Tak wyglądał dzień na oddziale położniczym w '82 roku. "Nie każde dziecko karmiono piersią"

gazeta.pl 2 godzin temu
Oddziały położnicze z ubiegłego stulecia wyglądały nieco inaczej niż dziś. Nie było znieczuleń, kobiety rodziły, leżąc na łóżkach, bez możliwości zmiany pozycji. Nie było też osobnych sal, a namiastkę prywatności dawał parawan. Po porodzie dzieci zabierano, przynosząc je matkom tylko do karmienia, w ściśle określonych porach. Położne i pielęgniarki miały pełne ręce roboty.Warunki panujące na oddziałach położniczych w PRL-u pamięta pewnie jeszcze wiele osób. - Jak mnie zawieźli do szpitala, to zostałam sama. Bałam się. Byłam młodziutką dziewczyną. Dostałam przykrótką koszulę, położna wskazała łóżko, które miałam zająć. Nie było prywatności. Na sali oprócz mnie były jeszcze trzy dziewczyny. Dwie właśnie urodziły, trzecia zwijała się w porodowych bólach. Chwilę później i ja do niej dołączyłam - wspomina pani Maria, która urodziła pierwszą córkę w wieku 19 lat. Było to w 1984 roku i jak sama przyznaje, miała dużo szczęścia, iż gwałtownie trafiła na oddział, bo sąsiadka z jej bloku urodziła syna w karetce.
REKLAMA


Zobacz wideo


Dominika opowiedziała o cesarskim cięciu. Nagle Marcin wypalił: "Jesteś stworzona do rodzenia dzieci"[materiał wydawcy kobieta.gazeta.pl]


PRL-owska porodówka. Nie było empatii i współczuciaMoja mama i ciocia, które opowiadały o swoich doświadczeniach porodowych, zawsze wskazywały na jedną, dość istotną kwestię: uprzedmiotowienie kobiety. Nie było empatii i współczucia. Zamiast tego krzyki, kąśliwe uwagi i przykre komentarze. Nie wolno było przynieść własnej piżamy i szlafroka. Wizyty na oddziałach porodowych były zakazane. Kobiety kontaktowały się z rodziną jedynie przez telefon, ale i to nie było standardem. Wyjść ze szpitala mogły pięć dni po porodzie - jeżeli rodziły siłami natury i 10 dni po cięciu cesarskim. Spędziłam w szpitalu prawie dwa tygodnie, bo córka miała żółtaczkę, musiała leżeć w takim specjalnym łóżeczku i być naświetlana. Na oczkach miała taką specjalną opaskę, ale ciągle ją ściągała. U mnie też był problem z karmieniem. Położne przynosiły mi dziecko, przystawiały do piersi, a ja nie miałam nic. Krzyczały na mnie, iż mam się bardziej postarać. Po dwóch dobach, kiedy córka zaczęła tracić na wadze, dopiero dostała butelkę- wspomina pani Maria. - Ile ja wtedy łez wylałam, to tylko Bóg wie. Byłam sama, mąż daleko. Trzeba było zagryźć zęby i nie wchodzić w paradę położnym i lekarzom. Była jedna dziewczyna, co się poskarżyła ordynatorowi na położną, potem ta jej ciągle robiła pod górkę i na złość - dodaje.


Klinika Położnicza i Chorób Kobiecych Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie Wnętrze sali porodowej. Fot. zbiory NAC


Często nie było czasu i miejsca na zwykłą ludzką życzliwość. Lekarze i położne mieli pełne ręce roboty. Kiedy rodząca dochodziła do siebie po trudach porodu, dziecko natomiast gwałtownie zabierano i nadawano mu numer, który później stawał się podstawą komunikacji z matkami. "Mój syn miał numer 11. Pielęgniarka stawała w drzwiach i wywoływała numer, a każda z matek podnosiła rękę, po czym zawiniątko 'lądowało' w jej łóżku" - wspomina jedna z rodzących kobiet, cytowana przez portal wielkahistoria.pl.


Wszystko jak w zegarku. "Karmienie o 9:00 i 12:00"Dziś takie sytuacje nie miałyby racji bytu. Rodzące są świadome swoich praw, a wysoko wykwalifikowany personel zwykle jest uprzejmy i pełen empatii. Jednak, czy opisane wyżej doświadczenia były wynikiem braku współczucia, a może po prostu nadmiarem obowiązków i ogromnej odpowiedzialności, która spoczywała na barkach lekarzy i położnych? "Kwiecień 1982 rok. Na oddziale noworodków Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Tarnobrzegu dzień pracy zaczynał się o godzinie 6:30 i o tej samej kończył się dnia następnego. Były trzy dyżury: ranny, popołudniowy i nocny" - pisze jeden z użytkowników FB. Pielęgniarki i położne od samego rana uwijały się jak w ulu, zaczynając poranną zmianę od raportu. Przełożona omawiała stan każdego dziecka przy jego łóżeczku. Następnie pielęgniarki uzupełniały na tacach wszystkie płyny i leki. O godzinie 7:00 kąpano dzieci i przygotowywano oseski do obchodu lekarskiego. Każdy niemowlak posiadał kartę 'Historia noworodka'. Po obchodzie zawoziło się dzieci matkom do karmienia- dowiadujemy się dalej z posta. Jednak tu duże zaskoczenie, bo jak wskazuje autor, "nie wszystkie dzieci karmione były piersią, niektóre trzeba było karmić z butelki. To należało do pielęgniarek".Praca położnych na oddziale położniczym jednak nie kończyła się na przywiezieniu matkom ich dzieci. To one musiały "zrobić zastrzyki, innym wlewki, przewijać, zawijać i spiesznie przygotowywać maluchy do karmienia na godzinę 9:00 i 12:00. Powtarzały się te same czynności, plus pisanie raportu dla pielęgniarek, które rozpoczynały pracę o godzinie 14:30" - czytamy w internetowym wpisie.


A Ty? Jak wspominasz swój poród i pobyt na oddziale położniczym? Chcesz podzielić się z nami swoją historią? Napisz: [email protected]. Gwarantuję anonimowość.
Idź do oryginalnego materiału