REKLAMA
Zobacz wideo
Dominika opowiedziała o cesarskim cięciu. Nagle Marcin wypalił: "Jesteś stworzona do rodzenia dzieci"[materiał wydawcy kobieta.gazeta.pl]
PRL-owska porodówka. Nie było empatii i współczuciaMoja mama i ciocia, które opowiadały o swoich doświadczeniach porodowych, zawsze wskazywały na jedną, dość istotną kwestię: uprzedmiotowienie kobiety. Nie było empatii i współczucia. Zamiast tego krzyki, kąśliwe uwagi i przykre komentarze. Nie wolno było przynieść własnej piżamy i szlafroka. Wizyty na oddziałach porodowych były zakazane. Kobiety kontaktowały się z rodziną jedynie przez telefon, ale i to nie było standardem. Wyjść ze szpitala mogły pięć dni po porodzie - jeżeli rodziły siłami natury i 10 dni po cięciu cesarskim. Spędziłam w szpitalu prawie dwa tygodnie, bo córka miała żółtaczkę, musiała leżeć w takim specjalnym łóżeczku i być naświetlana. Na oczkach miała taką specjalną opaskę, ale ciągle ją ściągała. U mnie też był problem z karmieniem. Położne przynosiły mi dziecko, przystawiały do piersi, a ja nie miałam nic. Krzyczały na mnie, iż mam się bardziej postarać. Po dwóch dobach, kiedy córka zaczęła tracić na wadze, dopiero dostała butelkę- wspomina pani Maria. - Ile ja wtedy łez wylałam, to tylko Bóg wie. Byłam sama, mąż daleko. Trzeba było zagryźć zęby i nie wchodzić w paradę położnym i lekarzom. Była jedna dziewczyna, co się poskarżyła ordynatorowi na położną, potem ta jej ciągle robiła pod górkę i na złość - dodaje.
Klinika Położnicza i Chorób Kobiecych Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie Wnętrze sali porodowej. Fot. zbiory NAC
Często nie było czasu i miejsca na zwykłą ludzką życzliwość. Lekarze i położne mieli pełne ręce roboty. Kiedy rodząca dochodziła do siebie po trudach porodu, dziecko natomiast gwałtownie zabierano i nadawano mu numer, który później stawał się podstawą komunikacji z matkami. "Mój syn miał numer 11. Pielęgniarka stawała w drzwiach i wywoływała numer, a każda z matek podnosiła rękę, po czym zawiniątko 'lądowało' w jej łóżku" - wspomina jedna z rodzących kobiet, cytowana przez portal wielkahistoria.pl.
Wszystko jak w zegarku. "Karmienie o 9:00 i 12:00"Dziś takie sytuacje nie miałyby racji bytu. Rodzące są świadome swoich praw, a wysoko wykwalifikowany personel zwykle jest uprzejmy i pełen empatii. Jednak, czy opisane wyżej doświadczenia były wynikiem braku współczucia, a może po prostu nadmiarem obowiązków i ogromnej odpowiedzialności, która spoczywała na barkach lekarzy i położnych? "Kwiecień 1982 rok. Na oddziale noworodków Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Tarnobrzegu dzień pracy zaczynał się o godzinie 6:30 i o tej samej kończył się dnia następnego. Były trzy dyżury: ranny, popołudniowy i nocny" - pisze jeden z użytkowników FB. Pielęgniarki i położne od samego rana uwijały się jak w ulu, zaczynając poranną zmianę od raportu. Przełożona omawiała stan każdego dziecka przy jego łóżeczku. Następnie pielęgniarki uzupełniały na tacach wszystkie płyny i leki. O godzinie 7:00 kąpano dzieci i przygotowywano oseski do obchodu lekarskiego. Każdy niemowlak posiadał kartę 'Historia noworodka'. Po obchodzie zawoziło się dzieci matkom do karmienia- dowiadujemy się dalej z posta. Jednak tu duże zaskoczenie, bo jak wskazuje autor, "nie wszystkie dzieci karmione były piersią, niektóre trzeba było karmić z butelki. To należało do pielęgniarek".Praca położnych na oddziale położniczym jednak nie kończyła się na przywiezieniu matkom ich dzieci. To one musiały "zrobić zastrzyki, innym wlewki, przewijać, zawijać i spiesznie przygotowywać maluchy do karmienia na godzinę 9:00 i 12:00. Powtarzały się te same czynności, plus pisanie raportu dla pielęgniarek, które rozpoczynały pracę o godzinie 14:30" - czytamy w internetowym wpisie.
A Ty? Jak wspominasz swój poród i pobyt na oddziale położniczym? Chcesz podzielić się z nami swoją historią? Napisz: [email protected]. Gwarantuję anonimowość.












