić, iż zadziałała telepatia. Tak zawsze określała sytuację, w której zadziwiał jej diagnostyczny instynkt.

Kiedy tylko pojawiła się w „swojej” klinice (gdzie pracowała na wolontariacie) natychmiast wezwał ją profesor.

– Pani kłóciła się z komisją?

Profesor Hartwig poinformował go telefonicznie, iż nikt dotąd z lekarzy nie zdawał w takim stylu i iż sama komisja mogła się na tym egzaminie dużo nauczyć.

Miesiąc po egzaminie i 10 latach pracy na wolontariacie w klinice, profesor Żera wreszcie zaproponował jej etat. Stołeczny Wydział Zdrowia, który musiał etat zatwierdzić, wydał decyzję… odmowną. Na spotkaniu z doktorem Zielińskim, zastępcą kierownika Wydziału usłyszała, iż nie ma zgody na odejście specjalisty drugiego stopnia do szpitala z powodu… troski o poziom lecznictwa otwartego. Zapytała czy gdyby pierwszy i drugi stopień specjalizacji nie robiła na wolontariacie otrzymała by ten etat, najspokojniej odpowiedział – tak. Napisała odwołanie. Rozstrzygnął sam kierownik. Pozytywnie.

Kiedy zaczęła się erozja żelaznej kurtyny i granice środkowej Europy

zostały rozszczelnione, małżeństwo lekarskie na dorobku, mimo kolejek po paszporty i wizy, oszacowało urlopowe zyski i straty: pogoda nad Bałtykiem niepewna, a cenne chwile odpoczynku w cudzych murach z powodu deszczu i zimnicy były najzwyczajniej nieopłacalne. Morze Czarne, przewidywalna pogoda, ciepło, słońce, temperatura wody wyższa niż w Bałtyku o co najmniej 12 stopni, no i ten ekscytujący powiew inności, gwarantowały udane wakacje. Samolot stanowił atrakcję dodatkową, przez Budapeszt do Sofii, a stamtąd autobusem z dwoma przesiadkami do Galaty. Innym razem podróż odbyli samochodem. Pani doktor kochała słońce ze wzajemnością. Mogła cały dzień wylegiwać się na piasku bez filtrów, o których zresztą wtedy nikt nie słyszał, a skóra w przyspieszonym tempie przybierała kolor czekolady. Dziecko nie siniało z zimna, kiedy po kąpieli budowało zamki z żółciutkiego, drobnoziarnistego piasku. Pan doktor doczytując zdobyte jakimś cudem artykuły, pilnował syna zerkając od czasu do czasu w jego stronę. Z podróży lubimy przywozić pamiątki. W tym przypadku został zakupiony słonecznikowy olej.

W drodze powrotnej na granicy długa kolejka. Celnik rutynowo zapytał:

– Czy jest coś do oclenia. A pani doktor:

– Nie

Na to wyluzowany, dowcipny pan doktor:

– Jak by mi ktoś tak powiedział, to bym nie uwierzył i kazałbym sprawdzić.

Celnik spokojnie skinął głową i wskazał ręką zjazd na pobocze. Sześć godzin trwało wybebeszanie auta ze sprzętu do biwakowania pod namiotem, ubrań przygotowanych na 2 tygodnie ciepłych dni i chłodniejszych nocy, naczyń do sporządzania i zjadania posiłków, resztek zapasów żywności, których ilość, zgodnie z prawem, była i tak drastycznie ograniczona. Oleju nie znaleźli. Ponownego pakowania pani doktor nie tknęła palcem i wściekła, iż tracą jeden dzień cennego urlopu, pouczyła służbę celną:

– Powiem wam gdzie w skodzie są schowki, żebyście na drugi raz wiedzieli. I pokazała miejsce ukrycia 2 butelek słonecznikowego oleju.

Przez następnych parę godzin nie odezwała się słowem, tak długo dopóki furia nie wyparowała. Uspokoiła ją jazda. Była wytrawnym, docenionym choćby przez męża, kierowcą (co jest ewenementem) i zawsze w czasie rodzinnych eskapad prowadziła sama.

Kraina cierni

Mogła się wreszcie poczuć pełnoprawnym członkiem zespołu Kliniki Kardiologicznej. Profesor Żera był uznanym klinicystą i doskonałym nauczycielem. Zawdzięcza mu zrozumienie nabytych wad serca. Ostatnią rzeczą, której ją nauczył, było wysłuchanie stuku otwarcia zastawki mitralnej. Zastawka generuje wibracje w sposób szczególnie charakterystyczny, kiedy płatki objęte procesem zapalnym są zwłókniałe, a mocujące ją w mięśniu lewej komory nitki – skrócone i w związku z tym droga przepływu krwi z lewego przedsionka do lewej komory jest zwężona.

