Wizja przyszłości
W roku 1979 dalekowzroczny profesor Śliwiński utworzył na Spartańskiej Instytut Kardiologii, obejmując stanowisko dyrektora. Należało do niego sto łóżek. Maria Hoffman oddała do druku Wady Serca [14], pierwsze w Polsce nowoczesne opracowanie wrodzonych i nabytych wad serca. Współautorzy: Wanda Rydlewska Sadowska opracowała diagnostykę nieinwazyjną, Witold Rużyłło –hemodynamiczną. Rozchwytywane dzieło doczeka się trzech wydań i stanie się przez długie, następne lata biblią adeptów polskiej kardiologii. Dla początkujących lekarzy, a choćby dla internistów, którzy przed końcowym egzaminem, zdają kolokwia ze wszystkich działów chorób wewnętrznych, może się wydawać czarną magią. Ale przy pewnym wysiłku, kurtyna tajemnic serca nagle zaczyna się rozsuwać. Mechanizmy defektów i wynikające stąd objawy zaczynają się układać w całość, stają się zrozumiałe, metoda leczenia przemyślana. W tym samym roku Maria Hoffman otrzymała tytuł profesora.
Napięcie w kraju narastało. Kolejne decyzje rządzącej „przewodniej siły narodu” wynikały z braku przewidywania taktyki siły, której na imię „Solidarność” i błędnej oceny determinacji robotników. Nazywano ich klasą przodującą. I rzeczywiście tworzyli ją, inicjując protesty w Poznaniu, Radomiu, Ursusie, Gdańsku. Ignorowanie żądań nie dało się traktować jak protestujących studentów i artystów w marcu 1969 roku, ani tępić metodami, które stosowano wobec KOR. Był to czas zgrzytania zębami ale i uśmiechu w czasie czytania bibuły o urwanej nóżce w Poroninie, czy parafrazowaniu października za Bugiem – kotami w marcu.
Nie można powiedzieć, podejmowano próby załagodzenia konfliktu o większym ciężarze gatunkowym niż cytryny w sklepach przed świętami. Nowo wybudowana, luksusowa lecznica rządowa w Aninie w grudniu 1979 roku została przekazana Instytutowi Kardiologii. Profesor Śliwiński powołał Marię Hoffman na stanowisko dyrektora, z zastrzeżeniem powrotu, po odwołaniu go z funkcji ministra.
Pułkownik zarządzający lecznicą polecił natychmiast wywozić całe wyposażenie. Profesor Maria Hoffman nazwała ten akt po imieniu: zwykłym złodziejstwem. Pan pułkownik szarmancko odparł:
- Dobrze, iż jest pani kobietą, bo gdyby pani była mężczyzną
wezwałbym na pojedynek
- Ja strzelać też umiem – odparła niezrażona.
Prominentni pacjenci byli przydatni. Natychmiast zatelefonowała do członka biura politycznego, a ten polecił sprzęt pozostawić w Instytucie.
15 lipca 1980 roku pojawili się pierwsi pacjenci. Profesor Maria Hoffman objęła również kierownictwo Kliniki Wad Serca.
Nabór do Kliniki rozpoczął się jeszcze na Spartańskiej. Jacek Grzybowski, jeden z nielicznych reprezentantów młodzieży lekarskiej, zadzwonił do Kasi – Elżbiety Katarzyny Włodarskiej, czy nie była by zainteresowana kardiologią. Koleżanka po dwuletnim stażu w Szpitalu Kolejowym w Międzylesiu, otrzymała etat w Oddziale Anestezjologii i Intensywnej Terapii. Jednak nie była zachwycona. W tej specjalizacji brakowało kontaktu z pacjentem i przede wszystkim dalszej obserwacji. Możliwość przejścia do Instytutu Kardiologii była ekscytująca. Wprawdzie o kardiologii „nie miała pojęcia” jak wyzna po latach, „ale była gotowa jej się uczyć”.
Udała się na rozmowę kwalifikacyjną do profesor Hoffmanowej.
Oczekując na wejście do jej gabinetu, zauważyła jakiegoś faceta z pokrytą gęstym szronem czupryną, w zabiegowym, zielonym ubraniu. Poczuła mocne uderzenia serca. Zdziwiła się, bo niby dlaczego. Nie znała go.
Profesor Hoffmanowa zleciła ostateczną rekrutację doktor Rawczyńskiej – Englert. Jej prawa ręka miała „dobre oko”. Kasię przyjęto.
Do zespołu już należeli: Franek Walczak, Maciek Nyżnyk, Mirosław Rylski, Justyna Piotrowska, Ewa Księżycka, Ada Jarnicka.
Panowie u progu zawodowej kariery, bez względu na stan cywilny, są zwykle jedynymi dysponentami swego czasu, a o ile angażują się w domowych obowiązkach, to i tak w tej konkurencji praca jest na pierwszym miejscu. U kobiet, zwłaszcza o ile doświadczają złożoności problemów macierzyństwa, oznacza to kolosalne obciążenie. Sytuacja Kasi, mężatki z dwojgiem dzieci była komfortowa, mogła liczyć na matkę. Czegóż się nie poświęci dla jedynaczki, w dodatku ambitnej lekarki, która otrzymała angaż w Klinice Wad Serca Instytutu Kardiologii.
Od dnia ślubu Kasię dręczyło retoryczne pytanie: „czy to jest to szczęście? Czy już nic w życiu mnie nie czeka?” A matka, szyjąc ślubną kreację, miała nienajlepsze przeczucia.
Profesor Śliwiński objął kierownictwo Kliniki Kardiochirurgicznej, Klinika Szybkiej Diagnostyki i Zakład Diagnostyki Nieinwazyjnej zostały powierzone docent Wandzie Rydlewskiej – Sadowskiej. Profesor Maria Hoffman darzyła ją szczególnym zaufaniem, za wiedzę, doświadczenie. Adiunkt Witold Rużyłło został szefem Kliniki Kardiologii Ogólnej i Pracowni Hemodynamicznej. Był na bieżąco w światowych postępach kardiologii interwencyjnej. Zadziwiał siódmym zmysłem w sztuce posługiwania się narzędziami w penetracji jam i naczyń serca, bez powikłań. Miała świadomość, iż Wanda Rydlewska – Sadowska i Witold Rużyłło stanowią główne filary placówki, bez których Instytut nigdy nie był by tym czym gwałtownie się stawał. Wyzna, iż przyjaźń z nimi traktowała jak zaszczyt. Profesor Marek Sznajderman, o ujmującej prezentacji i podobnym sposobie bycia, został kierownikiem Kliniki Nadciśnienia Tętniczego. Jakim był człowiekiem świadczy, prawdopodobnie w sposób ograniczony, pewien fakt. Skierował do Instytutu pacjenta z rozpoznaniem rozwarstwienia aorty. Lekarz dyżurny OIOMu widząc w EKG cechy zawału ściany dolnej, potwierdzonym podwyższonymi wartościami enzymów, rozpoczął leczenie farmakologiczne (plastyka zamkniętej tętnicy wieńcowej, nie była jeszcze stosowana w stanie ostrym). Pacjent (świetny aktor), dobrze zareagował na leczenie i bez dolegliwości przespał do rana. Przed zdaniem dyżuru lekarz pomyślał, iż może jednak warto dołączyć dowód obrazowy, wykluczający rozwarstwienie. Echo serca potwierdziło akinezę mięśnia ściany dolnej świadczącą o zawale, ale kiedy wiązka ultradźwięków przeszyła aortę wstępującą, włosy doktora zjeżyły się na głowie. Tuż powyżej ujścia tętnic wieńcowych, huśtała się jak skakanka, odwarstwiona błona wewnętrzna aorty. Mechanizm zawału stał się oczywisty, przyczyną nie była zmiana miażdżycowa w prawej tętnicy wieńcowej, ani jej kurcz, ale odwarstwiona ściana aorty, która przytkała ujście wieńcowego naczynia. Lekarz dyżurny pobiegł do profesora Sznajdermana, chcąc usprawiedliwić dlaczego przez całą noc leczył „tylko” zawał. Profesor wyjął z szuflady jakiś karteluszek i odczytał zapis wizyty: NAGŁY, OSTRY, O BARDZO DUŻYM NATĘŻENIU BÓL W KLATCE PIERSIOWEJ PROMIENIUJĄCY DO PLECÓW… I to wytrawnemu klinicyście wystarczyło, by rozpoznać rozwarstwienie aorty. Nie padło pytanie dlaczego dyżurant natychmiast nie poprosił kardiochirurgów na konsultację. Profesor jakby sam się usprawiedliwiał rozpoznając groźną chorobę. Ktoś inny na jego miejscu mógłby zareagować apodyktycznie, arbitralnie. Pacjent został zoperowany w trybie planowym i opuścił Instytut w dobrym stanie.
