"Pokolenie komfortu" wszystko nazywa dziś traumą. Ekspert: Ostrzegałem przed skutkami

natemat.pl 17 godzin temu
– Rodzice, obawiając się, iż każde ich słowo lub odmowa może mieć negatywne skutki dla całego życia dziecka, zaczynają funkcjonować w przekonaniu, iż adekwatnie nie da się wychowywać bez wywołania traumy. W efekcie natychmiast spełniają większość jego oczekiwań, bo w tle pojawia się wyobrażona konsekwencja: "jeśli powiem nie, pozostawi to ślad na całe życie" – mówi w rozmowie z naTemat dr. n. med. Sławomir Murawiec, psychiatra i psychoterapeuta.


Aleksandra Tchórzewska: Zamieścił pan na swoim profilu w mediach społecznościowych mój tekst o mrocznej stronie dbania o siebie. Wywiązała się pod nim gęsta dyskusja. Jedni się zgadzali, inni ostro protestowali.

Dr hab. n. med. Sławomir Murawiec, psychiatra, psychoterapeuta: To, co działo się w komentarzach, to idealny przykład coraz bardziej nasilającego się współcześnie sposobu przetwarzania informacji. Ludzie dostrzegają jakiś fragment informacji, który im rezonuje z własnymi poglądami, ale nie zawsze rozumieją całościowy przekaz tej publikacji – czują za to przymus natychmiastowego ocenienia, skomentowania lub zaprotestowania. Przy dzisiejszym stylu reagowania, odbiorca często sugeruje się tym, co już ma w głowie, a nie tym, co zostało napisane. Nie dociera swoim rozumieniem do sedna tekstu. Pojawia się słowo-klucz, np. "self-care", i natychmiast uruchamia lawinę uprzednich skojarzeń.

Ludzie, którzy uważają, iż trzeba o siebie dbać, od razu przekonują: "Jak to, przecież nie wolno się zaniedbywać!". I oczywiście mają rację, tyle iż pani w rozmowie o self-care próbowała zasygnalizować i dotknąć czegoś znacznie bardziej zniuansowanego. Moim głównym wrażeniem z tamtej dyskusji była bezradność wobec faktu, iż każdy mówi "swoje", ignorując sens tekstu.

Nie mogę powiedzieć, iż się nie zgadzałem z większością tych komentarzy, one były sensowne, nie polemizowałem z nimi. Tylko dotyczyły różnych innych tematów, które się osobom komentującym skojarzyły.

Bałam się, iż zostanę "zjedzona" za podważanie prawa do stawiania siebie na pierwszym miejscu. W końcu walczyły o to nasze matki i babki. A jednak to pan zareagował na ten tekst najmocniej.

Zareagowałem, bo widzę w tym głębsze zjawisko kulturowe. Ale, jak ja zrozumiałem, pisała pani o roli nadmiernie eksponowanego dbania o własny komfort jako zjawisku codziennym. Natomiast dbanie o siebie w sytuacjach kryzysowych – gdy jesteśmy wyczerpani opieką nad innymi lub gdy samolot spada i trzeba najpierw założyć maskę tlenową sobie, potem pomoc innym – jest absolutnie niezbędne. To zdrowy rozsądek.

Problem polega na tym, iż tę argumentację z sytuacji ekstremalnych przenosi się na codzienne, zwykłe życie. To droga do izolacji. Nie mówimy tu o ucieczce z przemocowej rodziny, z której trzeba wyjść, ale o sytuacjach, które nie są stanem wyczerpania ani zagrożenia życia. Tamta argumentacja służy zupełnie czemuś innemu.

Spytam wprost: można "przedawkować" samego siebie? Tak bardzo o siebie dbać, iż aż staje się to obsesyjne?

Pewnie tak. Widzę tu dwa zjawiska. Pierwsze to imperatyw komfortu: "muszę czuć się zawsze dobrze, zawsze w zgodzie ze swoim dobrostanem". Z tym powiązany jest nieco starszy koncept: "wszystko inne jest naruszeniem moich granic". W tym sensie pojawia się rozumienie stanu idealnego istnienia jako życia pozbawionego stanów dyskomfortu i wymagań ze strony innych ludzi.

Jeśli ustawimy tak swoje wyobrażenia, iż za jedyny pożądany stan zaczynamy przyjmować stałe poczucie komfortu, to każda relacja gwałtownie staje się jakoś dyskomfortowa.

Wracając do pani pytania o przedawkowanie samego siebie, możemy pomyśleć, iż wyobrażenie, które mamy w umyśle, decyduje. Z punktu widzenia tego wyobrażenia oceniamy i podejmujemy decyzje.

