Spływ kajakowy „J-elity” na Roztoczu, który odbył się w pierwszej połowie czerwca 2026 roku, był pełen przygód, śmiechu i dowodów na to, iż nie poddajemy się choćby wtedy, gdy pogoda postanawia sprawdzić granice naszej wytrzymałości.

Na kajakowym wyjeździe Towarzystwa„J-elita” byłam po raz pierwszy. Mój syn uczestniczył w nim ze znajomymi w poprzednich latach i bardzo je zachwalał. W tym roku wreszcie udało mi się wygospodarować urlop, więc pojechaliśmy razem.
Naszą bazą był świetny ośrodek wypoczynkowy „Staś” w Krasnobrodzie. Przyjechaliśmy do niego w środę. Po mocno deszczowej podróży, na miejscu było ciepło, słonecznie i aż szkoda było siedzieć w pokoju. Pożyczyłam rower i ruszyłam na wycieczkę po okolicy. Przejechałam przez miasto, odwiedziłam punkty widokowe i przemierzyłam leśne ścieżki wokół zalewu krasnobrodzkiego. Roztocze od pierwszych chwil zrobiło na mnie ogromne wrażenie.
Prawdziwe wyzwanie rozpoczęło się jednak na wodzie. Pierwszy spływ odbył się rzeką Wieprz. Rzeka postanowiła wystawić nas na ciężką próbę i udowodnić, iż ujeżdżanie Wieprza nie jest proste. Poziom wody był bardzo niski, co chwilę walczyliśmy o przetrwanie między zwalonymi drzewami, kłodami i pozostałościami po dawnych mostkach. Trafienie w odpowiedni przesmyk przypominało czasem grę zręcznościową w wersji ekstremalnej.
Trzykrotnie konieczna była prawdziwa akcja ratunkowa. Nasi dzielni panowie bez wahania wchodzili do wody, choć temperatura powietrza nie była sprzyjająca, i przeciągali wszystkie kajaki przez miejsca, których nie dało się pokonać samodzielnie. Dzięki nim cała grupa mogła bezpiecznie kontynuować spływ. Deszcz próbował nas dodatkowo zniechęcać, ale po początkowym ataku wyraźnie stracił zapał, a choćby momentami ustępował miejsca słońcu.Każdego wieczoru spotykaliśmy się na integracyjnych rozmowach, grillach i grach planszowych. Śmiechu było co niemiara, a rozmowy przeciągały się często do późnych godzin nocnych.

Piątek przyniósł zmianę planów. Pogoda wymusiła wcześniejszy wyjazd do Zamościa, gdzie czekała na nas fantastyczna przewodniczka. W bardzo swobodny i wciągający sposób opowiadała o historii miasta, jego mieszkańcach i licznych ciekawostkach. Zwiedziliśmy między innymi katedrę, fortyfikacje oraz wysłuchaliśmy hejnału na płycie rynku, który – dla odmiany od naszego, krakowskiego – grany jest na trzy strony miasta. W stronę trzech bram wjazdowych… lub, jak mówią niektórzy, nie w stronę Krakowa, bo tam siedzi konkurencyjny włodarz czyli król. Dowiedzieliśmy się też, iż można kupić pałac samego Zamoyskiego w wyjątkowo okazyjnej cenie. Podobno nowy właściciel zostanie przez prezydenta miasta osobiście ozłocony. Nie sprawdzaliśmy, ale brzmi zachęcająco.
Po zwiedzaniu udaliśmy się do Zagrody Guciów. Tam poznaliśmy tajniki przygotowywania tradycyjnych roztoczańskich podpłomyków. Niektórzy uczestnicy mogli także własnoręcznie produkować masło staropolską metodą. Efekt pracy został natychmiast poddany testom smakowym i zdał egzamin celująco. Odwiedziliśmy również zabudowania gospodarskie oraz oglądaliśmy imponującą kolekcję minerałów, skamieniałości, amonitów i belemnitów znalezionych w okolicy przez lokalnych pasjonatów.
W sobotę czekał nas kolejny spływ – tym razem rzeką Tanew. W porównaniu z Wieprzem Tanew była szeroka, głębsza i zdecydowanie bardziej relaksująca. Niestety natura uznała, iż robi się zbyt spokojnie, więc przez pierwszą połowę trasy zafundowała nam prawdziwą ścianę deszczu. Nie był to zwykły deszcz. To była ulewa, która sprawiała, iż trudno było stwierdzić, czy siedzimy w kajaku, czy właśnie bierzemy udział w wodnym maratonie.
Na szczęście druga część spływu była ciut-ciut lepsza – to znaczy bez wody z nieba. Niebo zaczęło się przejaśniać, pojawiły się promienie słońca, a my zdążyliśmy choćby częściowo wyschnąć. Nasza załoga dopłynęła do mety tuż przed kolejną ulewą. Mniej szczęśliwi uczestnicy, którzy właśnie odzyskali suche ubrania, zostali chwilę później ponownie solidnie zmoczeni. Powodów do narzekania jednak nie było – śmiechu i żartów starczyłoby na kilka kolejnych wyjazdów. Udowodniliśmy, iż człowiek naprawdę nie jest z cukru.
Wieczorem większość grupy udała się jeszcze do Zwierzyńca, a następnie na pożegnalnego grilla. My niestety musieliśmy wcześniej wracać, ponieważ w niedzielę rano czekały nas obowiązki w Krakowie. Jestem jednak przekonana, iż zabawa trwała do późna i była równie udana jak przez cały pobyt.
A Roztocze? Cóż, pozostawiło po sobie same dobre wspomnienia. Były kajaki, były przygody, byli fantastyczni ludzie i była pogoda, która robiła wszystko, byśmy jej nie zapomnieli. W przyszłym roku spróbujemy ponownie — może tym razem uda się zaliczyć kajaki w pełnym słońcu i trzydziestostopniowym upale. Dla odmiany.
Jedno jest pewne: wszystkim, którzy lubią aktywny wypoczynek, dobrą atmosferę i sporą dawkę śmiechu, taki wyjazd mogę polecić z całego serca!
Małgorzata Knorr
fot. Krzysztof Modrzejewski