Do zespołu profesora Sznajdermana należeli: Idalia Cybulska, Marek Kabat, Mariola Pęczkowska, Bogna Puciłowska, Ela Florczak, Kasia Purtak, Marek Sawicki, Hanna Sitkowska – Janaszak, Ryszard Mielniczuk, Teresa Wiernikowska, Danuta Kwiatkowska. Kabat jest profesorem, doktorami habilitowanymi Pęczkowska i Florczak.
Profesor Stanisław Rudnicki, uczeń profesorów Askanasa i Weissa, organizował Klinikę Rehabilitacji. Kochał ruch, treningi i podobnie jak w XVI wieku Wojciech Oczko [15], był zwolennikiem praktyki obowiązującej do dnia dzisiejszego, iż ruch to zdrowie, a bezczynność to śmierć. Wspaniale jeździł na nartach i szkoda, iż błyszczał swoimi umiejętnościami, podobnie jak Wanda Rydlewska Sadowska, jedynie w Bukowinie Tatrzańskiej. Alpy czy Pireneje staną się dostępne dla następnego pokolenia.
Profesor Stefan Rywik wywodzący się również ze szkoły profesora Askanasa – pokierował Zakładem Epidemiologii. Jego prawą ręka była Grażyna Broda. Dane w tej dziedzinie na przestrzeni lat wiele nam uświadomiły, nauczyły lepiej żyć, czego unikać, czego się trzymać. Statystyka polska, podobnie jak w innych krajach europejskich, zajmuje pozycję równoległą do ogólnego poziomu życia. Profesor został również dyrektorem naukowym Instytutu.
II Klinika Kardiochirurgiczna i Klinika Choroby Wieńcowej pozostały na Spartańskiej, a kierownictwa objęli profesor Wacław Sitkowski i docent Zygmunt Sadowski.
Profesor Marian Śliwiński był kierownikiem I Kliniki Kardiochirurgicznej. Do zespołu należeli: Andrzej Biermann, Jacek Różański, Paweł Pracki, Marek Szufladowicz Zbyszek Juraszyński, Wojtek Dyk, Piotr Hendzel, Zbigniew Kotliński, Stefan Chyliński i najmłodszy Mariusz Kuśmierczyk. Jacek Różański, obdarzony wyjątkową wyobraźnią przestrzenną w korektach wad wrodzonych, natychmiast dostrzegł w nim talent, kwitując zwięźle: „moja krew”. Salą pooperacyjną rządziła doktor Szymańska.
Poza tą kadrą pracowała w Instytucie młodzież lekarska, większość z nich bezpośrednio po studiach. W piątki odbywały się szkolenia. Początkowo docent Rydlewska – Sadowska kierowała również Oddziałem Intensywnej Opieki Medycznej. Uczyła podstaw teorii i praktyki zespół lekarzy, pielęgniarek zasad reanimacji, intubacji, wkłuć, dawkowania leków na kilogram ciężaru ciała, na minutę, nadzorowania życiowych czynności i wyprowadzania z zagrożenia życia pacjenta. Pilną uczennicą była doktor Janina Stępińska, która w przyszłości zostanie szefową Oddziału. Pierwotne, bardzo skromne wyposażenie techniczne Instytutu (aparat rentgenowski i elektrokardiograf), było wzbogacane powoli i stopniowo.
I w ciemnej dolinie zła się nie ulęknę
12 grudnia 1981 roku, po długich przygotowaniach profesor Maria Hoffman, doktor Witold Rużyłło i dyrektor do spraw technicznych – doktor Marian Miśkiewicz wyjechali kompletować aparaturę hemodynamiczną do Wiednia. Zgodnie z obowiązującymi przepisami granicznymi należało spisać przedmioty które się wywozi i przywozi. Było to skrupulatnie sprawdzanie. Maria Hoffman wpisała do deklaracji futro, które miała na sobie, skórzane buciki do kostek i biżuterię.
W Wiedniu delegacja wizytowała pokazową klinikę. Przygnębiające wrażenia wywarła duża sala chorych dzieci. Mimo świetnych warunków, idealnej czystości, sprawnej pracy pielęgniarek, dbania o higienę, toaletę, skrupulatnego podawania leków, często we wlewach kroplowych, dzieci były w swej chorobie osamotnione, przestraszone i z tego powodu bardziej cierpiące.
Popołudnie spędzili w Grünzingu. O piątej rano w pokoju Marii Hoffman zadźwięczał telefon. Znajoma Niemka powiadomiła ją, iż w Polsce został ogłoszony stan wojenny. Ubrała się pospiesznie i zapukała do pokoju doktora Miśkiewicza.
– Co, masz atak?- znał jej historię choroby – kamicę pęcherzyka żółciowego.
Następnego dnia dyrektor Simensa w czasie kolacji zaproponował, żeby zostali we Wiedniu, obiecał choćby mieszkanie i dalszą pomoc.
- Nie wiem jak koledzy, ale ja wracam, bo mój mąż jest chory.
odpowiedziała natychmiast Maria Hoffman. Piotr Dzięgielewski był po pierwszej operacji guza płuc.
Delegacja Instytutu znalazła się w trudnej sytuacji. Granice kraju były zamknięte. Zatelefonowali do ambasady z zapytaniem jak wracać. Polecono pojechać do Kolonii po nowe dokumenty. Dotychczasowe w tej sytuacji utraciły ważność.
Samochód wyładowali po brzegi, w kraju nie było podstawowych artykułów, a znajomi dla swych rodzin prosili o przekazanie paczek. Na granicy nie pomogły skórzane buciki do kostek. Zmarzła.
– Jak to, pani wraca? – zapytała zdziwiona celniczka – myślałam, iż pani wyjeżdża.
Po załatwieniu formalności pędzili po wąskiej drodze do Poznania. Mieli zamówiony nocleg w hotelu Polonez. Za nimi jak cień sunął milicyjny łazik. Dotarli 2 minuty przed 22-gą, godziną policyjną. Milicjanci z rozbrajającą szczerością oświadczyli:
- Gdybyście nie zdążyli, pojechalibyście z nami.
Hotel wymarły, restauracja nieczynna. Profesor Hoffmanowa udała się na poszukiwanie personelu. W pakamerze zastała pokojówkę. Zauważyła tam czajnik i jednopalnikową kuchenkę.
