Wady serca i zalety na Olimpie cz. 2

przegladdziennikarski.pl 12 godzin temu

Pierwsza miłość

Miała 21 lat i ustalony pogląd na ideał mężczyzny. Niezbędnym rekwizytem był mundur i partyzancka przeszłość. Takich amantów w powojennej Polsce nie brakowało, ale kiedy pojawił się zabójczo przystojny, wysoki brunet o urzekającym głosie, artysta malarz Mieczysław Hoffman, nikt inny nie miał szans. Zakochała się bez pamięci.

Był dziesięć lat starszy. W Szopenówce się nie podobał, zwłaszcza matce. ale intuicja, doświadczenie, rady najbliższych osób przegrały w tym starciu. Maria była zdeterminowana. Musiało nastąpić to, co nie mogło być inaczej. No, ale skoro podobno choćby wszechświat nie funkcjonuje według zasad zdrowego rozsądku, to cóż dopiero człowiek.

Przed końcem sesji egzaminacyjnej wyszła za mąż.

Ślub odbył się w Księżówce koło Kuźnic w kwietniu 1947 roku. Ubranie ślubne pana młodego pozostawiało wiele do życzenia. W ocenie obecnych na uroczystości góralek, złą wróżbę dla związku wieszczyły dziury w podeszwach.

Maria kontynuowała studia i z zapałem prowadziła dom. Idąc do sklepu zastanawiała się czy kupić dwa kotlety na jeden dzień czy raczej mielone na dwa dni. Uczyła się jak zarządzać czasem i bardzo skromnymi funduszami. Przybiegała z uczelni, jedną ręka mieszała w garnku zupę, w drugiej trzymała książkę i jednocześnie froterowała suknami podłogę. Odkrywała w sobie zasoby energii, o których nie miała pojęcia. Przepełniała ją euforia życia mimo, iż czasami pojawiały się przykrości.

Nie obawiała się sesji letniej. Jeden z najważniejszych przedmiotów – chemię miała w małym palcu. Profesor Płażek, który cierpiał na gościec miał zły dzień. Spojrzał na połyskującą obrączkę na palcu Marii i zapytał z niedowierzaniem: mężatka? Kiedy usłyszał odpowiedź twierdzącą, rzucił zdawkowo: gdzie indeks? Indeks niestety był potrzebny do jakichś innych formalności. Profesor zadał jeszcze pytanie po forma: w którym miejscu jest jakiś tam pierwiastek w tablicy Mendelejewa. Nie wiedziała. Nie zdała. Cała grupa ze strachu uciekła spod drzwi egzaminatora.

Wróciła do Zakopanego i oświadczyła matce: „dość już medycyny, zostanę krawcową”. Matka zaprawiona licznymi życiowymi trudnościami, rozegrała sprawę z wielkim wyczuciem. Przeczekała pierwsze emocje. Tłumaczyła, iż jednak poprawkowy egzamin nie jest aż tak straszną rzeczą i takiemu niepowodzeniu nie można się poddawać.

Jak kochać

W wakacje po czwartym roku zastała gorączkującego ciotecznego brata. Ten stan niepokoił rodzinę od dłuższego czasu. Chłopca leczyła doktor Kraszewska. Maria udała się do pani doktor i poprosiła o skierowanie na zdjęcie rentgenowskie. Lekarka uznała, iż nie jest to konieczne, ale wskutek nalegań odparła: „skoro pani ma być moją koleżanką” i wydała stosowny dokument. Dziecko miało gruźlicę w zaawansowanym stadium.

Od tego czasu dziadek Tomasz, któremu dokuczała astma oskrzelowa, nie przyjął żadnego leku bez konsultacji z Marysią. Kiedyś po kolejnym powrocie do Wrocławia zatelefonowała matka i prosiła o ponowny, pilny przyjazd.

  • Ale dlaczego, co się stało, przecież co dopiero wróciłam
  • Dziadunio prosił – usłyszała.

Prosił – siła wyższa. Dla dziadka uczyniłaby wszystko. Zastała go w łóżku, bez szczególnej duszności, bez kaszlu, uśmiechniętego, wspartego na wysokich poduszkach, w otoczeniu pozostałych czterech wnuków. I dziadek, który kroczył dziarsko drogą swego życia, rozpoczął snuć refleksje jak to szczęśliwie przeżył 88 lat, miał wspaniałą rodzinę i doczekał wspaniałych wnuków. Żałuje tylko, iż nie doczeka wiosny i nie zobaczy kwitnących krokusów na halach. Spod poduszki wyjął pięć węzełków i rozdał je obecnym. W każdym było po pięć złotych pięciorublówek zwanych świnkami. Zmarł tej samej nocy.

Pogrzeb odbył się z pełnym zachowaniem tradycji góralskiej. Trumna spoczęła na wozie siana, udekorowanym płonącymi świeczkami, za wozem ustawił się żałobny kondukt. Ostryś, ukochany pies dziadka, swego pana nie odstępował. Zamknięto go i przywiązano do łańcucha. Zerwał łańcuch i szedł z tłumem górali za trumną.

Potem przestał żreć, słabł coraz bardziej, aż siły go opuściły i dołączył do swego pana.

Pierwszy trening

W 1951 roku Maria uzyskała absolutorium i rozpoczęła pierwszy zawodowy trening w ambulatorium Fabryki Wielkich Maszyn Elektrycznych, znanej później pod nazwą Dolmel. Pracowało tam dwa tysiące osób, wśród nich emigranci z Grecji, głęboko przekonani, iż komunizm nie jest utopią. Wśród nich inwalidzi. Często skarżyli się na bóle kikutów amputowanych kończyn. Zgłaszali się do ambulatorium po ratunek, niektórzy po zwolnienie lekarskie, co nie nastręczało trudności, zwłaszcza, iż zależało od lekarza mało doświadczonego. Każdy powód był dobry, zwłaszcza trudny do udowodnienia: ból głowy czy rozstrój żołądka. Inżynier Wojda doskonale zdawał sobie sprawę z tego naciągania i nie udawał, iż lubi panią doktor. Pewnego dnia do ambulatorium dotarła informacja, iż koło maszyny leży Grek z atakiem padaczki. Pobiegła natychmiast. Rzeczywiście pacjent miał drgawki, ale był przytomny, a do tego niesamowicie krzyczał. Nie pasowało to w żaden sposób do epilepsji. Pomyślała, iż skoro to Grek, który dotąd żył w śródziemnomorskim klimacie, to może ma niedobór witaminy D i wapnia w organizmie, a konwulsje są wynikiem tężyczki. Rozpoczęła leczenie obrzydliwym w smaku i zapachu czystym tranem. Pacjent z dnia na dzień czuł się lepiej i jego dramatyczne dolegliwości całkowicie ustąpiły.

Innym razem zdarzył się poważny w skutkach wypadek. Wybierano z głębokiego dołu szlakę. Szlaka się obsunęła i przygniotło dwóch ludzi. Nie zawahała się choćby przez moment. Zeszła w dół niemal na głębokość dwóch pięter po rękach robotników, tam kazała odwalić głaz. Jeden z robotników zabity, drugi jeszcze żył. Wyciągnęli go kiedy usłyszała przeraźliwy krzyk inżyniera Wojdy: wychodzić! wychodzić! – uciekała na górę znów po rękach podopiecznych.

Sprawą zajął się prokurator. Na pytanie jak śmiała kazać odsunąć głaz, odpowiedziała ze stoickim spokojem, iż musiała dotrzeć do rannego. Od tego incydentu spotykała się na każdym kroku z uznaniem. Zakład zapewnił jej transport do pracy, jak nie samochodem osobowym to ciężarówką. Lubiła swoich pacjentów, doceniała ich znojny trud. Nigdy potem żadna propaganda o „ludu pracującym” nie wywarła na nią takiego wpływu jak własne doświadczenia w tym środowisku.

Kiedyś otrzymała od jednego z robotników małą wiewióreczkę. Człowiek ten miał kilka różnych zwierzątek w domu i wszystkie porozdawał osobom, do których miał szczególne zaufanie. Potem odebrał sobie życie. Jaki dramat rozegrał się w jego duszy nie dowiedziała się nigdy. Wiewiórka w rękach Marii miała się dobrze. Z okna sublokatorskiego pokoju, w willi z ogrodem została przerzucona deska do rosnącego opodal świerku. Zwierzątko korzystało z dokarmiania i pełnej wolności. Pewnego razu nie wróciło. Po roku na desce zjawiła się wiewiórka z dwoma małymi, ale te były już zupełnie dzikie.

