Okiem naczelnego: Szkoła przetrwania. Czy nasze dzieci są jeszcze bezpieczne?

razemztoba.pl 1 dzień temu

Są takie wiadomości, po których człowiek na chwilę odkłada telefon, patrzy przed siebie i zastanawia się, w jakim adekwatnie świecie przyszło nam wychowywać dzieci. Są też takie, po których jako rodzic zaczyna zadawać sobie pytania, na które niekoniecznie chce poznać odpowiedź. Czy moje dziecko jest bezpieczne? Czy szkoła, do której codziennie je wysyłam, rzeczywiście jest miejscem, w którym nic złego mu się nie stanie? Chciałbym wierzyć, iż tak. Naprawdę chciałbym. Problem w tym, iż coraz trudniej mi tę wiarę utrzymać.

Ostatnie wydarzenia na Mazowszu każą zadać te pytania jeszcze głośniej. W Ostrołęce 19-letni uczeń zaatakował nożem osoby przebywające w szkole. Kilka osób trafiło do szpitala. Dzień później, w Leszczydole-Nowinach pod Wyszkowem, 15-latek zaatakował pracowników szkoły podstawowej. Zginęła 37-letnia kobieta, a dwie kolejne osoby zostały ranne. W Sierpcu policja udaremniła kolejny potencjalny atak z użyciem noży. To wszystko w ciągu zaledwie dwóch dni.

W niektórych mazowieckich szkołach odwołano zajęcia, a rodzice zastanawiają się, czy w ogóle posyłać dzieci do placówek. Jeszcze niedawno podobne informacje kojarzyły nam się głównie z doniesieniami zza oceanu. Teraz dotyczą miejscowości oddalonych od naszych domów o kilkadziesiąt czy kilkaset kilometrów.

I nie, nie zamierzam przekonywać, iż polskie szkoły stały się nagle siedliskiem przemocy, w którym za każdym rogiem czai się młody człowiek z nożem. To byłoby nieuczciwe wobec tysięcy nauczycieli i milionów uczniów. Nie zamierzam też udawać, iż kilka dramatycznych wydarzeń wystarczy, by udowodnić, iż podobnych ataków będzie coraz więcej. Obawiam się jednak, iż takich sytuacji możemy doświadczać częściej. I ta obawa wcale nie bierze się znikąd.

Szkoła od zawsze była swego rodzaju poligonem. Miejscem, w którym nie bierze się jeńców. Kto chodził do szkoły, ten doskonale wie, o czym mówię. Dzieci potrafią być wobec siebie bezwzględne. Czasem znacznie bardziej niż dorośli. Jedno nieodpowiednie słowo, wygląd, sposób ubierania się, sytuacja materialna, niepełnosprawność, zainteresowania czy zwyczajna odmienność wystarczą, żeby stać się obiektem drwin, wykluczenia albo upokorzenia. Szkoła potrafi kształtować charakter, uczyć samodzielności, odporności i odpowiedzialności. Ale potrafi też ten charakter zwyczajnie złamać. I nie potrzeba do tego noża. Czasami wystarczy kilka lat konsekwentnego niszczenia czyjegoś poczucia własnej wartości.

Ktoś powie, iż przecież zawsze tak było. Oczywiście. Tylko iż kiedyś inni byli uczniowie, inni rodzice, inni nauczyciele i inna była rzeczywistość. Nie twierdzę, iż lepsza. Była po prostu inna. Konflikt między uczniami najczęściej kończył się wraz z ostatnim dzwonkiem. Dziś potrafi trwać przez całą dobę. Szkolny korytarz przeniósł się do internetu, do komunikatorów, grup klasowych i mediów społecznościowych. Upokorzenie nie kończy się już po wyjściu za szkolną bramę. Można je nagrać, opublikować, udostępnić i oglądać setki razy. A dziecko, które jeszcze kilkanaście lat temu mogło schować się przed szkolnymi oprawcami we własnym pokoju, dziś często choćby tam nie znajduje spokoju.