- Co słychać – zagadnęła w nadziei na szklankę herbaty.
- Co słychać? – powtórzyła rozwścieczona pokojowa, to wszystko
zrobiła inteligencja, zachciało się wolności, a my zwykli ludzie …
i tak dalej językiem gazet i TVP.
Doktorzy Rużyłło i Miśkiewicz zaangażowani w ruch Solidarności mieli poważne obawy co ich czeka po powrocie. Postanowili najpierw odwieźć Miśkiewicza. Jego żona tylko krzyknęła:
- Ojej, po coście przyjechali!
Potem pojechali do Rużyłły, na końcu do Marii Hoffman. Tam paliły się wszystkie światła, trwała konferencja Piotra Dzięgielewskiego z kardiochirurgami Instytutu: Andrzejem Biedermanem i Pawłem Prackim. Mąż profesor Hoffman w czasie jej nieobecności udał się na Spartańską, dowiedział się o aresztowaniach. W drodze powrotnej zorientował się, iż jest śledzony. Był przekonany, iż inwigilacja ma charakter pośredni i dotyczy otoczenia małżonki. Mimo wszystko nie pragnął niczego bardziej niż jej powrotu, nie wykluczał możliwości, iż już jest w kraju i nie ma możliwości dotarcia do domu. Kiedy zjawiła się, odetchnął z ulgą, ale też natychmiast opowiedział o swoich spostrzeżeniach, prosił o ostrożność. Po pewnym czasie okazało się, iż sam był osobą inwigilowaną. Pracował w dalszym ciągu w ambulatorium telewizji. Wszystkich wyrzucono z pracy, oszczędzając jedynie najstarszych pracowników. Był wśród nich. Pozostawiony ale nie bez kontroli odpowiedniego urzędu.
Do Instytutu profesor Marię Hoffman wiózł doktor Biederman. Fama już dotarła o jej powrocie, bo cały personel w komplecie: lekarze, pielęgniarki, salowe, urzędnicy czekali przed budynkiem. Powitały ją gromkie brawa.
Sytuacja w Instytucie przedstawiała się następująco: każda placówka w stanie wojennym stanowiła miejsce szczególnego nadzoru i musiała mieć komisarza. Do tej funkcji powołano profesorów: Rywika i Rudnickiego. Pierwszą rzeczą, którą uczyniła Maria Hoffman było odebranie komisarzom krótkofalówek. W jej szpitalu, wojna toczyła się codziennie, o życie chorych. Do tego krótkofalówki nie były potrzebne.
Zwołała zebranie i oświadczyła: nas internują chorzy! Misja służby zdrowia w tej sytuacji miała szczególnie podniosły charakter.
Wszyscy poruszali się po mieście z przepustkami. Dotyczyło to również pracowników Instytutu. Wszystkich za wyjątkiem jej dyrektora.
Mówiło się, iż wejdą Rosjanie, iż ich wojska są dwadzieścia kilometrów od Warszawy. Zareagowała natychmiast. Zarządziła zgromadzenie zapasów koksu, mąki, makaronów, proszków do prania i jeszcze innych niezbędnych artykułów. Kierownik Działu Transportu pan Kozera załatwił chłopa z koniem i jakoś tą metodą udało się zwieźć towary. Potem kontrola z ministerstwa stawiała zarzuty, iż przesadziła z tą ilością.
W przedłużającej się reanimacji istnieje pewien moment, w którym należy zaprzestać działań. Jest to decyzja bardzo trudna, bo tak na prawdę, nie ma reguł. Profesor Hoffmanowa ustaliła, iż tę decyzję podejmuje najstarszy w ratującym zespole lekarz.
Pamięta wielokrotnie defibrylowanego pacjenta. Jego świadomość oscylowała między bytem i niebytem. Patrzyła z satysfakcją na młody zespół ratowników i zachęcała samą swoją obecnością do nieustępliwości. W pewnym momencie pacjent otworzył oczy i z rezygnacją powiedział:
- Niech pani przestanie się męczyć i tak nic z tego nie będzie.
Te słowa, ten brak wiary ze strony chorego przy ogromnym wysiłku walczących o ocalenie bardzo ją zabolał. I niestety stało się jak przeczuwał pacjent.
Raczej była przyzwyczajona do sytuacji w jakiej znalazł się znany diabetolog profesor T. Miał zawał. Profesor Hoffman zwróciła się do kolegi, w końcu też lekarza i profesora:
- Musimy zrobić koronarografię. A na to pacjent:
- Jeżeli pani każe obciąć głowę, to proszę bardzo. Ja pani prawie nie znam, ale jak tylko na panią spojrzałem, to mam sto procent zaufania.
Jeszcze w stanie wojennym odbyła podróż do Erlangen koło Monachium do firmy Simens w sprawie kolejnych zamówień dla Instytutu. Znała tę miejscowość z poprzedniego, stypendialnego pobytu. Pamięta jak przyjechał przedstawiciel centrali handlu zagranicznego pan Cyroń i zaprowadził ją do magazynu z trudno osiągalnymi Polsce artykułami. Między niezliczonymi urządzeniami ułatwiającymi codzienne życie były telewizory i pralki. Wybrała płytę Pavarottiego. Pan Cyroń stukał się w czoło.
Dyrektor Simensa na Europę Wschodnią pan Herlinger też kurtuazyjnie zapytał co ma przywieźć, kiedy przyjedzie do naszego kraju. Prosiła o korektory i literki do plakatów. Plakaty robiło się manualnie.
- Ale co dla pani? – dopytywał
- Nawóz na działkę.
UB przywiozło premiera P.J. Miał zawał serca. Nie pozwalał na nic: ani na pobranie krwi, ani podanie leków. Leżał odwrócony tyłem, nie odpowiadał na pytania.
Profesor Hoffman zdenerwowała się, niemal szarpnęła poręcz łóżka i powiedziała stanowczym tonem:
- Proszę pana, jest pan w zwykłym szpitalu, jeżeli się pan nie zgadza na
leczenie, to ci panowie co pana przywieźli, zawiozą pana do waszego szpitala.
Poskutkowało. niedługo na tę samą salę przyjęto jednocześnie słynnego działacza KOR Jana Józefa Lipskiego, działacza Solidarności, Mariana Jurczyka i jakiegoś generała z MSW. Ochroniarze w mundurach narzekali, iż nie mają gdzie usiąść. Maria Hoffman powiedziała tonem nie znoszącym sprzeciwu:
– Proszę dać mi dowódcę
Zgłosiło się trzech panów. Zwróciła się do jednego z nich:
- Jesteśmy w zwykłym szpitalu, ja tu rządzę, od jutra macie być w
fartuchach i bez broni.
- Czy pani chce wylądować w więzieniu? – zapytał podniesionym
głosem jeden z nich.
Takiego tonu Maria Hoffman nie tolerowała. Mogła rozmawiać na najbardziej kontrowersyjne tematy, ale krzyku nie znosiła. Stawała się nieobliczalna. Ostro powiedziała kilka dobitnych słów na ten temat.
Następnego dnia cała warta pojawiła się w fartuchach i bez broni… w każdym razie nie było jej widać.
Kiedyś podniósł głos profesor Rywik.
– Wyjdź … i wróć jak się uspokoisz – wyrzuciła go z gabinetu. I wyszedł.
W tym okresie średnio dwa razy w tygodniu przychodzili do niej z UB.
Przywieziono do Instytutu byłego pierwszego sekretarza E.G. Jego ochroniarz w randze pułkownika w przypływie szczerości zdradził Marii Hoffman sekret: domowy telefon miała na podsłuchu. Wróciła podekscytowana do domu i oznajmiła tę przykrą wiadomość.