I tu pojawia się mechanizm, który ja widzę w kategoriach wpływu popularnych przekazów psychologicznych na codzienność. Język terapeutyczny ma często zastosowanie do opisu sytuacji, w których ludzie przychodzą po pomoc. Kiedy szukamy profesjonalnej pomocy w sytuacjach skrajnych – przemocy, nadużyć czy głębokich konfliktów – korzystamy z konkretnych narzędzi.

Problem pojawia się, gdy te same szablony przenosimy na grunt codziennych relacji i nieuniknionych napięć społecznych. Zaczynamy wtedy opisywać zwykłe życie dzięki definicji stworzonych dla sytuacji kryzysowych.

W rezultacie, zamiast regulować relacje, zaczynamy je redukować lub zniekształcać: ograniczamy kontakt, wycofujemy się i uciekamy przed trudnymi emocjami, wszędzie dopatrując się "przekroczenia granic". Tracimy przy tym szansę na naukę akceptacji złożoności drugiego człowieka i budowanie autentycznej, trwałej więzi.

Paradoks może polegać na tym, iż im bardziej ktoś próbuje zabezpieczyć swój dobrostan poprzez eliminację wszelkiego dyskomfortu, tym mocnej staje się wrażliwy na najmniejsze obciążenia psychiczne.

A jakie jest drugie zjawisko?


Drugim zjawiskiem jest to, co można by nazwać autoreferencyjnością – stałym odnoszeniem napływających informacji do własnej osoby i filtrowaniem ich przez pytanie: "Co to mówi o mnie i czy wypadam wystarczająco dobrze?". Oglądamy media społecznościowe i natychmiast pojawia się porównywanie siebie oraz własnego życia do innych. choćby gdy zamkniemy aplikację i się wylogujemy – to porównywanie i ocenianie zostaje w nas. Wewnętrznie się nie wylogowujemy.

Uwaga przestaje być skierowana na rzeczywistość zewnętrzną taką, jaka ona jest, a zaczyna koncentrować się na sobie jako obiekcie myślenia, porównań i autoprezentacji. Zastanawiamy się, jaki post zamieścić, by przebić to, co widzieliśmy, albo chociaż podtrzymać uwagę świata.

W praktyce oznacza to, iż doświadczenia innych ludzi nie są przeżywane jako informacje o świecie, ale jako komunikaty o naszej własnej wartości. Wakacje znajomych oglądane w mediach społecznościowych nie są wtedy odbierane jako neutralna informacja, ale jako niejawne porównanie i dowód: "Ja sobie radzę gorzej", "Moje życie jest mniej udane". A to prowadzi do ocen: "Jestem do niczego", "Jestem przegrany". Widok znajomych pod palmami, w wyniku ciągu przekształceń, zamienia się w surową ocenę samego siebie.

Dalsza część tekstu poniżej


Powstaje szczególny paradoks. W pewnym sensie jesteśmy na sobie nieustannie skupieni, czyli "przedawkowujemy siebie" – ale nie dlatego, iż siebie akceptujemy, ale dlatego, iż bez przerwy się obserwujemy. Nie akceptując siebie, musimy gorączkowo podciągać własną wartość w oczach innych. Zamiast uczestniczyć w życiu, monitorujemy własne funkcjonowanie w świecie globalnych porównań. choćby po zakończonej rozmowie czy spotkaniu uwaga nie wraca do świata, tylko do autoewaluacji: "Jak wypadłem?", "Czy powiedziałem coś głupiego?", "Co oni teraz o mnie myślą?".

To nie jest już zwykła refleksyjność, ale utrwalony tryb funkcjonowania poznawczego, przypominający permanentny egzamin, w którym człowiek jest jednocześnie zdającym i surowym egzaminatorem.

Zjawisko to nasila się szczególnie u osób młodych oraz u kobiet, prawdopodobnie dlatego, iż podlegają one silniejszej społecznej ocenie wyglądu, kompetencji i pozycji, a środowisko komunikacji internetowej dostarcza nieustannej, natychmiastowej informacji zwrotnej w postaci reakcji, komentarzy i porównań.

W efekcie rośnie koncentracja na własnym wizerunku psychicznym i społecznym, a maleje zdolność do spontanicznego doświadczania chwili bez kontekstu porównywania się. Wyjeżdżamy w końcu pod te upragnione palmy – i myślimy głównie o tym, jakie zdjęcie zrobić i pokazać, a nie o tym, jak jest tu pięknie. Umysł pozostaje stale zajęty porównaniami i eksponowaniem siebie.