I tu dochodzimy do rzeczy, która jako rodzica przeraża mnie chyba najbardziej. Można stworzyć dziecku naprawdę dobry dom. Pełen miłości, rozmów, zainteresowania i poczucia bezpieczeństwa. Można być obecnym, słuchać, wspierać, tłumaczyć i wychowywać najlepiej, jak się potrafi. A potem każdego ranka wypuszczać to dziecko do świata, nad którym nie ma się już praktycznie żadnej kontroli. Do świata cudzych emocji, frustracji, kompleksów i problemów. Do świata, w którym wystarczy znaleźć się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie. I nie ma znaczenia, czy nasze dziecko jest grzeczne, dobrze się uczy, nikomu nie dokucza i stara się trzymać z dala od konfliktów. Bo przecież ofiary przemocy nie zawsze mają z samym konfliktem cokolwiek wspólnego.

A co na to wszystko nasz system edukacji? Otóż system ma się całkiem nieźle. Przynajmniej jeżeli mierzyć jego kondycję liczbą sporów, konferencji prasowych, zapowiedzi reform i politycznych przepychanek. Od lat z niezwykłą konsekwencją spieramy się o liczbę godzin religii, listę obowiązkowych lektur, nowe przedmioty, stare przedmioty, zakres podstawy programowej i to, jakie wartości szkoła powinna przekazywać młodemu człowiekowi. Każda kolejna ekipa ma swoją wizję edukacji. Każda wie najlepiej, co należy zmienić, usunąć, przywrócić albo przemianować. Jedni chcą więcej tego, drudzy mniej tamtego. Jedni bronią tradycji, drudzy zapowiadają nowoczesność. Jedni oskarżają drugich o ideologizację, podczas gdy sami równie chętnie traktują szkołę jak pole politycznej bitwy.

Żeby była jasność, program nauczania, lektury czy miejsce religii w szkole to również ważne tematy. Można i trzeba o nich rozmawiać. Tylko iż chciałbym wreszcie usłyszeć równie głośną, równie zaciętą i równie konsekwentną debatę o tym, dlaczego dzieci boją się chodzić do szkoły. Dlaczego uczeń, który doświadcza przemocy, czasami miesiącami pozostaje z problemem sam. Dlaczego nauczyciel coraz częściej musi być jednocześnie pedagogiem, psychologiem, mediatorem i strażakiem gaszącym emocjonalne pożary, choć sam nie zawsze ma odpowiednie wsparcie. Dlaczego szkolny psycholog bywa osobą, do której dostęp jest ograniczony, a rozmowa z nim wciąż dla części uczniów oznacza ryzyko otrzymania kolejnej etykietki.

I dlaczego tak łatwo przychodzi nam dyskutowanie o tym, czego dziecko powinno się nauczyć, a tak trudno o tym, czy w ogóle ma warunki, żeby spokojnie się uczyć.

Najbardziej przewidywalny jest jednak scenariusz po każdej kolejnej tragedii. Najpierw szok, później kondolencje, zapewnienia o wsparciu, narady, komunikaty i zapowiedzi konkretnych działań. Dowiadujemy się, iż szkoły przeprowadzą dodatkowe rozmowy z uczniami, zajęcia dotyczące bezpieczeństwa, warsztaty radzenia sobie z emocjami czy lekcje reagowania w sytuacjach kryzysowych. I prawdopodobnie część tych inicjatyw rzeczywiście jest potrzebna. Nie zamierzam tego wyśmiewać, szczególnie gdy prowadzą je ludzie, którzy naprawdę wiedzą, jak pomóc dzieciom po traumatycznych doświadczeniach.

Tylko czy naprawdę ktoś wierzy, iż jedna pogadanka rozwiąże problemy narastające miesiącami, a czasem latami? Że czterdzieści pięć minut rozmowy o emocjach sprawi, iż zniknie przemoc, samotność, odrzucenie i agresja? Że po rozdaniu ulotek, przeprowadzeniu warsztatów i odnotowaniu wszystkiego we właściwym sprawozdaniu będziemy mogli spokojnie wrócić do codzienności?

Bo właśnie tego obawiam się najbardziej. Że znów odbędą się spotkania, zostaną sporządzone notatki, dyrektorzy przedstawią raporty, urzędnicy ogłoszą podjęcie działań, politycy zapewnią o najwyższej trosce, a potem wszyscy uznają, iż temat został załatwiony. Odhaczone. Można wracać do znacznie bardziej medialnych sporów. Na przykład o to, czy uczniowie powinni czytać tę czy inną książkę.