- O to dobrze – odparł niezrażony Piotr Dzięgielewski. Podniósł
słuchawkę i wyłuszczył swą opinię na temat stanu wojennego.
W Instytucie pojawiła się kontrola z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z poleceniem zwolnienia jednej pielęgniarki.
- Nie – powiedziała krótko profesor Hoffmanowa – jest dobra, a co robi po pracy to mnie nie obchodzi. Jak chcecie ją zwolnić, dajcie to na piśmie.
Argument okazał się skuteczny.
Dziewczyna podziękowała po latach, kiedy profesor Hoffmanowa wróciła na stałe do Zakopanego. Telefonicznie.
Innym razem przyszła jakaś porucznik, tleniona blondyna w towarzystwie przełożonego, „obrzydliwego” kapitana w podobnej sprawie. Polecono zwolnić pielęgniarkę zatrudnioną w komórce paszportowej. I znów dyrektor broniła dobrego pracownika.
– Muszę wiedzieć dlaczego, a jeżeli nie, to proszę mi dać na piśmie –
dodała niezmiennie. Wypowiedzenia nie napisała, a następnego dnia udała się w służbową podróż. Wróciła tego samego dnia. Na lotnisku oczekiwał ją profesor Rywik. Powiedział, iż dziewczynę zabrano z Instytutu i nie pozwolono jej choćby powiadomić rodziny. Wróciła po 48 godzinach. Maria Hoffman wezwała ją i zapytała dlaczego ją aresztowano. Pielęgniarka też nie wiedziała ale sądziła, iż przyczyną była odmowa oddania im jednego paszportu, a nie oddała dlatego, iż takie zobowiązanie złożyła wobec MSZ.
Profesor Hoffmanowa była wściekła. Umówiła się z jakimś generałem na Koszykowej. Towarzyszył jej profesor Rywik. Tłum petentów kłębił się przed kratą, za którą stał oficer. Wykrzyczała na cały głos swoje nazwisko. Przepuszczono ich. Generał wysłuchał pretensji w milczeniu. Nic nie odpowiedział. Jednak za trzy dni otrzymała list z UB z przeprosinami za przekroczenie kompetencji.
Łóżka Instytutu zapełniły się szybko. Początkowo planowano przyjęcie stu pacjentów, ale niedługo liczba ta uległa podwojeniu. Personel liczył dwieście osób. Kierowniczka kuchni przyszła z płaczem, iż sobie nie radzi, jest przygotowana na przygotowywanie posiłków tylko dla 70 osób. I złożyła wymówienie. Dyrektor przyjęła na jej miejsce panią Lenart, która dotrwała w tym miejscu do emerytury i radziła sobie z wydawaniem każdej ilości posiłków.
Prominenci leczeni przez profesor Hoffman czasami okazywali chęć pomocy. Kiedyś wiceminister Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Szlachcic po rozmowie o potrzebach Instytutu zapytał:
- A czego pani chce dla siebie?
- Nic – odparła.
- To niemożliwe, każdy czegoś chce dla siebie – podsumował
swoje doświadczenie.
Ogromną ilość energii pochłaniała walka o pieniądze dla Instytutu. Dyrektor uważała, iż najwyższa pensja w Instytucie nie powinna przekraczać trzykrotnej wartości pensji najniższej. Pewnego razu poszła do Ministerstwa Zdrowia „załatwiać” jakieś pieniądze. Ekonomista Instytutu pan Zygman przygotował dokumenty na dziesięć milionów. Minister Tadeusz Szelachowski zapytał łaskawie:
- O co chodzi?
Jako namiętna brydżystka pomyślała błyskawicznie: „jak już tu jestem, to dlaczego nie żądać więcej” i podała sumę osiemnastu milionów.
Pan Zygman zdrętwiał. Ale opłaciło się.
Traktowała Instytut jak swoje włości. Przed każdym Bożym Narodzeniem obchodziła wszystkie kliniki Instytutu, nigdy nie zapominała o kuchni, pralni, magazynach, pracowni fotograficznej i składała życzenia. Uważała, iż ma dobry zespół i dopóki osiemdziesiąt procent pracowników jest z nią, może rządzić.
Szkolenia wewnętrzne Instytutu trwały od samego początku. Status placówki zobowiązywał również do nauczania kadr w całym kraju. Maria Hoffman została specjalistą krajowym kardiologii. Do niej należało również zaopatrzenie wszystkich klinik, zajmujących się chorobami serca w całej Polsce w rozruszniki, oksygenatory i sztuczne zastawki. Była to niewdzięczna praca. Początkowo miał o tym decydować organ handlu zagranicznego „Warimex” ale dyrektor Hoffman nie zgodziła się, żeby o sprzęcie kardiologicznym decydowali urzędnicy, nie znający specyfiki problemów. Poszła ze skargą do ministra zdrowia Szelachowskiego, którego od dawna znała. Jednym z głównych jej argumentów było to, iż nas nie stać na buble. I poskutkowało. Umiała się też targować z firmami o ceny. o ile zamówiła i zapłaciła za tysiąc sztucznych zastawek, to pięćdziesiąt zawsze uzyskała dodatkowo.
Kiedy profesor Śliwiński został odwołany ze stanowiska ministra zdrowia, dyrektor Maria Hoffman złożyła wymówienie. W Instytucie zawrzało. Środowisko lekarskie zawsze zajęte kolejnymi kolokwiami, egzaminami, specjalizacjami uwierzyło, iż oprócz obowiązków, ma też prawa. Do Marii Hoffman udała się delegacja pracowników z przewodniczącym koła Solidarności, psychologiem doktorem Janem Tylką na czele i petycją podpisaną przez wszystkich pracowników. Proszono aby pozostała przez cały czas dyrektorem. Postawiła trzy warunki: pociągniecie razem ze mną ten wózek, Śliwiński pozostaje na stanowisku kierownika Kliniki Kardiochirurgii i nikt nie będzie miał do niego pretensji. I tak się stało.
Szczególną wagę przywiązywała do poniedziałkowych posiedzeń hemodynamicznych, w których lekarze prowadzący chorych, wzorem najlepszych europejskich klinik kardiologicznych, przedstawiali stan przedmiotowy i podmiotowy chorego, radiolodzy omawiali zdjęcia rentgenowskie, docent Wanda Rydlewska – Sadowska interpretowała wyniki badań elektrokardiograficznych i echokardiograficznych i jako ostatni doktor Rużyłło, a później jego uczniowie przedstawiali filmy z cewnikowania serca. Profesor Hoffmanowa prowadziła te spotkania zwięźle. Czasami z prostotą oświadczała: „ja czegoś tutaj nie rozumiem”. Nie nazywała po imieniu błędu czy bezmyślności, która wkradła się do prezentacji. Wyprostowanie brała na siebie. Najczęściej chodziło o interpretacje filmu z cewnikowania. Doktor Rużyłło odpowiadał niezbyt głośno, jak na gabaryty sali konferencyjnej Instytutu, zdaniem złożonym z podmiotu i orzeczenia, ale w zupełności wystarczającym do merytorycznej oceny. Kiedy do tablicy był wezwany początkujący terminator Pracowni Hemodynamicznej, nie orientował się natychmiast, iż przeoczył coś ważnego, popełniał diagnostyczną gafę. Najtrudniejszą sytuację mieli młodzi lekarze prowadzący, zwłaszcza o ile starannie nie przygotowali się do przedstawienia problemu klinicznego. Czasem też dosłowne, niezręcznie przetłumaczone na język polski słowo, chociaż świadczące o zaznajomieniu się z terminologią najnowszych artykułów, prowokowało szefową Instytutu do uwag. Posiedzenia stawały się nudne, kiedy padało zbyt wiele, nic nie znaczących słów, badania dodatkowe niczego nie wnosiły, a taśma filmu przewijała się jak błyskawica. Z tych strzępków profesor Hoffmanowa ze stoickim spokojem składała jasne, zwięzłe, logiczne résumé.