W ciągu 10 lat wolontariatu zdążyła poznać uświęcone tradycją zwyczaje w klinice. Listę dyżurów osobiście układał profesor. Istniał jednak pewien problem, ponieważ wszyscy lekarze aby się utrzymać, mieli dwie, a choćby trzy dodatkowe prace, jak zresztą kolejne pokolenia do dnia dzisiejszego. Dyżur na przykład, uniemożliwił koledze wyjazd do Gdańska na… ślub brata, innemu egzamin po czteroletniej nauce angielskiego u metodystów.

Do milszych zwyczajów należało misterium picia kawy. Był to obowiązek niemal tak istotny jak odprawa, zbawienny zwłaszcza dla dyżurantów, ponieważ wcześniejsze wyjście po dyżurze, praktykowane w wielu szpitalach, w Klinice profesora Żery nie istniało. W czasie kawy porządkowano dokumentacje pacjentów. Profesor z niewiadomych powodów zmienił godzinę rytuału. To wcale nie oznaczało, iż kto zechce, będzie pił w tym czasie kawę, a kto nie, to nie. To był obowiązek. Asystenci potulnie przyjęli wiadomość. Tylko Wanda Rydlewska – Sadowska popsuła atmosferę bezwarunkowego podporządkowania:

– O jedenastej nie będę piła kawy, bo o jedenastej w tej klinice jest potrzebne relanium.

Profesor potrafił ją strofować długich dziesięć czy piętnaście minut (nawet na korytarzu).

– Jak to, reanimowała pani siedemdziesięcioletniego pacjenta z trzynastoletnim wywiadem wieńcowym?

– Reanimacja była skuteczna panie profesorze – przypomniała, bo przecież doskonale o tym wiedział.

Innym razem profesor powiedział:

– Pani tak emocjonalnie podchodzi do chorych, to niedopuszczalne! Nie zawahała się odrzec:

– Oświadczam panu, w momencie kiedy przestanę podchodzić emocjonalnie do chorych, zrezygnuję ze swego zawodu.

Sala R w Klinice na Goszczyńskiego w 1967 roku była trzecią „erką” w Warszawie. Otrzymała aparaturę dzięki staraniom i życzliwości profesora Askanasa. Niestety, urządzenia nie posiadały instrukcji obsługi. Zaplanowanie przebudowy pomieszczenia, uruchomienie aparatów i przeszkolenie zespołu, profesor zlecił doktor Rydlewskiej – Sadowskiej. Stymulację ćwiczyła na mięśniach własnej nogi, a kardiowersję – metodę przywracania prawidłowego rytmu serca z pomocą prądu elektrycznego, o mocy od kilkunastu do trzystu Juli metodą prób i błędów, stykaniem elektrod i własnym EKG. Ważnym elementem zabiegu było synchroniczne ustawienie impulsu elektrycznego z szczytem załamka R elektrokardiogramu. Zestrojenie miało podwójne zabezpieczenie, sygnałem świetlnym i dźwiękiem. Dziś ta funkcja w każdym aparacie jest ustawiona automatycznie, a defibrylaory należą do wyposażenia centrów handlowych i wielu innych instytucji użyteczności publicznej.

Profesor zarządził pokaz. Stymulacja wypadła dobrze, kardiowersja niezupełnie. Powodem było zainteresowanie innych kolegów pokrętłami aparatu i bezwiedne wyłączenie funkcji dźwięku, w związku z czym prezentacja wyładowania nie powiodła się.

Po powrocie koleżanki z rocznego stypendium w USA, profesor odsunął Wandę Rydlewską – Sadowską z prowadzenia Sali Reanimacyjnej. Najbardziej się przejęła tym, iż opisywanie elektrokardiogramów zlecił młodej, bez żadnego doświadczenia lekarce, która jednak wykazała dużo instynktu samozachowawczego i chętnie korzystała z dyktanda.

W 1967 roku pojawiła się jej pierwsza, samodzielna publikacja Wandy Rydlewskiej-Sadowskiej, pod ambitnym tytułem z wyczerpującą treścią: Analiza kliniczna i elektrokardiograficzna bloku lewej odnogi pęczka Hisa [18]. Rok później jedno z pierwszych doniesień w Polsce na temat wyników leczenia migotania przedsionków kardiowersją elektryczną. Przygotowała pracę: „Odległe wyniki 100 przypadków kardiowersji migotania przedsionków” – uzgodniony z profesorem temat pracy doktorskiej. Profesor wyraził swoją opinię na korytarzu:

– To jest publicystyka, nie nadaje się na doktorat. Cóż począć, pracę skróciła, poprawiła. Ukazała się w formie artykułu w tym samym roku, pierwszym autorem był szef [19].