Pewien frezer był przypadkowo świadkiem odebrania pensji, którą przyniosła jej pielęgniarka. Zapytał zaciekawiony: to pani tygodniówka? Zaprzeczyła.

– Rzuć pani tę robotę, po trzech miesiącach zarobi pani pięć razy tyle gdzie indziej – pouczył. Ceniła zdrowy rozsądek tych ludzi. I mimo iż uposażenia w sektorze nie zmienią się przez kilkadziesiąt lat, kolejne pokolenia z uporem maniaka, będą zasilać towarzystwo tego elitarnego zawodu.

Maria pracowała i z całym oddaniem spełniała swoje obowiązki domowe. Należała wszak do kobiet, które w dzieciństwie nie bawiły się śrubokrętami, a to w jakiś sposób przekłada się w dorosłym życiu. Mąż, mimo, iż starszy, iż adiunkt Akademii Sztuk Pięknych, nie dbał o przyziemne sprawy, czy następnego dnia będzie w domu chleb. Żył beztrosko dniem dzisiejszym, Każde w końcu nie łatwo zarobione pieniądze wydawał na namiętności, które nim władały: wino, kobiety. Śpiew gratis. Traktował życie jak hazard. W najmniejszym stopniu nie próbował sterować swoimi emocjami, to one sterowały nim. Zrozumiała, iż należą do odrębnych światów. Z rosnącą dezaprobatą widziała w coraz jaskrawszym świetle, destrukcję związku. Sposób, którym próbował nadrabiać stracony czas wojny doprowadzał ją do szału.

Jeden raz po swojej wystawie wręczył jej jakąś sumę. Kupiła sobie długi, jasno różowy szlafroczek i pantofelki z puszkiem. Mama, ta jedyna osoba na świecie, która cieszyła się jej sukcesami i martwiła niepowodzeniami, kiedy to usłyszała rzekła:

-Marysieńko, przecież ty nie masz płaszcza na zimę, a kupujesz takie rzeczy?

Małżeństwa nic nie mogło uratować. Rozpadłoby się już po ośmiu latach, gdyby nie choroba – prosówka, gruźlica o piorunującym przebiegu. Nie mogła go zostawić w takim stanie. Leków przeciwprątkowych wtedy jeszcze nie było, jedynym postępowaniem było łóżko, odpoczynek, odżywianie i szwajcarskie wapno w granulkach. Umiała posegregować swoje uczucia, umiała nimi pokierować. Nie była odpowiedzialna za to co się z nią działo w chwili, kiedy zobaczyła go po raz pierwszy, ale była gotowa ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje. Przez ostatnie trzy lata była jedyną, wierną opiekunką, pielęgniarką i lekarką. Swą misję wypełniła do końca. Sama nigdy nie zachorowała.

Egzamin dyplomowy z interny zdawała u profesora Edwarda Szczeklika. Abiturienci siadali w jednym rzędzie i pocili się kolejno. jeżeli jednak wypowiedź pierwszego z nich nie była zadowalająca, odpowiadał następny. Maria przyjaźniła się z Joasią, która pod koniec studiów była w ciąży. Znosiła ją fatalnie, nękały wymioty i męczyła dyzuria, nie nadążała do najbliższej toalety. Maria, w ciągu tych kilku trudnych dla przyjaciółki miesięcy, mogłaby napisać bedeker o publicznych wrocławskich toaletach i… bramach.

Przed egzaminami pisała, a potem pożyczała kompendia przyjaciółce. Z Interny Maria dostała czwórkę, Joasia piątkę

– No, jak to ma być sprawiedliwość, to ja dziękuję – podsumowała wyniki Joanna.

Na naukę do egzaminu dyplomowego z okulistyki Maria poświęciła jeden dzień. Ten przedmiot jakoś zupełnie ją nie interesował. Ale dostała piątkę, bo pytano ją z tego, co przez ten jeden dzień przeczytała. Szczególny stosunek miała do dermatologii, brzydziły ją zmiany skórne. Kiedyś na studiach dostała wysypki, a każdą wysypkę różnicuje się z syfilisem. Pobiegła przerażona do kliniki, gdzie rozpoznano „niewinnego” półpaśca.

Przed dyplomem wzięła udział w seminarium prowadzonym przez docenta Wiktora. Było to jej pierwsze zetknięcie z kardiologią.

Rozum i wiara

30 czerwca 1952 roku otrzymała dyplom, od 1 lipca rozpoczęła pracę we wrocławskim Szpitalu imienia Czerniakowskiego na internie i od razu tego samego dnia miała dyżur. Oddział liczył sześćdziesiąt łóżek. Przyjęła mieszkańców pensjonatu zatrutych trychinozą, pasożytniczą chorobą odzwierzęcą. Rozpoczęła od płukania żołądków.

Codzienny dyżur pełnili również na swoim oddziale chirurdzy. gwałtownie się z nimi zaprzyjaźniła. W wolnych chwilach pomagała w charakterze anestezjologa podając narkozę eterową. Usypianie nie było skomplikowaną czynnością. Polegało na zwilżaniu maski, złożonej z kilku warstw gazy, skroplonymi eterem. Pacjentom towarzyszyły w takiej chwili koszmarne odczucia spadania w przepaść. Pomiary tętna, ciśnienia, oddechu wykonywano manualnie. Dziś oddech pacjenta kontroluje urządzenie automatyczne zwane respiratorem. Anestezjolog dostosowuje do potrzeb i sytuacji ilość i ciśnienie tłoczonego powietrza z odpowiednim stężeniem tlenu. Pajęczyna przewodów, drenów i cewników otaczająca ciało chorego, pozwala wyświetlić na monitorach wszystkie parametry życiowych funkcji. Każde, najmniejsze odchylenie od wartości pożądanej jest natychmiast korygowane regulacją dawki wlewu, bądź podaniu dodatkowego specyfiku.

W rewanżu chirurdzy chętnie konsultowali przypadki wymagające ich oceny. Doktor Piotr Dzięgielewski ze szczególną atencją uczył początkującą internistkę jak rozpoznawać sytuacje groźne, na przykład ostry brzuch. Radził też, żeby nie czekała na wejście kolejnych pacjentów, ale od czasu do czasu wyszła do poczekalni i popatrzyła na chorych. Przyswoiła sobie te cenne rady i w ten sposób wyłowiła uderzająco bladą, młodą kobietę. Zbadała i nie mogła wykluczyć wewnętrznego krwotoku, obraz sugerował ciążę pozamaciczną. Natychmiast przesłała pacjentkę na ginekologię. Za dwie godziny (!!) telefon z ginekologii z awanturą: to nie jest ciąża pozamaciczna. Dlaczego? Ciąża u dziewicy? Zrozpaczona doktor Maria udała się po pomoc do chirurgów, którzy nie zlekceważyli anemii i bólów. Otworzyli brzuch. To była ciąża pozamaciczna. Przyjechał narzeczony pacjentki dowiedzieć się, jaki stan. „Ja, ja pójdę” – zawołał jeden z chirurgów i gwałtownie uzasadnił:, „bo muszę się dowiedzieć jak on to zrobił”.

Ocieranie się o śmierć jest chlebem powszednim lekarza, ale o ile powodem jest jego błąd, sytuacja jest szczególnie dramatyczna. Doktor Maria Hoffman nigdy nie zapomniała przypadku dwóch pacjentek po amputacji piersi z powodu nowotworu. Lekarz prowadzący chore, wyjmując karty gorączkowe z metalowych ramek, wiszących na poręczach łóżek, wpisał czerwonym długopisem wyniki grup krwi, ale karty nie trafiły do adekwatnych ramek. Po południu przywieziono krew i lekarz dyżurny zaczął przetaczanie. Potem dramatyczna, wymienna transfuzja. Strzykawkami wyciągano grudki krwi… Trudno uwierzyć ale chora przeżyła.

Pewnego dnia na Oddział przewieziono ze Szpitala Zakaźnego 19 letniego Józia. Stan skrajnie ciężki. Skaza krwotoczna i śpiączka w przebiegu piorunującego zapalenia wątroby. Stan agonalny, beznadziejny. Chłopca położono w komórce z okienkiem, koło pokoju pielęgniarek. Jego życie było kwestią godzin, najwyżej kilku dni. Ordynator polecił go opiece doktor Marii. Chłopiec miał zalane płynem jamy opłucnowe i brzuch.

Stanęła przy jego odrapanym łóżku. Józio był wychudzony, wysoko gorączkował. Na zażółconej, suchej skórze widniały liczne wybroczyny. Oczy miał wpółprzymknięte, charakterystyczny oddech. Życie uczepione cienkiej nitki. Ocena autorytetów jednoznaczna. Nikt nie miał złudzeń, a doktor Maria Hoffman jak każdy lekarz, choćby najbardziej doświadczony, nie była przygotowana do walki ze śmiercią.