Kiedyś było inaczej? Ta potrzeba porównywania się nie była tak silna?


W czasach analogowych człowiekowi by to do głowy nie przyszło. Człowiek wracał z pracy i poza domownikami nikt nie miał do niego dostępu. Jakieś globalne porównania z osobami z Paryża nie były choćby wyobrażalne. Ekspozycja społeczna była epizodyczna, a nie ciągła – można było się pokazać odświętnie, na jakimś święcie, np. w zakładzie pracy. Raz do roku wystroić, zaprezentować i na tym sprawa się kończyła. Zdjąć odświętne ubrania w domu i zająć się czymś. Następował powrót do zwyczajnego życia, bez stałego, nieświadomego monitorowania własnego wizerunku wobec setek oczu...

Dziś proces porównywania trwa adekwatnie bez przerwy, bo przestrzeń społeczna nie ma już wyraźnych granic czasowych i określonego miejsca: jest dostępna przez całą dobę i stale dostarcza skłaniających do oceny siebie okazji. telefony są z nami zawsze, a więc zawsze mogę się zacząć zastanawiać nad swoją wartością, oceną, przeglądać w lustrze polubień.

Ma to także swoje korzenie w przemianach kulturowych okresu transformacji. Gdy kończył się komunizm i zaczynał kapitalizm, pojawiły się nowe przekazy normatywne między innymi popularne kolorowe magazyny, które promowały ideę indywidualnego samospełnienia: "liczysz się przede wszystkim ty", "jeśli coś ci nie odpowiada, odejdź". Dla wielu osób był to istotny i potrzebny impuls emancypacyjny. Problem zaczyna się wtedy, gdy zasada ta zostaje potraktowana jako uniwersalna strategia regulowania wszystkich relacji.

Bo relacje – poza sytuacjami przemocy czy nadużyć – z natury rzeczy zawierają napięcie, rozczarowanie i konieczność kompromisu. jeżeli podstawową odpowiedzią na trudność staje się wycofanie, to owszem, krótkoterminowo przynosi ono ulgę, ale długoterminowo prowadzi do samotności. To jest koszt, o którym uproszczone przekazy psychologiczne rzadko mówią: chroniąc się przed dyskomfortem relacyjnym, chronimy się jednocześnie przed więzią.

Czyli ta dzisiejsza "dyktatura komfortu" to po prostu nowa odsłona tego samego mechanizmu?


Właśnie tak. Z mojej perspektywy przekazy medialne i uproszczone komunikaty psychologiczne co pewien czas podsuwają ludziom gotowe instrukcje życia. Po jakimś czasie okazuje się jednak, iż dana instrukcja, przedstawiana jako jedyna i optymalna przez kilka lat, w pewnych obszarach okazuje się dysfunkcyjna i nie przystaje do realnych zasad funkcjonowania człowieka i społeczeństwa. Pojawia się więc kolejna propozycja, która ma ją zastąpić. Problem polega na tym, iż pokolenia, które wcześniej w tę poprzednią wizję uwierzyły i według niej podejmowały ważne decyzje życiowe, zostają z jej konsekwencjami – na przykład z poczuciem pustki, rozczarowania i porażki życiowej.

Trochę przypomina to sytuację z mediami społecznościowymi: najpierw były powszechnie używane, a dopiero po latach zaczęto otwarcie mówić o ich kosztach psychologicznych. Teraz pojawia się refleksja i próby ochrony młodszych – ograniczanie dostępu, regulacje, zalecenia ostrożności – natomiast ci, którzy przez wiele lat kształtowali swoje życie i relacje w tamtym środowisku, pozostają z jego skutkami.

Oczywiście dobrze, iż taka refleksja się pojawia, ale osoby, które przez długi czas kierowały się proponowanymi im "prawdami", mogą znaleźć się w sytuacji, w której trudno im już zmienić to, co zostało wyuczone w okresie nabywania wiedzy o świecie...

Czy w pana gabinecie pojawia się nowy typ pacjenta? Taki "przedawkowany samym sobą"?


Tak. Szczególnie widzę to u osób funkcjonujących w wyobrażeniu konieczności osiągnięcia w młodym wieku globalnego, spektakularnego sukcesu. W ich przeżywaniu normą przestaje być stopniowo budowana kariera i doświadczenia życiowe, a podstawowym punktem odniesienia staje się wyobrażenie o wyjątkowych osiągnięciach.