Dziesięć lat później przeczytała streszczenie pracy habilitacyjnej na ten sam temat. Różnica polegała na analizie ilości omawianych przypadków, jej materiał zawierał znacząco większą liczbę.

Wiele doniesień dotyczyło zaburzeń funkcji zastawki mitralnej. Zastawka trójdzielna i jej najczęściej wtórna niedomykalność, rzadko stanowiły przedmiot badań i to ją zaintrygowało [20]. Wspólnie z Witoldem Rużyłłą porównywała hemodynamiczne i graficzne (nieinwazyjne) cechy zwężenia tętnicy płucnej [21]

Kiedy sama zostanie promotorem naukowych prac, konsekwentnie będzie pilnowała oryginalności tematu. Włodek po zakończonej sukcesem obronie pracy doktorskiej na temat sztucznych zastawek serca, planował kontynuację badań z myślą o habilitacji. Nie zgodziła się, uzasadniając, iż tym problemem zajmuje się kolega z Łodzi.

Do obowiązków towarzyskich kliniki należały obchody profesorskich imienin. Składka w wysokości dwustu złotych (przy pensji półtora tysiąca) była ściągana choćby od wolontariuszy. W ostatnim roku pracy tuż przed odejściem profesora na emeryturę, komuś zepsuł się samochód, ktoś inny nie miał czasu w latanie po sklepach, po prostu prezentu miało nie być. Zaprotestowała doktor Rydlewska – Sadowska:

– o ile nie macie samochodu, to powinniście na czworakach chodzić po Warszawie i tak długo szukać prezentu dopóki go nie znajdziecie – i pierwsza wyłożyła usankcjonowaną kwotę.

Adresatami tych słów były dwie osoby, które szczególnie dużo profesorowi zawdzięczały.

Kiedy sama zostanie szefem kliniki wprowadzi zasadę: żadnych osobistych świąt i aby nie stwarzać niedomówień rozpisze wśród pracowników anonimową ankietę. Większość opowie się przeciw. Ma imieniny 23 czerwca. W tym czasie najczęściej będzie uczestniczyć w sympozjum w Rotterdamie.

Pewnego dnia, po ciężkim dyżurze i godzinnej, skutecznej reanimacji, trzeciej w historii kliniki, Wanda Rydlewska – Sadowska weszła do gabinetu profesora. Po zażartej walce o życie człowieka wciąż czuła podniecenie i euforia ze zwycięstwa. Profesor czytał raport. Jej raport. Dostrzegła zmarszczkę przedłużającą linie ust, wyraz najwyższej, z najwyższym trudem tłumionej niechęci i usłyszała syk słów:

– To ma być raport? – I ile sił w jego drobnym ciele, tyle energii wpakował w rzut książki na podłogę. Odparła:

– Gdyby pan reanimował przez dziesięć minut, nie utrzymał by pan pióra w ręce. W ogóle!

I wyszła. Książki raportów nie podniosła.

Dwa elektrokardiogramy stały się przedmiotem sporu, którego nie potrafił rozstrzygnąć sam profesor. Co do pierwszej krzywej doktor Rydlewska – Sadowska nie miała wątpliwości: migotanie przedsionków u chorego z zespołem WPW – Wolffa Parkinsona White’a: przewodzenie impulsów w sercu dodatkową drogą, omijającą węzeł przedsionkowo-komorowy, a to stanowi zagrożenie śmiertelne.

Koleżanka, która wróciła ze stażu w Filadelfii rozpoznawała częstoskurcz komorowy. Postępowanie w obu przypadkach odmienne. W drugiej krzywej pani doktor po amerykańskim stypendium rozpoznała blok przewodzenia przedsionkowo komorowego trzeciego (najwyższego) stopnia, doktor Rydlewska – Sadowska nie przeczyła, blokada przewodzenia impulsów z przedsionków do komór była całkowita, czyli przedsionki sobie (szybsze) i komory sobie (wolniejsze), bo w sercu istnieje wiele mechanizmów ratujących pracę tej pompy, ale dostrzegła w długim zapisie jedno czy dwa pobudzenia przewiedzione prawidłowo z węzła zatokowego i nazwała ten rodzaj zaburzeń blokiem zaawansowanym. Nikt z obecnych o czymś takim nie słyszał. Profesor bez szczególnej konsternacji zaproponował wysłanie krzywych do Filadelfii. Doktor Rydlewska – Sadowska zaprotestowała:

– To kompromitacja

– W takim razie – poszedł na ustępstwo profesor – idźcie do Kwoczyńskiego.