Zawsze starała się wszystko zrozumieć, poukładać w konsekwentną całość, opierać działanie na konkretach, choćby dramatycznych. Zignorowała doświadczenie lekarzy ze Szpitala Zakaźnego i starszych kolegów z interny. Nie potrafiła czekać na naturalny epilog choroby, wierzyła w siebie, ufała pragnieniu ocalenia tego życia. Na szczęście to co wiedziała, co było logiczne nie stanowiło przeszkody, zauważyła luki w podręcznikach.

Zaczęła od dożylnych wlewów witamin, zwłaszcza witaminy K i plazmy. Plazma była zarezerwowana tylko dla oparzonych. Uruchomiła krąg ludzi dobrej woli. Znajomy w Stacji Krwiodawstwa wyszperał w zapasach plazmę, która nie nadawała się dla oparzonych. Zaczęła ewakuować płyny, każdego dnia z innej jamy, były koloru mleka i tak gęste, iż wyciąganie zwykłym trokarem stawało się niemożliwe. gwałtownie zaadoptowała przyrząd do trucia robactwa domowego tak zwany flit. Połączyła z trokarem, w ten sposób zabieg przebiegał sprawniej. Miała wolną rękę. Kierowała się głębokim przekonaniem, iż musi pomóc, jest lekarzem i w tej walce nie ustąpi. Podświadomie wierzyła, iż zwycięży. Podejmowała wysiłki, które otoczenie traktowało wzruszeniem ramion.

Nikt się pacjentem nie interesował, choćby ordynator, pułkownik Baraban, rozsądny, powściągliwy lekarz. Nie okazywał swoich uczuć, z tego powodu wydawał się oschły.

Rozmowy z matką chłopca bardzo trudne. Kiedy autorytety wieszczą brak cienia nadziei, prawda nie chce przejść przez gardło.

Ale po trzech tygodniach codziennych, żmudnych i niekonwencjonalnych zabiegów pacjent otworzył oczy. Wbrew przeznaczeniu zaczął wracać do zdrowia. Osaczenie najczarniejszymi myślami, chwilami choćby zwątpienie w sens życia, w siebie, minęło jak ból po usunięciu ciała obcego z oka. Matka chłopca dziękując wyznała, iż życie dziecka wymodliła.

Problem chorego często określamy jako przypadek, bywa banalny, ciekawy, częsty, rzadki, trudny, dramatyczny, nieprzewidywalny. Świat jest zaprojektowany inteligentnie, zgodnie z prawami fizyki. W tym projekcie jest również miejsce na przypadki, które przewiduje rachunek prawdopodobieństwa – najczystsza matematyka. Nie wiemy tylko, czy nękające człowieka wstrząsy emocjonalne mają na ten projekt jakiś wpływ. Chyba czasami tak jest.

W rok później Józef Marzec dostał powołanie do wojska.

Po wielu latach, kiedy była już dyrektorem Instytutu Kardiologii otrzymała list od byłego pacjenta, księgowego Józefa Marca. Informował, iż szukał jej 40 lat i chce podziękować za te 40 lat darowanego życia.

We Wrocławiu zdała pierwszy i drugi stopień specjalizacji z interny. Dwójkę ledwo zdała. Jej ordynator pułkownik Baraban nie był lubiany w Akademii Medycznej, a taka rzecz niestety ma wpływ na los specjalizanta. Pytania egzaminacyjne wykraczały poza internę. Patogenezą stwardnienia rozsianego, choroby atakującej układ nerwowy interesują się raczej neurolodzy, ale doktor Maria Hoffman zręcznie przeszła od analizy do syntezy i omówiła ogólne zasady autoagresji. Drugie pytanie dotyczyło prątków Kocha wywołujących gruźlicę. Przedstawiła zasób wiedzy na ten temat ze studiów i osobistego doświadczenia. Sądziła, iż oblała, ale profesor Kaniak oświadczył:

– Zdała pani, ale nie za wiadomości tylko za inteligencję.

Tobie Piotrze zaufałam, nie zawstydzę się na wieki

Osiągnięcia zawodowe przeplatały się z ważnymi momentami życia osobistego. Uczucie do Piotra Dzięgielewskiego nie było czymś nagłym, ani jakimś szałem, który w jej odczuciu pozastawia gorzkie wspomnienia. Było pragnieniem bliskości, wsparcia, porozumiewania bez słów. Pobrali się w 1954 roku. Nigdy jej nie zawiódł.

Kiedy dostała się na trzymiesięczny kurs doskonalenia lekarzy do profesora Żery w Warszawie, a nawet, kiedy po zakończeniu kursu profesor zaproponował jej etat, nie protestował.

Trudności związane z przeniesieniem się do Warszawy były liczne. Zgoda władz miejskich na stały meldunek i brak mieszkania należały do największych przeszkód. Warto było się trudzić, stać w kolejkach do urzędników, dostarczać coraz to nowe dokumenty. Ale o tym mogła się przekonać po wielu trudnych latach.

Zamieszkali przy ulicy Ligockiej.

Piotr był człowiekiem opiekuńczym, przewidującym. Miał kapitalne poczucie humoru. Łowił paradoksy, rozśmieszał ją ripostami, zabawnymi porównaniami.

Zrezygnował z pracy w szpitalu. Zbytnio się nie przejmował swoim migotaniem przedsionków ale podszedł do sprawy rozsądnie. Nocne dyżury i praca kilka razy w miesiącu po 36 godzin, nie poprawiały stanu zdrowia. Zatrudnił się w ambulatorium TVP.

Jego dominacja w tym harmonijnym związku polegała na dyskretnym wytyczaniu celów, na dopingowaniu do publikacji. W zamian troszczył się o dom, dbał by było w nim coś do jedzenia, tworzył atmosferę domowego ciepła – odskoczni od zawodowych napięć.

Wymarzoną inwestycją stała się działka, która też od samego początku stanowiła jedyny przedmiot sporów. Piotr kochał drzewa owocowe, słodycz owoców, symbol utraconego raju. Maria nade wszystko kochała kwiaty, irytowały ją napotykane w czasie sadzenia czy pielenia korzenie, które chłonęły wodę i cenne składniki pokarmowe. Kłótnie nasilały się na wiosnę w czasie siania i dosadzania pachnących piękności.

Terminowanie u mistrza

Profesor Edmund Żera był doskonałym klinicystą, a słuchawka w jego ręku bezcennym narzędziem. Wysłuchał każdy szmer, bezbłędnie ocenił typ wady, jej wielkość i wynikające stąd konsekwencje. Dla niego choćby głos pacjenta i sposób mówienia stanowił istotną wskazówkę dotyczącą stadium choroby. Asystenci okazywali szacunek i podziw. Wtedy leczenie pacjenta z zawałem trwało najmniej cztery tygodnie i polegało na bezwzględnym leżeniu w łóżku i podawaniu środków przeciwbólowych.

Profesor Żera dokonał pierwszego wyłomu. Stworzył początki intensywnego nadzoru. Pacjenta podłączano do aparatu elektrokardiograficznego i całą dobę śledzono zapis krzywej. Kiedy pojawiały się złowieszcze zaburzenia rytmu, natychmiast podawano odpowiednie leki. Obraz nieregularnych fal, oznaczający migotanie komór, czyli zatrzymanie akcji serca, włączał alarm. Tylko natychmiastowa, ściśle określona interwencja mogła przywrócić życie sercu. Lekarz drżącymi z przejęcia rękami, przyklejał do klatki piersiowej pacjenta płaskie, okrągłe, metalowe elektrody i ordynował wstrząs elektryczny, czasem całą serię, o mocy choćby 360 Juli. Impuls ten wygasza zamęt w sercu i w większości przypadków pozwala na powrót prawidłowego rytmu i powrót do życia z tamtej strony. Jest to metoda, która uratowała miliony istnień ludzkich na całym świecie i jest podstawą ratowania życia nie tylko w Oddziałach Intensywnej Terapii. Reanimacji uczy się dzieci w szkołach, strażaków, policjantów, sportowców i wszystkich innych pełniących zawody związane z potencjalnym ryzykiem zatrzymania krążenia. Wtedy to były początki rewolucji, która jak nigdy dotąd uzbroiła nas w niezwykle skuteczne narzędzie, pozwalające odpędzić śmierć.

