
Od dziecięcego urazu w Kudowie-Zdroju, przez pionierskie badania na styku stomatologii i medycyny, po budowanie jednego z pierwszych zespołów periodontologicznych w Polsce – prof. dr hab. n. med. Marek Ziętek, były rektor Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, opowiada o drodze zawodowej, która okazała się znacznie bardziej burzliwa i fascynująca, niż mógł przypuszczać
NAGRODA ZAUFANIA ZŁOTY OTIS 2026 ZA DOROBEK ŻYCIA W STOMATOLOGII
Nagroda za dorobek życia skłania do spojrzenia wstecz. Co zadecydowało o wyborze właśnie takiej drogi zawodowej?
To jest tak, jak w tym powiedzeniu: kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one, czyli robić naukę. Kiedy byłem dzieckiem, w drugiej klasie szkoły podstawowej wybiłem sobie dwa przednie zęby. Biegłem z religii do szkoły – mieszkałem wtedy w przepięknej Kudowie-Zdroju – przeskakiwałem przez parkowe łańcuchy i zahaczyłem. Zęby zostały wybite, a lekarz, który mnie wtedy „opatrywał”, delikatnie mówiąc, nie spisał się najlepiej.
Podczas wakacji opuchłem straszliwie, cierpiałem potwornie i przez wiele dni chodziłem pieszo kilka kilometrów do dentysty, który próbował ratować sytuację. Zęby ostatecznie udało się uratować, a ja – wracając po wakacjach do tego pierwszego lekarza – oświadczyłem, sepleniąc, iż jak dorosnę, to będę lepszym dentystą od niego. Oczywiście potem musiałem go z rodzicami przepraszać, ale przez całą szkołę podstawową i średnią żartowałem, iż idę na stomatologię.
A jednak miał pan wiele innych pomysłów na siebie.
Oczywiście. Gdy zbliżała się matura, rozważałem politechnikę, szkołę oficerską, akademię wychowania fizycznego – tam miałem wstęp bez egzaminów – a choćby szkołę aktorską. Aktorstwo skutecznie wybiła mi z głowy mama, mówiąc, iż mogę skończyć jako halabardzista stojący nieruchomo przez całe przedstawienie. I tak wróciłem do pierwotnego pomysłu – stomatologii.
Studia rozwiały wątpliwości?
Na początku zastanawiałem się, czy nie powinienem był pójść na medycynę. Ale gwałtownie okazało się, iż przez pierwsze trzy lata mieliśmy praktycznie identyczne zajęcia jak studenci medycyny. Od drugiego, trzeciego roku wiedziałem już, iż nie żałuję. Stomatologia dawała ogromne pole do działania. Po studiach chciałem wrócić do rodzinnej Kudowy, ale poznałem przyszłą żonę, która mieszkała we Wrocławiu. Dodatkowo miałem stypendium naukowe i zagwarantowane miejsce pracy na uczelni. Zostałem – i zostało tak do dziś.
Wybrał pan drogę naukową, choć mógł pan pracować wyłącznie klinicznie.
Nie ukrywam, początki były trudne. Przez lata nie wolno nam było prowadzić prywatnych gabinetów, a pensje akademickie były bardzo niskie. Utrzymanie się nie było proste. Ale kiedy już człowiek wejdzie w środowisko akademickie, musi „krakać jak wrony” – robić naukę.
I tak zaczęła się przygoda z periodontologią?
Początkowo pracowałem w pracowni materiałoznawstwa. Klinicznie zajmowaliśmy się protetyką stomatologiczną. Po kilku latach zaproponowano mi przejście do katedry stomatologii zachowawczej, gdzie działała pracownia protetyczna zajmująca się pacjentami z chorobami przyzębia. Warunki pracy były znacznie lepsze, a tematyka – fascynująca. Choroby przyzębia bardzo gwałtownie mnie wciągnęły. Już wtedy zaczynało być jasne, iż stan przyzębia ma związek ze zdrowiem całego organizmu.