Profesor Kwoczyński znał wiele elektrokardiograficznych pułapek. Potwierdził migotanie przedsionków z zespołem WPW i blok zaawansowany.

Po wielu latach doktor Rydlewska – Sadowska w trakcie edycji „Zaburzeń Rytmu Serca” zauważy w owym bloku zaawansowanym jeszcze jedną ciekawostkę: zaburzenie przewodzenia w dystalnej części układu przewodzącego – lewej odnodze pęczka Hisa, o typie periodyki Wenckebacha czyli stopniowo narastające utrudnienie przewodzenia.

Jedyną osobą w klinice, z którą rozumiała się najlepiej, czasem i bez słów był doktor Witold Rużyłło, który zresztą podobnie oceniał wzajemne relacje. Mogła z nim godzinami dyskutować. Te rozmowy nigdy nie były nudne. Wyłaniał się z nich fascynujący świat wspólnego odkrywania tajemnic ludzkiego serca, takich jak zaburzenie rozwojowe – dwujamowa prawa komora [22] czy rejestrowanie potencjału pęczka Hisa – wyspecjalizowanych komórek, przewodzących impulsy elektryczne, odpowiedzialnych za dyrygowanie skomplikowaną i niezmordowaną maszynerią serca [23].

Każda krzywa w „Zaburzeniach Rytmu Serca” to inny rozdział, odrębny dramat i nowe doświadczenie. Nad pierwszym rozpoznaniem rozkojarzenia przedsionkowo komorowego, kiedy rytm komór przejmuje dowodzenie, staje się szybszy i niezależny od rytmu przedsionków, siedziała kiedyś na dyżurze do czwartej nad ranem. Następne rozpoznawała już z monitora.

Nie tolerowała blefów, a takie zdarzają się w medycynie. Na jakimś zjeździe pewna utytułowana osoba, która czytała w literaturze zagranicznej o bloku śródkomorowym czyli intra wentrikularnym (nazwanym w tymże piśmiennictwie w uproszczeniu IV) mówiła o bloku czwartego stopnia. Na szczęście do publikacji „ciekawostki” nie doszło.

A tymczasem asystentka profesora Żery musiała zrezygnować z planowanego doktoratu i wziąć się za nowy temat: „Wartości diagnostycznej badań graficznych w zwężeniu prawego ujścia żylnego” (chorej zastawki trójdzielnej). W dorobku miała 15 opublikowanych prac.

Profesor czasami obdarzał asystentów w końcowej fazie doktoratu, wielomiesięcznym urlopem lub półrocznym zwolnieniem z prowadzenia pacjentów, ale te ulgi nie wszystkim przysługiwały. W celu zachowania równowagi niektórym, w tym napiętym okresie, dawał zastępstwa, zwiększał liczbę chorych i nie udzielał żadnych, okolicznościowych urlopów.

Obowiązki Wandy Rydlewskiej – Sadowskiej uległy zwiększeniu, prowadziła piętnastu chorych, opisywała wszystkie badania fonokardiograficzne. Na urlop profesor też nie wyraził zgody.

– Ale przecież adiunktowi pan dał – upomniała się nieśmiało…

– To i tak cud iż zdał – odparł profesor z rozbrajającą szczerością.

Kiedy Wanda Rydlewska – Sadowska po latach zostanie kierownikiem kliniki, wszystkich asystentów bez wyjątków będzie, wbrew przepisom, wysyłała przed egzaminem specjalizacyjnym na cztery tygodnie urlopu, chociaż jak każdy człowiek jednych lubiła bardziej, innych mniej. Kiedy wysyłała Anię do Stanów i wystąpił poważny problem zdrowotny u jej matki, przyjęła ją do kliniki i troszczyła się o nią jak o bliską osobą. Kiedy odbierałam swoją matkę ze szpitala w terminalnym stanie by ofiarować jej domowy komfort w ostatnich dniach życia, powiedziała:

– Ewa, niech pani idzie do domu, nie martwi się o urlop, wróci pani kiedy będzie mogła.

Nigdy tego nie zapomnę. Przenigdy.