Opisy zatrzymania akcji serca wskutek migotania komór znajdują się w egipskich papirusach [1], zasady reanimacji znają zawodnicy judo w Japonii od 300 lat [2], bo wiadomo, iż uderzenie w znany fachowcom punkt, może zatrzymać akcję serca. Nowe, skuteczne rozwiązanie wprowadził amerykański kardiochirurg Claude Schaeffer Beck [3]. Zainspirowany badaniami genewskich fizjologów Jean Louis Prévosta i Frédérica Batelli’ego, prowadzonymi na zwierzętach, stworzył wspólnie z inżynierem Jamesem Randem pierwszy defibrylator. Kiedy w 1947 roku w Cleveland kończył operację 14 letniego chłopca z lejkowatą klatką piersiową, nastąpiło zatrzymanie pracy serca, ciśnienie spadło do wartości nieoznaczalnej. Beck natychmiast ponownie otworzył klatkę i rozpoczął bezpośredni masaż serca, 45 minut, do chwili sprowadzenia na blok defibrylatora. Szok elektryczny rozładował bałagan w sercu i pozwolił na powrót prawidłowego przepływu jonów w kanałach błony komórkowej mięśnia. Wrócił prawidłowy rytm i powoli zaczęło podnosić się w tętnicach ciśnienie. Ale przywracanie życia zdrowemu sercu „zbyt dobremu by umarło”, inaczej rokuje niż w sercu niedokrwionym. Reanimacja pacjenta w zawale stanowiła przełom.

Pomysłodawcą stworzenia oddziału intensywnej opieki dla takich chorych był doktor Julian Desmond. W ciągłym monitoringu elektrokardiogramów chorych upatrywał możliwość natychmiastowej reakcji na groźne zaburzenia rytmu. British Medical Journal nie zakwalifikował jego projektu do druku, docenił w 1961 roku Lancet. Desmond z głęboką wiarą w sens własnej wizji w 1962 roku wyjechał do Sydney, gdzie pozwolono mu zorganizować ośrodek. Podobne pojawiły się w tym samym roku w Stanach i Kanadzie, a w 1964 roku w Europie, po powrocie Desmonda do Edynburga [4]. Będzie drążył temat przez całe życie, wprowadzał nowe, doskonalsze narzędzia, zostanie uznanym ekspertem, będzie publikował w najważniejszych opiniotwórczych czasopismach. Po 39 latach w wytycznych dotyczących prowadzenia chorych w ostrym zawale serca, wśród autorów obok Juliana Desmonda miejsce zajmie Witold Rużyłło [5].

Profesor Żera powierzył Salę Intensywnej Opieki Kardiologicznej doktor Wandzie Rydlewskiej Sadowskiej.

Owego czasu w tej sali leczono panią P. z kardiomiopatią rozstrzeniową. Choroba ta, często o charakterze pozapalnym rokuje poważnie. Serce jest powiększone, źle się kurczy, zaopatruje organizm w niedostateczną ilość tlenu i nierzadko generuje śmiertelne zaburzenia rytmu. W każdej żywej komórce płynie prąd jonów, do i od komórki. W uszkodzonym sercu tworzy się elektryczny bałagan, który nieleczony doprowadza w kilka sekund do ustania funkcji. Lekarz wie jak subtelne mechanizmy podtrzymują życie, jest pełen respektu dla ich przemyślnej doskonałości.

Maria Hoffman nigdy nie zapomni pewnego dyżuru. Jakiś wdzięczny pacjent sprezentował świeżo wędzonego węgorza. Smakowity zapach rozniósł się po całym pokoju, zapowiadał luksusową kolację i do tego w towarzystwie. Tego dnia Wandę Rydlewską Sadowską obowiązki zatrzymały dłużej w klinice, co zresztą nieraz się zdarzało i zdarzać się będzie do końca zawodowej kariery. Prac naukowych nie wykonuje się w ramach etatu. W tej sytuacji dyżurna margaryna z jednym jajkiem zostały wzgardzone. Kolacja nie została choćby rozpoczęta, kiedy nastąpił początek serii migotań komór u pani P. Z chwilą, kiedy jej serce zaczęło wariować, obie lekarki rzucały się do reanimacji. Potem, przez małe okienko obserwowały w napięciu ekran monitora. Serce chorej uparcie powracało do śmiertelnego tańca. Kolację przerywały i biegły do kolejnych resuscytacji. W ciągu siedemnasto godzinnego dyżuru było ich dwanaście. Tę noc i wiele następnych chora przeżyła. Liczy się każdy dzień, każda godzina. Wizerunek młodszej koleżanki – Wandy nabrał wyrazistości, można było na nią liczyć w trudnych chwilach.

Dramatyczny rekord należał do innego pacjenta, który był reanimowany przez doktor Marię Hoffman kilkadziesiąt razy. Działo się to pamiętnego dnia 22 lipca. Kilka pierwszych reanimacji wykonuje się z niezachwianą nadzieją, iż musi się udać. Przy następnych pojawia się zwątpienie, a może serce pęka? Może strefa martwicy jest tak rozległa, iż nie ma się co kurczyć? Czy jest sens dalszej walki? Ale to walka o życie. Umysł lekarza działa jak automat, nie analizuje, nie słyszy suchego trzasku otwieranych ampułek, nie czuje potu zraszającego czoło, wąskiej strugi płynącej wzdłuż kręgosłupa, ani własnego serca, łomoczącego z podwójną prędkością.

Dziś pomocą jest badanie echokardiograficzne, uwidoczni czy jest odpowiedź na masaż, na wlewy adrenaliny w dawkach przekraczających wszelkie cytowane w podręcznikach zalecenia, czy też grzęźnie w krzepnącej krwi, wydostającej się przy każdym ucisku klatki, przez dziurę w mięśniu, kiedy staje się jasne, iż to koniec. Ale wtedy? Polegało się na intuicji i co dopiero zdobywanym doświadczeniu. Maria Hoffman należała do nieustępliwych. I tamtego pamiętnego dnia, 22 lipca w końcu lat pięćdziesiątych wygrała. Pacjent czuł, iż darowano mu po raz drugi życie. Przez wiele lat, w rocznicę katastrofy, z której uszedł, przesyłał lekarce 22 róże.

Rozum i intuicja

Miała świadomość, iż na jej salach leżą najciężej chorzy. Neurasteników wypisywała natychmiast. Nierzadko spotykała się z wyrzutem matki:

– Ty nigdy nie zrobisz pieniędzy.

Mimo kłopotów dostarczanych przez prozę życia, miała marzenia, dość wygórowane: pierścionek z brylantem, futro z norek i samochód marki mercedes, ale nigdy nikomu się do tego nie przyznała, nie chcąc uchodzić za osobę oderwaną od rzeczywistości.

Kiedyś w czasie obchodu profesor zapytał dlaczego tak długo nie wypisuje pacjenta po zawale. Nic się z nim nie działo, nie miał bólów, zaburzeń rytmu ani duszności. Nie umiała wytłumaczyć.

– Widzi pan? – zażartował profesor zwracając się do pacjenta, kobiety z wszystkich przyjemności pozostawiają człowiekowi golenie.

Świta opuściła salę. A za sekundę chory nie żył. W klinice zaczęto nazywać ją czarownicą.

Jeden z pacjentów w przystępie szczerości wyznał:

  • Jak pani przychodzi do mnie na obchód, to wiem, iż nie myśli pani niebieskich migdałach, tylko o tym co mi dolega.

Pamiętała jak przyczyniła się do wyrzucenia z pracy kolegi lekarza, który popełnił „drobne” oszustwo. Uważała, iż do takiego człowieka, który w dodatku jest lekarzem nie można mieć zaufania i poszła z tym do profesora.

W 1957 roku profesor Żera wysłał ją na trzy miesięczne stypendium do Budapesztu.

Węgrzy przeżywali skutki próby buntu. Zachęconym przez poznańskie wydarzenia w Zakładach Cegielskiego, wydawało się, iż nadszedł ich czas, iż demokratyczne propozycje Nagy’ego odmienią los kraju. Kiedy jednak do tych żądań dołączono irracjonalne, wydawać by się mogło, wystąpienie z Układu Warszawskiego, zapadł wyrok. Powstanie zostało stłumione. Węgrzy długo bali się mówić o zabitych i kałużach krwi na ulicach. Czyżby dziś o tym zapomnieli?

Przedwojenne, wysokie kamienice, eleganckie wystawy sklepów, monumentalny gmach parlamentu stały przez cały czas niewzruszone, wody Dunaju płynęły spokojnie, a zupa z karpia na Górze Gellerta bardzo smakowała.

Sam Budapeszt w sensie atmosfery wydawał się być podobny do Warszawy, chociaż powiązanie z zachodem było wyraźniejsze. Odkryła to, jedząc słodkie kasztany z bitą śmietanką.

