Przeszedł 1446 kilometrów dla Marcelinki – „Nie żałuję ani jednego kroku”

ostrow24.tv 2 godzin temu
Zdjęcie: Przeszedł 1446 kilometrów dla Marcelinki – „Nie żałuję ani jednego kroku”


30 dni, 1446 kilometrów, plecak ważący około 20 kilogramów i jeden najważniejszy cel – pomoc małej Marcelince. Wczoraj o godzinie 15:00 zakończyła się niezwykła wyprawa, która od początku była czymś więcej niż tylko próbą własnych sił. Jej finał nastąpił na Krzemieńcu.

To były bezdyskusyjnie najcięższe i najtrudniejsze 30 dni w moim życiu, ale nie żałuję ani jednego kroku. Szedłem tu dla Marcelinki, żeby pomóc jej w walce o powrót do pełnej sprawności – podsumował po dotarciu do celu.

Ostatni etap był zwieńczeniem tygodni ogromnego wysiłku. Wędrowiec zameldował się na Krzemieńcu dokładnie o godzinie 15:00. Na miejscu czekali na niego funkcjonariusze Straży Granicznej, na czele z komendantem rejonu z Wetliny.

Była chwila oddechu, pamiątkowe zdjęcia i wyjątkowa kawa wypita na szlaku. Potem funkcjonariusze Straży Granicznej zwieźli go na dół.

Na tym jednak dzień się nie skończył.

Na dole czekała już ekipa programu „Pytanie na śniadanie”. Rozmowa i nagrania zajęły na tyle dużo czasu, iż powrót do domu tego samego dnia stał się niemożliwy. Do Przemyśla udało się dotrzeć dopiero po godzinie 21:00. Zapadła więc decyzja, by zostać tam na noc.

Dopiero po odpoczynku przyjdzie czas na dokładne podsumowanie wyprawy, a także informacje dotyczące zapowiadanych licytacji oraz wyjątkowych pamiątek – kubka i dzwoneczka.

Ostatnie kilometry były walką z własnymi granicami

Jeszcze dzień wcześniej, podczas 29. dnia wyprawy, wędrowiec przemierzał Bieszczady. Za sobą miał już Beskid Niski, a na liczniku 1408 kilometrów.

Tego dnia pokonał 46 kilometrów i dotarł do Balnicy. Po drodze spotkał zaledwie kilka osób. Wieczorem wydarzyło się jednak coś, co na długo pozostanie w jego pamięci – na trasie pojawił się samotny wilk.

Samotny. Dokładnie tak jak ja – wspominał.

Choć plan zakładał dalszą wędrówkę, analiza trasy pokazała, iż do kolejnego bezpiecznego miejsca noclegowego zostało jeszcze około 15 kilometrów. Po 46 kilometrach marszu decyzja mogła być tylko jedna – ostatnią noc przed finałem spędzić pod dachem.

Wtedy do Krzemieńca pozostawało około 37 kilometrów.

I nic już nie mogło go zatrzymać.

Ta droga pokazuje, iż nie ma rzeczy niemożliwych, iż granice są naprawdę tylko w naszych głowach – mówił.

Podkreślał również, iż sam każdego dnia musiał mierzyć się nie tylko z dziesiątkami kilometrów, ale także z ciężkim plecakiem, przygotowywaniem jedzenia, organizacją wody czy praniem. Przy 50 kilometrach dziennie w górskim terenie oznaczało to choćby około 12 godzin marszu.

Ale od początku najważniejsza była Marcelinka.

Jej życie od początku było walką

Marcelina Marcisz urodziła się 19 sierpnia 2024 roku. Miały to być jedne z najpiękniejszych chwil w życiu jej rodziców. Zamiast tego niemal od razu pojawił się strach.

Krótko po narodzinach lekarze zauważyli podczas USG nietypowe zmiany w mózgu dziewczynki. W piątej dobie życia Marcelka dostała pierwszego ataku drgawek. Rodzina została przetransportowana do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.

Tam padła diagnoza: hemimegalencefalia z polimikrogyrią prawej półkuli mózgu – bardzo rzadka i ciężka wada wrodzona, która może objawiać się m.in. lekooporną padaczką.

Przez wiele dni lekarze szukali odpowiedniego leczenia. Marcelka była bardzo ospała, a jej rodzice z ogromnym niepokojem obserwowali pierwsze tygodnie życia córeczki.

Z czasem udało się adekwatnie dobrać leki, dzięki czemu liczba napadów znacząco się zmniejszyła.

Niestety, sytuacja wciąż wymaga ogromnej pracy.

Wyniki EEG przez cały czas nie napawają optymizmem. Hemimegalencefalia może w przyszłości wymagać dalszej interwencji, a niewykluczone, iż konieczna będzie również operacja neurochirurgiczna. Na ten moment jest jednak zbyt wcześnie, by przesądzać o takim scenariuszu.

Pewne jest natomiast jedno – Marcelka potrzebuje intensywnej i regularnej rehabilitacji.

To właśnie dlatego powstała zbiórka, której nagłośnieniu podporządkowana została cała niezwykła wyprawa.

1446 kilometrów nie dla rekordu. Dla dziecka

Wędrowiec od początku powtarzał, by nie skupiać uwagi wyłącznie na nim.

Jego zdaniem prawdziwym celem tej drogi było pokazanie historii Marcelinki i dotarcie z apelem do jak największej liczby osób.

Ta moja wyprawa, ta moja droga, była głównie po to, żeby nagłośnić tę zbiórkę – podkreślał.

I właśnie dlatego 1446 kilometrów ma dziś znaczenie większe niż sam wynik.

To 30 dni zmęczenia, bólu, samotności, długich godzin marszu i walki z własnymi słabościami. Ale przede wszystkim – 30 dni walki o to, by ktoś usłyszał o małej dziewczynce, która od pierwszych dni życia musi walczyć o swoją sprawność i przyszłość.

Walczcie w życiu tak samo, jak walczę ja, jak walczy Marcelinka. Przede wszystkim trzeba wierzyć w to, co się robi, bo jeżeli głowa się nie podda, to nasz organizm wytrzyma naprawdę wiele – mówił przed finałem.

Teraz wyprawa dobiegła końca. Został odpoczynek, podsumowania i kolejne działania związane ze zbiórką.

Ale dla Marcelinki najważniejsza walka wciąż trwa.

I, jak przypominają jej bliscy, na wsparcie dla małej wojowniczki nigdy nie jest za późno.

https://www.siepomaga.pl/granica-wytrzymalosci-i-zycie

Idź do oryginalnego materiału