Czasami trudne pytania stawiał doktor Rużyłło, na przykład po długiej wyliczance dolegliwości, domagał się konkretnego wyjaśnienia, czy pacjent ma bóle wieńcowe, lub też w jakim celu chory miał koronarografię, która przedstawiała się prawidłowo, a wywiad nie wskazywał na charakter wieńcowy bólów. W takim śledztwie początkujący lekarz czasem sobie nie radził. Miał szczęście jeżeli w obradach uczestniczyła Lidia Chojnowska, która ratowała przed kompromitacją, a tej adepci sztuki lekarskiej bali się najbardziej. Jej krótka odpowiedź: „z powodu nietypowych bólów”, była wystarczająca. o ile jedna z dwóch osób na sali zapalała papierosa, to znaczy, iż omawiano przedostatni przypadek. Taka obowiązywała umowa namiętnych palaczek: Marii Hoffmanowej i Wandy Rydlewskiej – Sadowskiej. Nikt inny by się na to nie odważył.
Żniwa
Przeciętny obywatel przyzwyczajony do wysłuchiwania co to zdobyliśmy i osiągnęliśmy, nie miał pojęcia jaki przez lata od zakończenia wojny, dokonał się na zachodzie postęp, jak zmieniła się jakość życia, jakimi środkami dysponowała ówczesna medycyna. Na szczęście niektórzy orientowali się w jakim kierunku świat podąża i w jaki sposób podejmować próby nadążania za nim.
Maria Hoffman uruchomiła dwa programy operacyjnego leczenia wad wrodzonych u dzieci. Dziś wiemy o tych wadach znacznie więcej, większość bezbłędnie rozpoznajemy bez cewnikowania serca, nasi znakomici kardiochirurdzy z powodzeniem podejmują najtrudniejsze wyzwania, anestezjolodzy dysponują najlepszą aparaturą. Wtedy zazdrośnie patrzyliśmy na Stany Zjednoczone i Europę Zachodnią.
Kontakty osobiste, znalezienie sponsorów i drobiazgowe pokonywanie wielu, nieraz kuriozalnych przeszkód, pozwoliły na wysłanie chorych dzieci do Deborah Heart and Lung Center w USA.
Profesor Hoffmanowa nawiązała osobisty, owocny kontakt z szefem programu – kardiochirurgiem dziecięcym doktorem Faustino Niguidulą, który pochodził z Manillii. Wyjeżdżała kilkakrotnie do Stanów. Wysłała też tam na szkolenia kilku młodych lekarzy, niektórzy mieli zaledwie pierwszy stopień specjalizacji z interny lub ogólnej chirurgii.
Pierwszych kilkoro dzieci, pod opieką swych matek, pojechało na leczenie jeszcze w stanie wojennym. W ciągu dwóch lat była ich setka. Paszporty i wizy załatwiano w Instytucie, linie lotnicze LOT dał 50 procent zniżki na bilety. Matki oprócz dzieci, dźwigały niezmiennie prezenty w postaci kryształów, podobały się na zachodzie, a wracały z podarowanymi dzieciom drobiazgami. Dyrektor Instytutu interweniowała u celników, żeby w tej wyjątkowej sytuacji nie robili trudności. Handel wymienny prowadzono na szczeblu państwowym, wymiana podarunków na prywatnej niwie groziła skażeniem naszego wizerunku. W komórce paszportowej Instytutu wiele serca programowi okazywała pani Maria Ros, z wykształcenia polonistka. Organizatorzy zaprosili i ją do Deborah, ale nie otrzymała zgody na wydanie paszportu.
Profesor Hoffman zwróciła się do jakiegoś ważnego pułkownika, który leczył się u niej, z zapytaniem, dlaczego Maria Ros nie może otrzymać paszportu.
- Bo ona nie wróci – brzmiała odpowiedź.
Ponieważ pani profesor nalegała, wyjął z teczki paszport i jeszcze raz powtórzył:
- Ona nie wróci.
Profesor Hoffmanowa wręczając upragniony paszport Marii Ros zastrzegła:
- Będę miała nieprzyjemności jak nie wrócisz.
Uszczęśliwiona pani Maria Ros poczuła się jak ptak wyrwany z klatki i pofrunęła za ocean.
Wkrótce nadszedł list. Maria Ros przepraszała, ale nie wróci. Pułkownik miał wiedzę. Profesor Hoffmanowa wzięła list i poszła do wydziału paszportowego. Jedna z ważnych tam osób zaczęła krzyczeć:
- Zdejmiemy panią z dyrektury! Zlikwidujemy dawanie paszportów w
Instytucie! Nigdy nie dostanie pani paszportu, ani nikt z rodziny!
Pomyślała sobie: „siedź cicho” ale odpowiedziała z adekwatnym sobie stoickim spokojem:
- Zdjęcie ze stanowiska, proszę bardzo, zabierzecie komórkę
paszportową, zaszkodzicie innym, a o ile chcecie wziąć paszport to teraz, bo jutro jadę do Włoch i żadnych awantur na lotnisku.
Nie było konsekwencji.
Pielęgniarki amerykańskie w ciągu pół roku od chwili pojawienia się naszych dzieci, nauczyły się języka polskiego.
U dziewięćdziesięciu pięciu dzieci zabieg przebiegł pomyślnie. Zniknęła sinica warg, oczy, w których malowało się udręczenie, zaczęły patrzeć z zaciekawieniem, poprawił się sen, apetyt, kondycja. Dzieci zaczęły przybierać na wadze, rosnąć. To był dla nich wspaniały, jedyny w swoim rodzaju prezent – w miarę normalne życie. Dla pięciorga pomoc była spóźniona. Otrzymały jednak kilka tygodni nadziei. A w takiej sytuacji, trzeba to powtarzać bez końca, liczy się każdy dzień.
Wieść o zagranicznych operacjach gwałtownie rozeszła się po kraju. Pewnego dnia w sekretariacie Instytutu zjawił się jakiś człowiek. Nie był umówiony, ale nalegał na rozmowę z panią dyrektor. Sekretarka, pani Grażyna zakomunikowała, iż przyjechał ktoś ze Śląska i prosi o przyjęcie. Człowiek ten bez zbytnich wstępów położył na stole kopertę i poprosił:
- Niech pani wyśle mojego syna na operację.
- O tym zadecyduje komisja – odparła – a o ile chce pan przekazać jakąś sumę, to proszę iść do księgowej i przekazać na Instytut.
Chłopiec został zakwalifikowany, pojechał do Deborah, zabieg zniósł dobrze,
chirurdzy odnieśli ponowny sukces. Po jakimś czasie znów zjawił się ojciec, najzamożniejszy śląski kuśnierz i ponownie rzucił na biurko kopertę. Tym razem profesor Hoffmanowa sama wezwała księgową i przekazała znajdującą się w kopercie sumę trzech tysięcy dolarów i ileś tam złotych na cele reprezentacyjne Instytutu, bo na takie zbytki, żadnych dotacji odgórne planowanie nie uwzględniało.