Atmosfera w klinice zaczęła się psuć. Profesor faworyzował swoją ulubienicę, nikomu co ludzkie, obce nie jest. Każdy ma jakieś swoje sympatie i antypatie, ale w sytuacji stosowania reguły bezwzględnego podporządkowania alumnów, powstawała coraz trudniejsza do zaakceptowania, sprzeczność. Profesor osobiście sporządzał listę dyżurów, nie uwzględniając innych zajęć i obowiązków lekarzy. Nikt nie tylko nie mógł się zwolnić, ale równie zamienić terminu dyżuru.

Pierwsza odeszła doktor Halina Kotlicka, następnie pionier polskiej kardiologii inwazyjnej doktor Tadeusz Hryniewiecki.

Maria Hoffman przygotowywała się do egzaminu specjalizacyjnego z kardiologii. Została sekretarzem Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Funkcję pierwszego prezesa pełnił założyciel – profesor Edmund Żera, członkami zarządu zostali profesorowie Zdzisław Askanas i Mieczysław Kędra. Egzamin zdawała w 1965 roku. Komisję egzaminacyjną stanowili przewodniczący i członkowie zarządu PTK. Któryś z nich zaproponował, aby przyznać doktor Marii Hoffman tytuł bez egzaminu, ale zasadniczy profesor Żera nie wyraził zgody.

Panowie gawędzili w gabinecie, doktor Maria Hoffman przygotowywała się do odpowiedzi w sekretariacie.

Po kilku minutach zajrzał profesor Askanas, zapytał życzliwie czy nie ma trudności. W chwilę później pojawił się profesor Kędra z tym samym pytaniem. Kiedy weszła do gabinetu zapanowała wyczekująca cisza. Była zadowolona z otrzymanego tematu: „wskazania do komisurotomii mitralnej”. Znała problem, miała już własne w tym zakresie doświadczenia. Komisurotomia to zabieg polegający na poszerzeniu zwężonej zastawki dwudzielnej – bramki, przez którą przepływa krew z lewego przedsionka do lewej komory. W przebiegu częstych angin lub gorączki reumatycznej, proces zapalny obejmuje płatki zastawki, często i nici ścięgniste, które łączą ją z mięśniami brodawkowymi lewej komory. W konsekwencji ujście mitralne zwęża się lub jest nieszczelne, najczęściej występuje i zwężenie i niedomykalność w różnych proporcjach. W przypadku dużego, dominującego zwężenia krew zamiast przepompowania do aorty, narządów i tkanek obwodowych zalega w płucach, co objawia się dusznością i grozi obrzękiem tego narządu. Jedynym ratunkiem była operacja. Posługiwano się wtedy nowatorską metodą zamkniętą, to znaczy bez otwierania serca, dzięki instrumentu Dubosta. W toku wywodów specjalizantki, profesor Kędra przerwał, nie zgadzał się z jej opinią. ale doświadczenie Marii Hoffman obejmowało już 350 przypadków wady, rozpoznanej jedynie dzięki objawów klinicznych, zdjęcia rentgenowskiego klatki piersiowej i elektrokardiogramu, zoperowanej bez jednego przypadku śmiertelnego [6]. Profesor Askanas zwrócił się do profesora Kędry:

– Nie zaczynaj z nią, bo ona się na tym zna, ma rację, a ty się na tym nie znasz.

Kolejny poważny etap miała za sobą. W tym samym roku odbył się jeszcze zjazd kardiologów w Gdańsku, prezentowała tam swoją pracę.

Impresje szwajcarskie

W maju 1967 roku otrzymała stypendium z Ministerstwa Zdrowia na roczny staż w Szwajcarii. To skromne stypendium zostało szczodrze przez ministerialnych urzędników podzielone na dwie osoby. Po opłaceniu wynajętego pokoju w Zurichu i obiadów, nie zostało choćby na tramwaj.

Szpital zachwycił ją. Doskonałe wyposażenie, diagnostyka, dostęp do najnowszych leków, luksus czystości, liczebność i uprzejmość personelu nie pozostawiły nic do życzenia. Nieoceniony Piotr przesyłał paczki, a w nich jajka, kiełbasę i długo utrzymujące świeżość pierniki. Niemal wystarczyło na śniadania i kolacje.

Dyrektor szpitala kurtuazyjnie zapytał gdzie chciałaby pracować. Interesowało ją laboratorium badań enzymatycznych.

Przez pierwszy tydzień w pracowni panowało milczenie. Nikt się o nic nie pytał, nikt niczego od niej nie chciał. Próbowała nawiązać słowny kontakt, odpowiedzi były lakoniczne. Po tygodniu lody zostały przełamane. Zaczęto ją zapraszać do domów na urodziny lub inne okazje w Lozannie, Bazylei, Brnie. Czasami zadawano jej kłopotliwe pytania, w rodzaju: jak jest z tym antysemityzmem w Polsce. Być może, pytano w poczuciu winy kraju, który bez względu na dziejowe kataklizmy, był bankiem Europy i gorliwie przyjmował na przechowanie z odpowiednimi procentami, fortuny wszystkich klientów, nie zadając pytań skąd pochodzą. Odpowiadała zgodnie ze swoim odczuciem, iż w Polsce antysemityzmu nie ma. Puszka Pandory była zamknięta.

Zaczęła uczęszczać na posiedzenia hemodynamiczne. Gromadzili się na nich lekarze, którzy pokazywali filmy z cewnikowania serca, przedstawiali klisze rentgenowskie i inne ważniejsze wyniki badań dodatkowych, omawiali stan kliniczny chorych i zastanawiali się nad wyborem metod leczenia. Była zachwycona. Czasem napotykała zabawne sytuacji językowe. Nie rozumiała dlaczego w czasie dyskusji o pacjentach wciąż wymienia się słowo „książka”, co brzmiało w niemieckim kantonie „Buch”. Okazało się, iż Szwajcarzy zamiast „Bauch” czyli brzuch mówią prościej „Buch”.

W marcu 1968 roku do Szwajcarii dotarły wieści o rozruchach w Polsce.

Z najważniejszych stanowisk usunięto osoby „nieprawomyślne”. Decyzję zdjęcia reżyserowanych przez Kazimierza Dejmka mickiewiczowskich „Dziadów” w Teatrze Narodowym, poprzedziły w telewizyjnej la porte parol partii, połajanki: spektakl zawierał „treści antyrosyjskie”, niezgodne z pierwowzorem. Ostatnie przedstawienie 30 stycznia odbyło się w atmosferze przygotowań do manifestacji. Po przedstawieniu studenci zorganizowali uliczny protest. Władze tylko na to czekały. Z Uniwersytetu Warszawskiego relegowano „syjonistów”. Dwadzieścia tysięcy Polaków opuściło kraj. Ekscesy na różnym tle występują na całym świecie, są ceną demokracji, ale rządy starają się zachować poprawność. Wtedy w naszym kraju decydowała „przewodnia siła” narodu. Studencki protest nie mógł być skuteczny, ale zdjął hańbę przyzwalającego milczenia. Zachód tego nie zrozumiał, tak jak zawsze nie rozumiał, tego czego nie chciał zrozumieć.

Szwajcarzy, z którymi doktor Maria Hoffman zdążyła się zaprzyjaźnić, po wieściach z Polski, znów domagali się arbitralnej odpowiedzi: to jak w tej Polsce jest z antysemityzmem.

Zapamiętała z tego okresu pewną scenę w tramwaju, hałaśliwie sunącym po ulicach Zurichu: milczący rząd ponurych kobiet, w balzakowskim wieku, w czarnych karakułach. Ta scenografia pasowała by do szwajcarskiej wersji mickiewiczowskiego spektaklu.

Przekroczenie progu

Maria Hoffman otrzymała propozycję przejścia do Kliniki Kardiochirurgicznej na Spartańską, którą kierował profesor Marian Śliwiński. Niemal jednocześnie podobną ofertę złożył profesor Jan Kwoczyński, znany przeciwnik operacyjnego leczenia serca. Ten słynny kardiolog wyznawał filozofię uszanowania kresu ludzkiego życia. Chirurgia serca stanowiła w jego odczuciu eksperyment, stanowiący barierę, której nie należy przekraczać. Zastawka mitralna była pierwszym obszarem jej zainteresowań, które zaowocowały kilkoma publikacjami i referatami na naukowych konferencjach. Badała metodami nieinwazyjnymi: elektrokardiograficzną i polikardiograficzną funkcję lewej komory [7] w zależności od rytmu serca [8], w niektórych chorobach [9], po leczeniu chirurgicznym wady [10]. Te narzędzia, co dziś może się wydawać zadaniem karkołomnym, pozwalały podejmować próby oceny hemodynamicznej [11] [6]. Dorobek naukowy ozdobiła monografia napisana wspólnie z Wandą Rydlewską Sadowską „Serce i jego choroby” [12]. Doczekała się trzech wydań.