Faworyzowana przez profesora Żerę koleżanka utrudniała dostęp do aparatury w Pracowni EKG. Wanda Rydlewska – Sadowska nie mogła z niej korzystać choćby we wcześniej ustalone dwa dni tygodnia. W poczuciu dyskryminacji zwróciła się ze skargą do profesora i w jego obecności ostrzegła koleżankę:

– o ile nie będę mogła wykonywać badań, zwrócę się do Rady Naukowej z oświadczeniem o rezygnacji z doktoratu.

Ta wszystkiemu zaprzeczyła, trzasnęła drzwiami i wyszła.

Wanda Rydlewska – Sadowska podeszła do okna, zapaliła papierosa (a to w opinii profesora była zbrodnia) i po dwóch „sztachnięciach” stwierdziła:

– Cieszę się, iż pan profesor zobaczył, na co jesteśmy narażeni na co dzień.

Na imieniny koleżanki zostało zaproszonych pięć osób. Do pokoju lekarskiego wniesiono lody. Nikt ich nie tknął.

Atmosfera w klinice zaczęła się psuć już kilka lat przed odejściem profesora na emeryturę.

W 1970 roku wręczyła profesorowi pracę doktorską zatytułowaną „Wartość diagnostyczna badań graficznych w zwężeniu prawego ujścia żylnego” w ostatecznej wersji merytorycznej, graficznej i introligatorskiej. Zaskoczenie duże. Pretensje:

– Bez konsultacji?

Wybrał recenzenta: serdecznego przyjaciela, profesora Kwoczyńskiego. Drugim “z urzędu” został profesor Askanas, który ocenił pracę bardzo dobrze, elegancko i ciepło. Do profesora Kwoczyńskiego udała się w oznaczonym terminie po odbiór werdyktu.

Ujrzała marsową minę i usłyszała te słowa:

– Będzie miała pani kłopoty z tą recenzją

– ?

– Powinna pani otrzymać od razu habilitację, ale cóż to za docent bez doktoratu… z awansu?

Pierwsze dwie strony obojętne, o potrzebie takiej pracy i trudnościach jej przeprowadzenia. Potem stonowany zachwyt dla zapisów: elektrokadiograficznego, fonokardiograficznego i apeksograficznego dokumentujących rozpoznanie: “to pismo obrazkowe hemodynamiki”. Napisał: “..aby tak przedstawić problem dwudziestu przypadków, trzeba było przebadać siedemset”. Ocenił: “rzadka zdolność syntezy”. Profesor był znany z zawiłych ścieżek swoich myśli. Kiedy zaczynał wywód na temat elektrokardiogramu zawału ściany dolnej serca, mógł z łatwością skończyć zarówno na Timbuktu jak i na Morzu Sargasowym. W tej recenzji jednak nie pozostawił żadnych niedomówień.

Przed obroną w 1970 roku spędziła trzy bezsenne noce. Zastanawiała się jak wszystkim podziękować. Długo dziękowała kolegom z Pracowni Hemodynamicznej, pielęgniarkom z laboratorium. Do promotora zwróciła się tymi słowami: „dziękuję za umożliwienie zakończenia pracy doktorskiej”.

Klinika nie była cieplarnią, ale praca dostarczała jej drobnych satysfakcji, które pozwalały przetrwać. W tym samym roku rozpoczęła cykl doniesień z własnego doświadczenia dotyczącego reanimacji [24], [25].

W 1971 roku profesor Żera odchodził na emeryturę. W tej samej chwili doktor Rydlewska – Sadowska złożyła wymówienie. Zaskoczony profesor, chyba po raz pierwszy, obsypał ją wieloma komplementami, zapewniał o możliwościach pracy samodzielnej, prowadzeniu erki (od której sam ją odsunął), prosząc by przemyślała swą decyzję, nadmieniając jednocześnie, iż podpisanie wymówienia już nie leży w jego gestii. Jej argumenty były konkretne i nie pozostawiały złudzeń.

– Mówię, bo mam rację i pan o tym wie – zakończyła rozmowę.

Profesor uległ i podpisał.

Wanda Rydlewska – Sadowska przeszła do Kliniki Kardiologii na Spartańską, której drzwi stały otworem dla zdolnych, ambitnych i pracowitych.

18 stycznia 1990 roku Centrum Kształcenia Podyplomowego zorganizowało uroczysta sesję – jubileusz 90 rocznicy urodzin profesora Edmunda Żery, wizjonera nowoczesnej kariologii, nauczyciela sztuki leczenia. W Instytucie Kardiologii Profesor Hoffmanowa użyła metafory o siewie, dojrzewaniu i zbiorze zdrowych, dorodnych owoców, których nie musi się wstydzić.

Autorka tekstu: Ewa Łastowiecka

Idź do oryginalnego materiału