W latach 70. skala problemu była ogromna.
Ponad 70 proc. społeczeństwa cierpiało na zaawansowane choroby przyzębia. Panowało przekonanie, iż skoro ktoś je ma, to i tak straci zęby. Leczenie polegało często na ich usuwaniu. Funkcjonowało choćby słynne zdanie, iż choroba przyzębia mija wraz z usunięciem ostatniego zęba. To prawda – ale bardzo smutna.
Pan jednak poszedł w innym kierunku.
Trafiłem na znakomitego szefa, który interesował się chorobami przyzębia i miał kontakty w świecie medycyny. Dzięki temu mogliśmy prowadzić badania interdyscyplinarne – porównywać stan przyzębia z chorobami ogólnoustrojowymi, badać czynniki we krwi i ślinie. Tak trafiłem w immunologię stomatologiczną, która dała mi habilitację i solidny dorobek naukowy.
Z czasem stworzyłem zespół periodontologów – wtedy specjalistów w tej dziedzinie można było policzyć na palcach jednej ręki. Dziś z tego zespołu jest dwóch profesorów tytularnych, a kolejnym osobom pomogłem otworzyć drogę naukową. Z tego jestem szczególnie dumny.
Jak pan ocenia postęp w periodontologii na przestrzeni tych kilkudziesięciu lat?
Ogromny. Zaczynaliśmy od prostych narzędzi i płukanek z Rivanolu. Potem pojawiły się kirety, urządzenia ultradźwiękowe, techniki operacyjne, a w końcu biomateriały do odbudowy kości i sterowana regeneracja tkanek. To była prawdziwa rewolucja. Powiem więcej – postęp w periodontologii porównuję do tego, co wydarzyło się przez te lata w kardiologii. Kiedyś zawał był jak wyrok, dziś jest sygnałem, iż trzeba o siebie zadbać. Podobnie jest z chorobami przyzębia. W stomatologii zachowawczej czy protetyce takiego skoku nie było. Periodontologia naprawdę poszła bardzo daleko.
A mimo to wciąż jest specjalnością niedocenianą.
Bo jest niewdzięczna. To choroba przewlekła, wymagająca współpracy pacjenta i codziennej higieny. Nie da się jej „załatwić” jedną wizytą czy tabletką. Pacjent wraca, bywa niezadowolony, a lekarz musi go stale kontrolować. To odstrasza wielu dentystów. Tymczasem przewlekły stan zapalny w jamie ustnej może wpływać na serce, przebieg ciąży, a choćby choroby neurodegeneracyjne. To naprawdę poważna sprawa.
Jest pan nauczycielem młodych lekarzy. Co najbardziej chce im pan przekazać?
Po pierwsze – trzeba chcieć pomóc pacjentowi i lubić ten zawód. Po drugie – trzeba lubić pacjentów i mieć szacunek do ich choroby. Dzisiaj stomatologia jest w 90 proc. sprywatyzowana. Żartobliwie powtarzam więc studentom: trzeba pacjenta wyleczyć, a przy okazji zarobić, nie odwrotnie. Stomatologia ma opinię zawodu merkantylnego, niesłusznie. Ogromna większość lekarzy pracuje uczciwie, choć koszty sprzętu i materiałów są ogromne.
A dostępność refundowanego leczenia mała…
Problemem jest system. Narodowy Fundusz Zdrowia traktuje stomatologię po macoszemu, jakby była czymś drugorzędnym wobec „prawdziwej” medycyny. Koszyk świadczeń jest nie tylko skrajnie ograniczony, ale często zupełnie nieprzystający do aktualnej wiedzy medycznej. Bywają w nim procedury, które z punktu widzenia lekarza są wręcz działaniem na szkodę pacjenta. Tymczasem zaniedbania w jamie ustnej mają bezpośredni wpływ na zdrowie całego organizmu. Stomatologia nie jest ani luksusem, ani fanaberią – jest integralną częścią ochrony zdrowia.