Maria Hoffman złożyła wymówienie jako ósma osoba w klinice i wyjechała na urlop nad Bałtyk. Otrzymała tam dwa listy z propozycją pracy od profesora Askanasa, którego najbardziej interesowały wady serca i od profesora Śliwińskiego. Wybrała kardiochirurgię, kierowaną przez profesora Śliwińskiego na Spartańskiej. Profesor ponaglał ją do doktoratu ale niczego nie narzucał. Wymyśliła badanie poziomu cholinesterazy w świeżym zawale serca. Podwyższona wartość tego enzymu wróżyła zaburzenia rytmu.

Wkrótce po dysertacji profesor Śliwiński oświadczył:

– Czekałem na panią dwa lata, poczekam jeszcze rok. Ten rok to czas na habilitację. Była przerażona, termin wydawał się nierealny, nie miała żadnego pomysłu. Ale profesor nie martwił się:

  • Niech pani robi co chce – dodawał z głębokim spokojem i

uśmiechając się, przekornie pocieszał:

  • Od habilitacji jeszcze nikt nie zmądrzał, ale otwiera ona drogę.

Zastanawiała się nad wyborem tematu. Praktycznie do dyspozycji miała jedynie słuchawki, pacjentów i swoje szare komórki.

W jakiejś pakamerze leżał mingograf – nieużywany już dziś kombajn, który zawierał: elektrokardiograf rejestrujący mikroprądy płynące w sercu, fonokardiograf – szmery nad sercem, apeksograf – charakter uderzenia koniuszka serca – i arteriograf zapisujący rozprzestrzenianie się fali tętna. Zebrała grupę stu chorych, połowa z nich miała zawał serca, druga połowa chorobę wieńcową bez zawału, grupę kontrolną stanowiło 50 zdrowych ochotników. Koledzy chętnie przynosili z biblioteki streszczenia potrzebnych doniesień.

Oprócz nauki trwała codzienna praca. Pamięta z tamtego okresu następujące zdarzenie. W klinice leżała młoda kobieta z nawracającym zatrzymaniem czynności serca. Kolejną reanimację prowadziła Maria Hoffman. Wyczerpana przedłużającą się walką o życie, oparła się o niższą poręcz łóżka, od strony nóg chorej, czuła obecność Śmierci. Potęgowała to uczucie okropna burza. Błyskawice, raz za razem, rozświetlały erkę niebieskawym światłem. Serce nie chciało ruszyć, trzysta sześćdziesiąt Juli na nic. Nagle potężny grzmot przewalił się tuż nad głowami zespołu. Pielęgniarkę rzuciło w jeden kąt, lekarkę w drugi. Defibrylator spalił się. W powietrzu uniósł się zapach siarki… Śmierć pierzchła. Życie wróciło.

Śmierć próbujemy oswoić. Żartujemy: długoletnie małżeństwo, ona odchodzi pierwsza, potem on. Spotykają się tam, na górze, rozmawiają:

– Ona: zobacz jak tu pięknie, wspaniale…

– On: no widzisz, gdyby nie ta twoja zdrowa dieta, już dawno moglibyśmy tu być.

Wyobrażamy sobie wieczność, łącznie z doczesnymi atrybutami, na przykład:

bogobojna duszyczka puka do bramy wieczności. Otwiera święty Piotr:

– Ach, to ty?… Gabrielu skrzydła!

– To znaczy będę aniołkiem?

– E tam, zaraz aniołkiem, za życia byłaś gęsią to i tu nią będziesz…

W naszej wyobraźni śmierć nie jest amorficzna, najczęściej jawi się jako obraz szkieletu z sardonicznym śmiechem obnażonych zębów, otchłanią pustych oczodołów.

W języku polskim śmierć jest rodzaju żeńskiego. Tak też w swych wizjach przedstawia ją Jacek Malczewski: czarnoskrzydłego Thanatosa – w postaci nagiej kobiety, zgaszoną pochodnię zastępuje bardziej sugestywną kosą. Zależnie od osobistego napędu, choćby schyłek życia ozdabia słodyczą istnienia. Wizja w sile wieku (44 lat) to tryumfalnie krocząca wśród wiosennych kwiatów nimfa. Figlarny wiatr rozwiewa purpurowe muśliny, odsłaniając pulchny tył. W miarę upływu czasu, to hoża uwodzicielka, cierpliwie czekająca na żniwo w pobliżu ofiary, lub dziewczę w lodowatej kolorystyce z pełnym powagi obliczem, tkliwie zamykające powieki starca. Na jego twarzy błogość, bo jakaż może być lepsza oferta w zwalniającym strumieniu krwi, mniejszym dopływie tlenu, wzrastającą ilością remnatów, niż ukojenie we wiecznym śnie? Fizyka nie jest jedyną domeną teorii względności. Funkcjonowanie przyrody pozornie jest beznamiętne, podobnie jak gra Parek na harfie, w której strunami są nitki ludzkiego życia.

Do końca chcemy zarządzać swoim losem. Dyrygujemy co ma być, a co nie: nie podejmować reanimacji, sztucznego oddychania, pozajelitowego odżywiania (w domyśle, w sytuacji nie rokującej powrotu do umysłowej i fizycznej sprawności). Niektórzy choćby tatuują to na piersi. Należy dodać: przewidywanie sprawności „po”, nie zawsze jest możliwe.

Odchodzimy z nadzieją, iż uda nam się przekroczyć nieodgadnioną ciemność. Nasze myśli nie pędzą w czeluść niebios jak chmura cząstek elementarnych do filarów stworzenia, czy kolejnych odsłon Weba w podczerwieni, może choćby do Początku Czasu. Myśli to jedyny rodzaj energii, który porusza się jednoczasowo i gdzieś tam, w nieskończonej głębi tkają obraz światłości, do której tak tęsknimy, jakby prawo tworzenia działało w obie strony.

W 1970 roku Maria Hoffman poniosła wielka stratę. Panowała epidemia grypy. Zakopane jakby ominęła poza jedynym wyjątkiem, Jadwigi Zawrzel. Zmarła między kolejnymi partiami brydża. Umysł Marii drążyło jedno rozdzierające pytanie: „dlaczego?”

Dla bliskich śmierć jest najboleśniejszym przeżyciem, pozostawiającym trwały ślad. Choćbyśmy jak chcieli, zapomnieć nie możemy i wszystko co nam się przydarzy, będziemy odnosić do tej najbliższej, jedynej osoby, która odeszła, jakby doradzała, jakby cieszyła naszymi radościami, martwiła troskami.

Grypa, wydaje się być oswojona, przewidywalna wobec szalejącej pandemii, spowodowanej przez wirus RNA Sars Covid 19. Ten mikroorganizm, nie posiada podwójnej helisy DNA. Kod życia jest zapisany w pojedynczej nitce RNA. Przedostaje się do ciała człowieka dzięki białka zawartego w kolcach, otaczających cząstkę jak korona, kompatybilnego z enzymami atakowanego organizmu. W cytoplazmie naszych komórek kod RNA zostaje przepisany na nasz DNA, uruchamiając niszczycielską lawinę. Corona wirus ma zdolność atakowania każdego narządu. Mimo drakońskiego leczenia, śmierć zbiera niespotykane dotąd żniwo na całym świecie (dotąd w roku 2022, 15 milionów, ale ta wartość, wydaje się, jest niedoszacowana). Wyleczenie nie zawsze oznacza powrót do zdrowia. Wirusy RNA są znane od dawna. Wśród nich są te odpowiedzialne za zwykłe przeziębienie, jak również wywołujące HIV i onkowirusy powodujące niektóre białaczki, chłoniaki. Przebieg Sars Covid ma różne postacie kliniczne, od lekkich do śmiertelnych, a łagodny przebieg nie wyklucza dramatycznych, wielonarządowych uszkodzeń. Jedna choroba generuje następne, wymagające żmudnego leczenia do końca życia, a choćby przeszczepu narządu – pasma wyrzeczeń, kolejnych biopsji, kontroli, leczenia z poważnymi skutkami ubocznymi. Jak na razie jedyna nadzieja w szczepionkach.

Epidemie z jakimi dotąd zmagał się świat: dżumy, cholery, tyfusu, czarnej ospy czy grypy miały przewidywalny przebieg i jednorodny obraz kliniczny, w przeciwieństwie do Covid, który mutuje i może atakować wszystkie narządy.