Po powrocie ze Stanów końcowe leczenie i rehabilitacja dzieci odbywały się w Instytucie. Obserwacje w Monachium pozwoliły na zmianę obowiązujących w szpitalach zasad. Stała obecność matek obok swych dzieci, nie tylko stanowiła akt dobrej woli personelu, ale była zalecana. I dzieci i rodzice byli bardzo zadowoleni, a proces leczenia zaczął przebiegać znacznie sprawniej.
Pewnego razu profesor Hoffmanowa poszła na obchód i słyszy:
- Zobacz kto przyszedł, pani profesor, która wysłała cię na operację –
objaśniała matka swą pociechę.
- Mnie to nie obchodzi – rzekł malec i zwrócił się do szefowej
Instytutu:
- Tylko ty nam kup takie gry do Anina jakie są w szpitalu w Ameryce.
Nasze dzieci po operacji w Stanach, kiedy tylko poczuły się lepiej, a poprawa najczęściej następowała błyskawicznie, z powodzeniem uczyły się gier komputerowych, o których u nas jeszcze nikt nie słyszał.
Inne trzy, czteroletnie dziecko na rękach ojca, pogłaskane przez panią profesor oświadczyło z nieukrywanym poczuciem wyższości:
- Odejdź, bo ja przyjechałem z Ameryki.
Po zakończeniu programu Filipińczyk doktor Niguidula przeniósł się do Nowego Jorku. Z pewnością nigdy nie zapomni polskiego doświadczenia.
Szefowa OIOMu doktor Janina Stępińska zorganizowała w Warszawie spotkanie sponsorów i wykonawców programu z Deborah, matek i operowanych dzieci. Oficjalna uroczystość odbyła się w Instytucie. Przemówienie wygłosił wiceminister zdrowia profesor Mlekodaj, znany chirurg, znany również z niekontrolowanego trwania czasu swoich przemówień. I kiedy tak długo mówił i dziękował, wstał jakiś chłopczyk, przemaszerował do stołu prezydialnego i poprosił krótko:
– Już dość.
Profesor przyjął to do wiadomości i zręcznie zakończył uroczyste przemówienie.
Amerykańska delegacja liczyła dwanaście osób. Chcieli zobaczyć kraj swoich, małych pacjentów. Włożyli wiele trudu w zebranie funduszów i całą logistykę przedsięwzięcia.
W drodze powrotnej marzyła im się audiencja u papieża. Wypadało zacząć od kardynała Józefa Glempa. Z Instytutu wysłano odpowiednie pisma. Nadeszła odpowiedź z kurii biskupiej, podpisana przez sekretarza kardynała, a w nim ocena heroicznych wysiłków: wysyłanie dzieci na leczenie do Stanów to luksus, w sytuacji kiedy nie ma proszku do prania. Kardynał odmówił.
Profesor Maria Hoffman, pierwszy i ostatni raz w Instytucie Kardiologii, rozpłakała się. To prawda: były kartki na cukier, mąkę, tłuszcze i coś co nazywano mięsem, na papierosy, benzynę. Upokorzenie reglamentacją – kołem pozornego ratowania socjalizmu, podobnie jak w okresie wojny, czy paru etapach powojennych, mocno dokuczało. Ale w końcu nie samym chlebem człowiek żyje. Dantejskie sceny w kolejkach minęły, półki sklepów uginają się pod ciężarami bogatej oferty towarów. Ponieważ jednak demokracja jest dla mądrych, pojawiły się nowe, poważne problemy. A mali pacjenci którzy urodzili się w schyłkowym okresie totalitarnego systemu i nie mieli szans na życie, dzięki karkołomnym staraniom żyją.
Po tygodniu przyszło sprostowanie, kardynał ostatecznie zgodził się na spotkanie z delegacją amerykańską.
Spóźnił się dwadzieścia minut. Profesor Hoffmanowa przedstawiła problem. Kardynał na wstępie wyznał, iż nie ma czasu, położył na stole różańce, medaliki i dodał:
– Weźcie sobie co chcecie. – A jakaś osoba towarzysząca mimochodem dodała:
– Bo wy tu w Aninie leczycie ludzi z rządu.
Profesor Maria Hoffman nerwowo nie wytrzymała i z pozornym spokojem odparła:
– Że z najświętszych rzeczy można zrobić magiel, to rozumiem, ale że
wy słuchacie plotek? Nic prostszego jak sprawdzić.
Niezrażeni Amerykanie półgłosem uzgadniali wartość sumy do przekazania ostoi opozycji – polskiemu kościołowi.
Ten epizod świadczy o trudnościach w zrozumieniu ewangelicznych zasad. A przecież instrukcja jest.
Wiadomość od papieża nadeszła szybko. W Jego imieniu zapraszał na spotkanie ksiądz Stanisław Dziwisz. Tam znali kodeks obowiązujący mężów stanu. Delegaci zostali przyjęci serdecznie, nagrodzeni mądrym słowem i pełnymi aprobaty uściskami dłoni.
Pod koniec października 1984 roku Maria Hoffman udała się na pogrzeb zaprzyjaźnionej osoby do kościoła Świętego Stanisława Kostki. Kwiatów nie doniosła, ponieważ uległy zniszczeniu, podczas przepychania się przez sparaliżowany wiadomością o śmierci księdza Jerzego Popiełuszki, tłum ludzi.
Kiedy wyszła z kościoła zauważyła, iż jakaś kobieta zrobiła jej zdjęcie. Potem UB z tryumfem pokazywało jej ten dowód przestępstwa.
Pogrzeb księdza Jerzego był wielką manifestacją. Pożegnalne słowa wygłoszone przez Jana Szczepkowskiego, będące sienkiewiczowską parafrazą, poruszyły martwą ciszę nad wielotysięcznym tłumem. Nikt nie wstydził się łez.
Wśród morza kwiatów był wieniec od Instytutu. UB wyłuskało ten dowód przestępstwa – i ze zdjęciem wieńca, przyszło do dyrektor Hoffmanowej. Wezwała Jana Tylkę:
- Jasiu – pouczyła spokojnie – należało dodać „od przyjaciół z Instytutu”.
Matematyczna precyzja zawsze była jej mocną stroną.
Drugi program chirurgicznego leczenia wrodzonych wad serca powstał dzięki nawiązaniu kontaktu z kardiologami i kardiochirurgami szpitala imienia królowej Wilhelminy w Utrechcie. Ze strony polskiej poprowadził go doktor Witold Rużyłło. Kardiochirurgii w Holandii szefował profesor Hitchcock. Ściągnięto go z Republiki Południowej Afryki, gdzie pełnił funkcję zastępcy profesora Barnarda.
Pod jego kierunkiem chirurgii serca uczyli się doktorzy Jacek Różański z Instytutu warszawskiego i Marian Zembala z Zabrza.
Niebywałym zmysłem wykazywał się doktor Różański. Błyskawicznie nauczył się naprawiać choćby najbardziej pokręcone serca. Zapytany jak przeprowadza konkretny zabieg, skromnie, bez wnikania w zawiłe opisy odpowiadał:
- Tu ciachnąłem tam chlasnąłem…
Usuwał skomplikowany błąd natury z taką łatwością jak rajdowiec wyprowadza samochód z ryzykownego zakrętu. Jego umysł pracował na krótkich szlakach, omijał długie połączenia. Czasem się wyrażał, ale to też w ramach najdobitniejszego wyrażenia wagi problemu i towarzyszących emocji, na przykład, kiedy zbyt długo czekał nad otwartą klatką piersiową pacjenta, na badanie echo i potrzebną do zakończenia zabiegu ocenę.