Jeżeli na przykład do dwudziestego pierwszego albo do trzydziestego roku życia nie pojawia się pozycja kojarzona z ponadprzeciętnym powodzeniem, rodzi to poczucie porażki oraz przekonanie, iż "jest już za późno", "moje życie się skończyło", mimo iż przecież proces kształtowania drogi życiowej dopiero się rozpoczyna.

Jednocześnie obserwuję zjawisko przeciwne – u części jeszcze młodszego pokolenia pojawia się raczej pustka tożsamościowa niż nadmierna ambicja. Nie chodzi już o to, iż nie osiągnęli sukcesu, ale o to, iż nie bardzo wiedzą, do czego mieliby dążyć. Coraz częściej słyszę pytanie nie "jak żyć?", ale "po co w ogóle żyć?".

Stała presja porównawcza i konieczność nieustannego określania własnej wartości wobec abstrakcyjnych standardów dezorganizuje wielu osobom codzienne funkcjonowanie, utrudnia podejmowanie zobowiązań i budowanie długofalowych planów.

Czy to słynne pokolenie "płatków śniegu"?


Nazwałbym to inaczej. Jonathan Haidt w książce "Niespokojne pokolenie. Jak wielkie przeprogramowanie dzieciństwa wywołało epidemię chorób psychicznych" opisuje, jak przeszliśmy z podwórka opartego na eksploracji i autonomii, do dzieciństwa opartego na ekranach i totalnym nadzorze. Dominująca dziś postawa społeczna każe usuwać spod nóg dziecka wszelkie przeszkody i niedogodności. Dziecko musi być w ciągłym komforcie.

Efekt? Młody człowiek dorasta w świecie obrazów, a nie działania. Gdy potem idzie do pracy i szef zwróci mu uwagę, to nie jest informacja zwrotna, tylko niemal "trauma". Brak konfrontacji z realnym trudem sprawia, iż każde pęknięcie na obrazie "idealnego ja" staje się katastrofą.

To zresztą kolejny paradoks.

Tymczasem również takie postępowanie ma rezultaty na całe życie. Dziecko nie uczy się doświadczać ograniczeń, czekać ani znosić napięcia związanego z niespełnieniem potrzeby. W dorosłości może to prowadzić do niskiej tolerancji frustracji, trudności w podejmowaniu wysiłku i regulowaniu emocji, a także do przekonania, iż każda przeszkoda jest czymś nienormalnym, a nie naturalną częścią życia.

Wszystko dziś nazywamy traumą?


Nawet niezapakowane kredki do plecaka potrafią być dziś nazywane "traumą rozwojową". jeżeli wszystko jest traumą, to nic nią nie jest. To rozmywa prawdziwe cierpienie i paraliżuje naszą odporność. Skoro "ekspert" na Instagramie mówi, iż masz prawo odciąć się od każdego, kto sprawia ci dyskomfort, ludzie to robią. Budują sobie w ten sposób emocjonalne więzienie.

Ostrzega pan przed tym od lat. Co pan czuje?


Czuję bezradność, bo ten zredukowany, skrajnie uproszczony przekaz psychologiczny stał się dominujący. Próbowałem o tym mówić, polecałem lektury w rodzaju "Psychobzdur" Stephena Briersa, ale machina pop-psychologii i coachingu jest silniejsza. choćby rozsądne osoby reagowały mówieniem, iż groźne jest poruszanie tych tematów w przestrzeni społecznej. Ludzie słyszą te rady ze wszystkich stron i traktują je jak prawdy objawione.

Widać to choćby na przykładzie pani artykułu. Gdy tylko zaczyna się o tym mówić, temat zostaje natychmiast zakrzyczany i obrócony w absurd. Pani opisuje ważne zjawisko społeczne, a w odpowiedzi słyszy: "Tak, tak, to ja mam być wyczerpana? Przecież wreszcie mogę postawić na swoim!". To jest całkowite niezrozumienie sedna problemu.

Jaka jest pana puenta dla tych, którzy chcą wyjść z tej pułapki?


Paradoksalnie, im bardziej jesteśmy skupieni na sobie i monitorowaniu własnego komfortu, tym częściej czujemy się nieszczęśliwi i odizolowani. Prawdziwe życie oraz relacje z innymi ludźmi nierozerwalnie wiążą się z wysiłkiem i dyskomfortem. jeżeli będziemy ich unikać w imię źle pojętego "self-care", niszczymy tkankę społeczną i własną odporność. Musimy na nowo nauczyć się odróżniać sytuacje ratowania życia od zwykłej codzienności.

Idź do oryginalnego materiału