Wydawało się, iż już nic gorszego od pandemii koronowanego białkowymi kolcami wirusa, nie może nas spotkać. A jednak. Wojna. Tuż za naszą granicą. Obserwujemy niszczycielską siłę frustracji, bezradnie patrzymy na poklepywanie ramion, wiedząc, iż nic dobrego to nie wróży, zdumiewa nas bicie pokłonów za krótkowzroczne korzyści, za cenę zburzonych domów też. Na nic protesty, potępiające rezolucje. Świat oślepiony siłą gospodarczych powiązań, uwikłań, zapętleń, teraz drży.

Sądziliśmy w swej naiwności, iż czeka nas uporanie się z globalnymi problemami: topnieniem lodowców, wycinkami lasów, zaśmiecaniem Ziemi, a tymczasem bezradnie patrzymy na ekrany TV w naszych ciepłych, suchych, czystych domach, na zburzone ludzkie siedliska, szpitale, latami budowane, upiększane teatry, na wykopane groby w pobliżu, na pokrwawione twarze wyrażające rozpacz. Słuchamy wstrząsających wiadomości z umierającego Mariupola, Buczy.

A to cząstka cierpień. Gwałty pozostaną w ukryciu. Na zawsze zmienią życie ofiar.

Dowiadujemy się, iż są wywózki ludności w głąb kontynentu, iż nie pozwala się na tworzenie korytarzy humanitarnych, a o ile już, stwarza się pozory i wprowadza się plan B: ostrzeliwanie.

Wojna, endemiczna choroba ludzkości. Mieliśmy prawo przypuszczać, iż skala, zasięg i wszystkie potworności II Wojny Światowej wytępiły ją, ale nie. Jad został otorbiony, otoczka wytrzymała ćwierćwiecze. Pękła w Kambodży. Angkor Wat, Angkor Thom, których nie może zadusić oplatającymi korzeniami dżungla, stały się niemymi świadkami spustoszeń dokonanych przez czerwonych Khmerów. 10 lat później bratobójcze walki Hutu i Tutsi w Rwandzie, potem w Bośni i Hercegowinie, no tu miotała się OBWE (Europejska Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy), ale wobec wojny w Syrii, Iraku też byliśmy bezradni. Co jeszcze musi się stać? Co jeszcze trzeba znieść? Jakie antidotum opracować do zneutralizowania trucizny? Jak okrucieństwo zamknąć w sarkofagu przeszłości? Kogo wołać? Kogo pytać?

Patrzymy na pożegnalną rodzinną scenę. On w polowym mundurze klęczy, wtula głowę w córeczkę, kryjąc szloch, dziecko uśmiechnięte, jakby wybierało się na piknik lub wakacje… Widzimy malca na rękach żołnierza, rozpaczliwie odpychającego od siebie hełm, słyszymy krzyk pomieszany z płaczem, dziecko nie rozpoznaje ojca w wojennym przebraniu.

Nie płacz Ukraino. Udowodniłaś w ciągu ubiegłych miesięcy, iż należysz do Europy. Cywilizowany świat Cię nie opuści. I żadne piekielne moce nie przemogą go.

Kilkuletni chłopiec, ledwo nadążający za biegnącą matką, obładowaną torbami podróżnymi i maleństwem na ręce, woła w kierunku kamery: sława Ukrainie!

Sława jest. I będzie.

Profesor Śliwiński ponaglał habilitację.

Zakupy, czynności związane z prowadzeniem domu, przestały całkowicie dla Marii Hoffman istnieć. Na wysokości zadania stanął mąż, który doskonale rozumiał sytuację w teorii i praktyce. Z całą świadomością pomagał, czuwał, dodawał otuchy.

Najlepiej jej się pracowało w nocnej ciszy, w przeciwieństwie do Piotra, który był typowym skowronkiem z najefektywniejszą energią o świcie. Kiedyś zastał ją o drugiej czy trzeciej nad ranem pochyloną nad krzyżówką. Właśnie skończyła opracowanie rozdziału i potrzebowała chwili relaksu przed ułożeniem się do krótkiego snu. Nie potrafiła zasypiać z parującą od skłębionych myśli głową. Nie pomogły żadne tego typu tłumaczenia. Nastąpiła „dzika” awantura. Nie rozumiał jak można ślęczeć nad krzyżówką o tej porze i „marnować” zdrowie.

Spory dotyczące nasadzeń na działce i zarywanie nocy to jedyne powody kłótni w tym długotrwałym i szczęśliwym związku.

Kolokwium habilitacyjne odbyło się u profesora Edwarda Rużyłły, a obrona pracy, ze względu na krótki termin oczekiwania, miała miejsce w Łodzi.

Z przedstawionych badań wynikało, iż zanim nastąpi jawna, z wszystkimi, groźnymi konsekwencjami niewydolność serca, istnieje jej postać przedkliniczna. W czasie obrony na sali było ze sto osób. Pierwsze pytanie nie wydawało jej się zbyt jasne, sugerowało inny tok rozumowania. Zawahała się. Za drzwiami mąż i grono przyjaciół dodawało sobie otuchy: „nie martwcie się, jak ruszy, to jak czołg”.

Spojrzała na profesora Śliwińskiego, który machnął ręką, jakby od niechcenia, ale ona odczytała gest jak otwarcie szlabanu. I ruszyła … jak czołg.

Droga do dalszych wyzwań została otwarta na oścież.

Kiedy profesor Kwoczyński, który kierował sąsiednią kliniką obejmującą sześćdziesiąt łóżek, wyjechał do Afryki, docent Marii Hoffman powierzono zastępstwo. niedługo do zespołu dołączyli inni adiunkci i asystenci profesora Żery: Wanda Rydlewska Sadowska, Witold Rużyłło, Joanna Nowicka i Franciszek Walczak. Doktor Rużyłło po dwuletnim stażu w Kanadzie i wyjątkowej zręczności w operowaniu cewnikami w jamach serca napisał dedykację na swoim doktoracie: „Mojemu pierwszemu nauczycielowi”. Było to miłe, zwłaszcza, po czymś tak wyjątkowym w epoce żelaznej kurtyny, jak staż w jednej z najlepszych klinik w Kanadzie. Mogło w głowie przewrócić.

Kiedy profesor Śliwiński w 1972 roku otrzymał nominację na stanowisko ministra zdrowia, docent Hoffman zdwoiła nalegania o zgodę i dotacje na utworzenia Pracowni Hemodynamicznej. Rozmowy trwały długo i odbywały się w różnych okolicznościach. Do najbardziej zobowiązujących należały wyjazdy do Radomska, gdzie profesor co najmniej raz w miesiącu odwiedzał chorą matkę.

W Instytucie krążyła anegdota, iż na Kardiochirurgii pacjentów po operacji leczą pielęgniarki. Chirurdzy raczej nie są biegli w leczeniu farmakologicznym. Profesor Śliwiński miał tę świadomość i do matki przezornie zabierał ze sobą docent Hoffman. Ponieważ Pracownia Hemodynamiczna z prawdziwego zdarzenia stanowiła niewyczerpany temat, profesor ustalił: będzie wysłuchiwał argumentów do Mszczonowa, dalej już nie. Od pomysłu do realizacji czasem jest długa droga, ale kiedy nie ma pomysłu, nie ma nic.

I nic człowieka nie określa tak, jak stosunek do rodziców, zwłaszcza starych i schorowanych. Sprawowanie opieki nad matką w rodzinnym domu, oddalonym o 180 kilometrów, zwłaszcza o ile ma się na głowie tysiąc spraw, mówi więcej niż gołosłowne zapewnienia o szacunku, miłości. Kiedy korzenie mają się dobrze, drzewo okrywa się bujną koroną liści. Michał Heller, kosmolog, wyznawca matematyczności i zjawisk fizycznych opisujących wszechświat, jak również badacz Księgi Rodzaju, jej związku z innymi tekstami o początkach czasu [13], wyraził kiedyś opinię o ludziach niewierzących, iż są bliżej Boga niż niejeden świętoszek.

Profesor Śliwiński ministrem zdrowia był do 1980 roku, po transformacji pozostał na stanowisku kierownika kliniki, potem zarządzał Pracownią Perfuzji Laserowej. W czasie operacyjnych napięć nie odczuwał potrzeby rzucania narzędziami ani używania dosadnego słownictwa.

Po habilitacji zbyt długo Maria Hoffman nie odpoczywała. Profesor Śliwiński wymyślił Resortowy Program Ochrony Zdrowia i zawsze miał bezbłędne wyczucie, komu powierzyć odpowiednie zadanie.