Tajniki echokardiografii w klinice profesora Josa Roelandta zgłębiali doktorzy Piotr Hoffman, Anna Pączek i Włodzimierz Szaroszyk. Cennymi pomocami były eksponaty anatomopatologiczne skomplikowanych wad serca. Ułatwiały zrozumienie jakim korytarzem w danych warunkach płynie krew, jakie powoduje skutki kliniczne. Ultradźwiękowe odwzorowanie obrazu serca w licznych płaszczyznach jest doskonałym odbiciem rzeczywistości, ale w sytuacji kiedy aorta zamiast od lewej komory odchodzi od prawej, a tętnica płuca zamiast od prawej odchodzi od lewej komory, do tego jest zwężona i jednocześnie lewy przedsionek znajduje się w miejscu prawego, prawy w pozycji lewego, echograficzne rozpoznanie nie należy do łatwych. Wyobraźnia wsparta obejrzeniem takiego źle skręconego w życiu płodowym serca, pracuje z odpowiednim rezultatem. Ta trójka lekarzy została awangardą szkoły profesor Wandy Rydlewskiej – Sadowskiej w Zakładzie Diagnostyki Nieinwazyjnej.
Instytut otrzymał prawa do prowadzenia przewodów doktorskich, a niedługo i habilitacji. Doktor Rużyłło w Pracowni Hemodynamicznej, oprócz diagnostyki inwazyjnej, gwałtownie rozszerzał zakres zabiegów leczniczych. Profesor Rydlewska – Sadowska uczyła bezbłędnego wyboru metody leczenia pacjenta: farmakologicznego, interwencyjnego czy operacyjnego. Pacjent po wszystkich przejściach trafiał do Kliniki Rehabilitacji, gdzie był przygotowywany do normalnego życia.
W Utrechcie szkolili się również anestezjolodzy i pielęgniarki.
Profesor Hoffmanowa odwiedziła Holandię kilka razy. Podobała się. Mogła by tam mieszkać i w Bremie pełnej polskich wojennych pamiątek, i w Rotterdamie z powodu aukcji kwiatów. Nie mogła tylko zrozumieć, a zawsze wszystko starała się zrozumieć, jak można po zakończeniu aukcji te kwiaty wyrzucać.
Kiedy w prezencie otrzymała cały worek cebul tulipanowych, dwadzieścia posadziła na swojej ukochanej działce, resztę oddała ogrodnikowi Instytutu. Długo upiększały otoczenie.
Zakończenie programu z Utrechtem w 1984 roku odbyło się w Polsce. Holendrzy chcieli koniecznie zobaczyć Częstochowę. Czytali o twierdzy wewnętrznej wolności, chociaż to pojęcie jest dla nich dość egzotyczne.
Marii Hoffman, podobnie jak holenderskiej pani anestezjolog nie wpuszczono do refektarza. Poglądy zakonu na kobiety podobne jak u Miki Waltariego, w Egipcjaninie Sinuhe, w epoce faraona Amenhotepa.
Delegacja postanowiła udać się do Auschwitz. Uznano to za obowiązek Europejczyków, w dodatku lekarzy, którzy nie raz, jak nikt, boleśnie doświadczają jak to jest być „panem życia i śmierci”. Auschwitz to nie sterylna czeluść Yad va Szen, w której porusza się po omacku. Nikłe światełka halogenów w suficie, jak odległe galaktyki, pozostawiając, wypełniającą przestrzeń czerń, nietkniętą. Ciszę mąci dochodzący z wysokości głos. Nie woła do apelu. Wylicza. Sześć milionów Imion, Nazwisk, głos Boga, zasmuconego, zawstydzonego, iż coś z tym obrazem na podobieństwo nie tak…
Auschwitz to baraki, kiedyś przepełnione ludzkimi szkieletami, karcer z sączącymi się kroplami wody po stęchłym murze, prysznice z zaworami dla cyklonu B, uchylone drzwiczki pieca krematoryjnego, magazyny z kontenerami wypełnionymi tonami włosów. Odór ekskrementów w bydlęcych wagonach wyparował, pot ze stosów okularów wysechł, na dziecięce i większe buty pełznie pleśń, lalki, zabawki pokrywa kurz dziesięcioleci, skórzane abażury z wytatuowanymi numerami – martwe przedmioty z żywych tkanek, wbijają się w mózg jak igły do biopsji tę bolesną myśl, czy aby nie jesteśmy personifikacją postaci obsesyjnie tworzonych przez Magdalenę Abakanowicz, postaci ludzkich pozbawionych głów. Nie wiemy czy mocami niebieskimi coś wstrząsnęło, ale o ile trzymać się aforyzmu, iż są one sprawiedliwe ale nierychliwe, to może jednak.
Pomysł z wycieczką w Tatry był oczyszczający. Góry są piękne w każdej porze roku, niezależnie od tego jak bardzo są monumentalne, jak zagospodarowane. Przypominają gdzie miejsce człowieka pośród żywiołu przyrody.
Pan Zalewski, zaprzyjaźniony z Marią Hoffman, miejscowy lekarz, zarezerwował na Antałówce karczmę. Kiedy atmosfera zrobiła się gorąca, profesorowie Hitchcock i Dziatkowiak przebrali się w stroje góralskie. Maria Hoffman ochoczo tańczyła z jakimś góralem i nieopatrznie zwróciła się do niego per „wy”. Na to góral zaprotestował i zaproponował:
- Abo bedziecie mówić Josiek, abo pón!
Kiedy zabawa dobiegła końca, nikt z uczestników nie był w stanie zejść po schodach na własnych nogach, wszyscy kolejno wybuchając śmiechem, zjeżdżali na własnych siedzeniach.
Potem został już tylko Kraków i delegacja pełna wrażeń wróciła do Warszawy.
Kary i nagrody
Przez czterdzieści lat pracy nigdy nie żałowała, iż jest lekarzem. Przyczyniła się do zwolnienia jednego lekarza, sama zwolniła dwóch i jednego inżyniera. Pierwszy wypadek miał miejsce u profesora Żery. Drugi w Klinice Kardiochirurgii na Spartańskiej. Prowadziły z Wandą Rydlewską – Sadowską pracę, do której potrzebne były wartości hemoglobiny i hematokrytu badanych pacjentów. Dane te miał wynotować jeden z młodszych kolegów. Jednak parametry zupełnie nie pasowały do hipotezy. Po sprawdzeniu danych okazało się, iż kolega wypisywał cyfry z sufitu. Został zwolniony natychmiast.
Trzeci przypadek miał miejsce w Instytucie na Alpejskiej. W czasie obchodu profesor Hoffmanowa pyta prowadzącego lekarza z drugim stopniem specjalizacji z interny, jakie chory ma ciśnienie. Ten bez zmrużenia oka podaje jakąś wartość, a na to pacjent:
- Przecież pan doktor dziś nie mierzył mi ciśnienia.
Pani profesor poprosiła o aparat i bez słowa zmierzyła ciśnienie. Kiedy po obchodzie szła do swojego gabinetu, specjalista drugiego stopnia już biegł z podaniem o zwolnienie. Refleks miał.
W piwnicach Instytutu pojawiły się szczury. Wezwała speców z San Epidu, którzy polecili założyć kratki na kanały kanalizacyjne. Kiedy po dwóch tygodniach przyszli na kontrolę, przez cały czas nie było ani jednej kratki. Zwolniła inżyniera W. Ten jednak przez wiele lat pamiętał o jej imieninach.
Szczególną sympatią darzyła ogrodnika. Przyszedł do Instytutu z Miejskich Terenów Zielonych. Pan Kozera z Działu Transportu próbował go zniechęcić:
- Dyrektor to zobaczy każdy chwast
- To głupstwo – odparł niezrażony kandydat do pracy – ale przynajmniej tu
poznają się na mojej pracy.