Nie miała pojęcia jak należy opracować tak szeroki problem. Musiała ustalić założenia, cele, metody i podsumować we wnioskach. Ledwo się z tym uporała czekało następne zadanie: zaopatrzenie kraju w rozruszniki.

Pani docent kwalifikowała pacjentów do wymiany zastawek serca. Chorych z izolowanymi wadami wysyłała na zabieg do profesorów Jana Molla lub Wacława Sitkowskiego, kiedy zaś istniała konieczność wymiany trzech zastawek, do leczenia zagranicą.

Na staż przyjęto syna wicepremiera. Popracował chłopak dwa miesiące i już nadeszła prośba do docent Hoffman o opinię na staż w Szwecji. Studia zagraniczne w chwili obecnej dla zdolnej młodzieży są dostępne, ale w okresie trudności ze zdobyciem paszportu i stosunkiem dolara do złotówki, jeden do stu lub więcej, były nieosiągalnym marzeniem. Pani docent stanowczo odmówiła: „są inni lepiej przygotowani, a ten niech się jeszcze uczy”. W rezultacie opinię napisał dyrektor Instytutu.

Do kliniki przyjęto studentkę geografii Uniwersytetu Warszawskiego J.P. z zaawansowaną, wielozastawkową, poreumatyczną wadą serca, w okresie niewydolności serca. Profesor Kwoczyński, który już wrócił z afrykańskiego kontraktu uważał, iż tej chorej nie można już pomóc. Matka pacjentki, koronczarka z Koniakowa błagała panią docent o ratunek. Kiedy krążenie studentki zostało względnie wyrównane i stan ogólny poprawił się na tyle, iż pozwalał na podróż, pani docent zakwalifikowała ją na operację do Szwecji. Operacja się udała, pacjentka w dobrej formie wróciła na Spartańską. Wszyscy się cieszyli z sukcesu, kiedy nagle wystąpił zespół po kardiotomii, reakcja serca na chirurgiczny nóż. Polega na wzbieraniu płynu w osierdziu. o ile ilość jest duża lub narasta szybko, uniemożliwia rozkurcz mięśnia sercowego. W tych warunkach powstaje zjawisko tamponady – wzrost ciśnienia w osierdziu unieruchamia mięsień. W tamponadzie wytwarzanie i przewodzenie elektrycznych impulsów, czyli rytm serca, jest zachowany, ale mechaniczna praca serca jako pompy, zduszona. Załamki elektrokardiogramu są utrzymane w prawidłowym szyku, a pacjent umiera. Nazywa się to rozkojarzeniem elektromechanicznym.

Co było dalej i jak pacjentkę uratowano, będzie później. Wówczas doświadczenia w tym zakresie były skąpe, ale błyskawiczne rozpoznanie i ewakuacja płynu z osierdzia po raz drugi uratowały życie chorej.

Kiedy minął pełen pułapek wczesny pooperacyjny okres, nastąpiło kolejne powikłanie: konstrykcja osierdzia – proces powodujący zwapnienie worka, w którym bije serce i utrudnia jego napełnianie. I znów pojawiają się cechy niewydolności serca, choć w innym mechanizmie: płyn w jamach opłucnowych, otrzewnej, obrzęki podudzi, nieraz do kolan i wyżej. I znów konieczna była operacja: obłuszczenia zmienionego osierdzia. Jakkolwiek w porównaniu do wymiany zastawek operacja osierdzia wydaje się zabiegiem prostym, nie jest pozbawiona ryzyka i możliwości groźnych powikłań, takich jak krwawienie czy zakażenie. Chora wymagała nieustannej czujności. Między innymi otrzymywała dostępny wówczas antybiotyk – debecylinę. W czasie kolejnej iniekcji nagle osunęła się z rozdzierającym krzykiem na podłogę, wymachując w sposób niekontrolowany rękami i nogami. Zbiegowisko. Pierwszą myślą lekarzy – wstrząs po penicylinowy i musiało minąć kilka bardzo długich sekund zanim rozpoznano zespół Hoigne’a – mikro zator z kryształków leku w krążeniu mózgowym. Wygląda groźnie, ale zwykle nie daje poważniejszych następstw. Po tych trudnych przejściach, dziewczyna zniknęła na kilka lat. Pojawiła się w klinice z kolejnym problemem. Oświadczyła radośnie, iż jest w ciąży i chce mieć to dziecko.

Pacjent z sztuczną zastawką do końca życia musi przyjmować leki, które zapobiegają tworzeniu skrzeplin na ciele obcym, jakim jest tworzywo wszczepionej zastawki. Doustne antykoagulacyjne leki znane są z teratogennego działania na płód. Ponieważ przechodzą przez łożysko, mogą uszkadzać centralny układ nerwowy płodu, powodować upośledzenie umysłowe, wady rozwojowe, a także wewnątrz narządowe krwawienia.

Dziś są ustalone, względnie bezpieczne standardy postępowania z pacjentkami z implantowaną zastawką, ale wtedy wszystkie działania opierały się na skąpym doświadczeniu. Wobec grozy sytuacji, pani docent uważała za bezsporną konieczność usunięcia ciąży. Jak skomplikowany był to problem, najlepiej świadczy fakt, iż nikt z ginekologów w Warszawie nie chciał się podjąć tego zadania, a był to okres powszechnie stosowanej aborcji. Były pacjentki, które miały na swym koncie po kilkanaście przerwań ciąży, niektóre z nich, chwaliły się: zachodzą w ciążę, by mieć ładny biust. Ginekologa ściągnięto z Łodzi. Ciąża była bliźniacza, długie krwawienie po zabiegu spowodowało konieczność powtórnego wyłyżeczkowania macicy.

Ostatecznie pacjentka wyzdrowiała. Wyjechała do Anglii. Pisywała do pani docent listy, w których użalała się, iż brytyjscy lekarze „są do niczego”. Po latach przysłała wydany tomik własnych wierszy, w których językiem lirycznym, opisywała tak dobrze znane lekarzom ze Spartańskiej dramaty.

Trzech pacjentów spośród wysłanych na operację do Szwajcarii było w tak znakomitej formie, iż otworzyli kawiarnię przy Placu Trzech Krzyży. Nazwali ją „Pod Sztuczną Zastawką”. Panią docent zaprosili na uroczyste otwarcie.

Nieoczekiwanie, po śmierci ordynatora Kliniki Laryngologicznej, łóżka piątego piętra przypadły Klinice Kardiologii. Kierownikiem został docent Zygmunt Sadowski.

Docent Marii Hoffman zaproponowano konsylia w Lecznicy Rządowej. Każda z prominentnych osobistości otrzymała listę specjalistów. Marię Hoffman wybrali członek biura politycznego i rady państwa Edward Babiuch, wicepremier Wincenty Kraśko i kierownik MSW Franciszek Szlachcic. Profesor Śliwiński poważnie ostrzegał:

  • Nie wolno ci mówić o polityce – i dodawał:
  • Bo się na tym nie znasz”.

Był rok 1976. „Zaprzyjaźniła się” z Edwardem Babiuchem. Kolejną jego wizytę zakończyła słowami:

  • Zobaczymy się za trzy miesiące.
  • Ale czy pani wróci? – zapytał doskonale poinformowany o stypendium

z WHO prominent.

  • Ależ tak – odpowiedziała – bo jak ja tam będę i będę krytykować, to

powiedzą: wróć sobie do swoich, a tu, u siebie, dodała kokieteryjnie, mogę krytykować.

Nie wyrzekła się, symbolicznej chociażby przestrzeni, dla indywidualnej oceny biegu wydarzeń.

Stypendium było wysokie. Dodawało cennego w obcym świecie poczucia pewności siebie. Jechała pociągiem. Obserwacje zmieniającego się pejzażu były przygnębiające. Im dalej na zachód, tym bardziej kłujący w oczy większy porządek, lepsze drogi, porządniej sprzątane po zbiorach pola uprawne. Dojechała do Kolonii. Tam w pięknej klinice nikt się nią nie zainteresował. Po kilku dniach poszła do kierownika i tonem wyrzutu przypomniała:

– Przecież wam za to płacą.

Na szczęście dalszy ciąg stażu odbył się Heidelbergu w Ośrodku Badań Epidemiologicznych. Prowadzono tam interesujące prace. Koszt badań był w zasięgu kraju tak zamożnego jak Niemcy.

Ostatni etap stypendium miał miejsce w Klinice Chorób Serca w Monachium i tam poczuła się w swoim żywiole.

Autorka tekstu: Ewa Łastowiecka

Idź do oryginalnego materiału