Pensja którą można było mu zaproponować była niższa od poprzedniej.
Na efekty zagospodarowania otoczenia nie czekano długo. Przy głównej bramie wjazdowej pojawiły się rozłożyste iglaki pośród trawy, która rośnie mimo zakwaszonej, lesistej gleby. Korzenie starych sosen, starannie omijane w czasie wprowadzania nowych założeń, lekko ocieniają teren, wzdłuż budynku panoszą się obficie kwitnące wiosną, okorowane rododendrony i rabaty tulipanów, latem na pierwszym planie są róże, w patiach byliny i ogromne krzewy magnolii, a kiedy obsypują się kwiatami… to już lepiej nic nie mówić. Tropikalna zieleń w głównym hallu Instytutu, fikusy i palmy rozstawione wzdłuż szerokich korytarzy stwarzają mylne wrażenie, iż to jakaś reprezentacyjna instytucja, wcale nie szpital.
Kiedy nadchodził okres rozdzielania premii, ogrodnik był na pierwszym miejscu. Otrzymywali je również wszyscy pozostali pracownicy.
Od początku miała awersję do młodych kobiet. Stwarzały problemy: a to ciąża, a to urlop macierzyński, potem zwolnienia bo chore dziecko, ale te ambitne, aktywne, zbyt samodzielne, zwłaszcza z niewielkim doświadczeniem, też nie miały łatwo. Przekonały się o tym asystentki w jej klinice: Kasia Włodarska i Justyna Piotrowska. Zauważyły niepokojącą częstotliwość pooperacyjnych zakażeń sztucznych zastawek. Choroba nazywana infekcyjnym zapaleniem wsierdzia, może dotyczyć nie tylko zastawek sztucznych ale i własnych, zmienionych przez różne procesy lub wrodzone defekty. Inwazja bakteryjna ma swoje źródło w odległych nieraz ogniskach: w tkankach około zębowych, w układzie oddechowym, moczowym czy rozrodczym. Należy do dramatycznych powikłań, obciążonych wysoką śmiertelnością. Lekarki zebrały materiał, dokonały statystycznej analizy, z której wynikało, iż ilość zakażeń implantowanych zastawek jest niepokojąco wysoka. Profesor Hoffmanowa przeczytała bulwersujące wyniki, oddała pracę po kilku dniach. Na publikację zgody nie wyraziła. Czym się kierowała? Dziś Kasia rozumie. Początki zawsze są trudne. Koszt nauki wysoki. Operacje serca i tak były owiane sceptycyzmem. Ta ambitna praca mogła go jednak znacząco pogłębić. Potrzebna była wstrzemięźliwa ocena, rozważna, ta mogła zahamować postęp na długie lata. A co o ile materiał był zbyt skąpy do wystawienia wniosków?
Profesor Śliwiński miał wizję, niczego nie zaniedbał. Wysyłał swoich asystentów na zagraniczne staże tak często, jak tylko mógł. Zespół był pojętny. Niektóre typy zastawek zostały wycofane, zaczęły się pojawiać pomocne wytyczne, kiedy, u kogo, jak i co wszczepiać.
Profesor Hoffmanowa rozumiała, choć bez entuzjazmu, prawa do życia osobistego lekarek, kiedy posłannictwo schodzi na dalszy plan w czasie ciąży, urlopu macierzyńskiego czy zwolnienia na chore dziecko.
Nie ukrywała też braku szczególnej sympatii do odważnych asystentek, dając do zrozumienia, iż byłoby lepiej, gdyby poszukały sobie innego miejsca pracy, najlepiej poza Instytutem. Jednak Kasi nie odmówiła przyjęcia do Kliniki Szybkiej Diagnostyki docent Sadowska (rok 1984), a w Klinice Kardiologii Ogólnej doktora Rużyłły znalazła miejsce Justyna. Po opublikowaniu prac o zespole po perikardotomii, czyli o reakcji serca na chirurgiczny nóż i przypadku młodego człowieka ze zwężeniem zastawki mitralnej, Kasia poczuła się pełnoprawną lekarką Instytutu, chociaż nie wszędzie czuła się komfortowo. Pracownię Hemodynamiczną i Klinikę Kardiologii Ogólnej omijała z daleka. Unikała widoku Witolda Rużyłły od pamiętnego spotkania przed rozmową kwalifikacyjną z panią doktor Rawczyńską -Englert na Spartańskiej. Szybkie bicie serca odbierało jej pewność siebie. Wydawało jej się, może stać się coś strasznego, czego nie wytrzyma. Technika okrężnej drogi z Kliniki Szybkiej Diagnostyki przez piętro na chirurgię lub do Zakładu Diagnostyki Nieinwazyjnej pozwalała jej jakoś egzystować.
Kiedy na rozmowę kwalifikacyjną przyszła z dobrym świadectwem Akademii Medycznej Janina Stępińska, padło podstępne pytanie jakie ma plany osobiste. Lekarka natychmiast zrozumiała intencję i oświadczyła, iż owszem planuje dziecko ale za trzy lata. Nie minęły miesiące, kiedy pojawiła się z podaniem o zwolnienie. Nie dotrzymała słowa. Spodziewała się dziecka.
Profesor Hoffmanowa pomyślała sobie: „jakie ze mnie wstrętne babsko”.
Nie tylko podanie nie zostało przyjęte ale również pierwotne, korzystne wrażenie nie ucierpiało. Od pierwszej chwili Janina Stępińska podobała się i pozostała jej pupilką. Ciąża nie przeszkadzała w pełnej napięć pracy, a choćby nie wadziła urodzie, przeciwnie dodała uroku.
Profesor Hoffmanowa przyjeżdżała zwykle do Instytutu przed ósmą. Pewnego dnia, kiedy tylko przekroczyła próg gabinetu, sekretarka pani Grażyna powiadomiła, iż w OIOMie trwa reanimacja pracownika działu Technicznego, inżyniera P. Nad ranem poczuł on ból w klatce piersiowej. To go skłoniło do szukania pomocy u doktora Prackiego, kardiochirurga Instytutu, który mieszkał w tym samym budynku. Doktor natychmiast przewiózł go do Instytutu. Zatrzymanie akcji serca nastąpiło tuż przed bramą. Portierzy natychmiast powiadomili OIOM, doktor Szajewski wybiegł na teren z wózkiem i tam rozpoczął akcję reanimacyjną. Trwała już czterdzieści pięć minut, kiedy profesor Hoffmanowa zeszła do OIOMu. Pomyślała: poczekam jeszcze kwadrans. I w pięćdziesiątej ósmej minucie nieustannego masażu serca, sztucznego oddechu, po niezliczonych defibrylacjach serce ruszyło. Zrobiono koronarografię. Naczynia wieńcowe były prawidłowe. Zawał spowodował kurcz prawej tętnicy. Pacjent był bardzo długo nieprzytomny. adekwatnie nikt już nie miał nadziei. A jednak. Pierwszą rozpoznał Marię Hoffman. Kiedy już na emeryturze załatwiała jakieś sprawy u pani Marty Mierzejewskiej w Dziale Transportu, przyszedł pan inżynier. Kiedy ją zobaczył rozpłakał się.
Autorka tekstu: Ewa Łastowiecka











![Co za energia! Tak się bawi WTZ „Motylki” na Balu euforii [ZDJĘCIA, WIDEO]](https://www.eostroleka.pl/luba/dane/pliki/zdjecia/2026/dsc03095.jpg)