Tymczasem bezpieczeństwo w szkole nie zaczyna się od wykrywacza metalu przy wejściu. Nie zaczyna się choćby od dodatkowej kamery na korytarzu. Zaczyna się znacznie wcześniej. Od zauważenia dziecka, które od tygodni siedzi samotnie. Od potraktowania poważnie informacji o przemocy. Od nauczyciela, który ma czas dostrzec coś więcej niż brak pracy domowej. Od rodzica, który potrafi przyjąć do wiadomości, iż jego ukochany syn lub córka niekoniecznie jest aniołem. Od szkoły, która nie zamiata problemów pod dywan w obawie przed pogorszeniem statystyk czy opinii o placówce. Wreszcie od systemu, który daje ludziom pracującym z dziećmi narzędzia do reagowania, zanim będzie za późno.

I jeszcze jedno. Nie chciałbym, żebyśmy po tragediach na Mazowszu poszli najłatwiejszą drogą i zaczęli szukać jednego winnego całego zła. Nie każdy młody człowiek, który jest zamknięty w sobie, samotny, przeżywa kryzys psychiczny albo nie radzi sobie z emocjami, stanowi zagrożenie. Wręcz przeciwnie, bardzo często sam potrzebuje pomocy. Nie znamy też wszystkich okoliczności ostatnich ataków, dlatego przypisywanie sprawcom konkretnych motywów byłoby dziś zwykłym zgadywaniem. Ale właśnie dlatego tak ważne jest, żeby zamiast budować kolejne stereotypy, zacząć poważnie rozmawiać o profilaktyce, rozpoznawaniu zagrożeń i realnym wsparciu.

Nie mam również złudzeń, iż uda się stworzyć szkołę, w której nigdy nie wydarzy się nic złego. Takiego świata po prostu nie ma. Można jednak stworzyć szkołę, która szybciej zauważa problemy, odpowiedzialniej na nie reaguje i nie zostawia dzieci samych z tym, czego nie potrafią jeszcze zrozumieć ani udźwignąć. Do tego potrzebujemy nie tylko psychologów, pedagogów i dobrze przygotowanych nauczycieli, ale również rodziców, którzy przestaną traktować wychowanie jako wyłączny obowiązek szkoły. Bo szkoła nie zastąpi domu, tak samo jak choćby najlepszy dom nie jest w stanie zastąpić odpowiedzialnej szkoły.

Piszę to wszystko nie tylko jako dziennikarz, który od lat obserwuje rzeczywistość społeczną, ale przede wszystkim jako ojciec. Człowiek, który wie, iż nie da się przez całe życie trzymać dzieci za rękę i osłaniać ich przed każdym niebezpieczeństwem. Wiem, iż muszą popełniać błędy, doświadczać rozczarowań, uczyć się samodzielności i radzenia sobie z trudnościami. Tylko jakoś nie potrafię zaakceptować myśli, iż jednym z elementów tej nauki ma być strach przed drugim człowiekiem. Że wysyłając dziecko do szkoły, mam zastanawiać się nie tylko nad tym, czy nauczy się matematyki, historii czy języka polskiego, ale również nad tym, czy wróci do domu całe i zdrowe.

Kiedyś rodzice pytali dzieci po powrocie ze szkoły, jaką dostały ocenę. Dziś coraz częściej powinniśmy pytać, jak się w tej szkole czują. Czy ktoś ich nie krzywdzi. Czy czegoś się nie boją. Czy mają z kim porozmawiać. I czy przypadkiem za prostym „wszystko w porządku” nie kryje się coś, o czym boją się nam powiedzieć.

Chciałbym, żeby podobne pytania zaczęli sobie zadawać również ludzie odpowiedzialni za polską edukację. Nie tylko przy okazji kolejnej tragedii, ale każdego dnia. Bez względu na to, kto akurat sprawuje władzę i jakie ma poglądy na religię, literaturę czy wychowanie.

Bo można mieć najlepszą podstawę programową na świecie, najnowocześniejsze podręczniki i doskonale wyposażone sale lekcyjne. Można uczyć dzieci kompetencji przyszłości, sztucznej inteligencji i języków obcych. Można przeprowadzać reformę za reformą i z dumą prezentować kolejne osiągnięcia edukacyjne. Tylko co nam po tym wszystkim, jeżeli nie potrafimy zapewnić dziecku jednej z najbardziej podstawowych rzeczy, czyli poczucia bezpieczeństwa?

Szkoła powinna przygotowywać do życia, a nie zmuszać do codziennej walki o przetrwanie. Powinna budować ludzi, a nie ich łamać. Powinna uczyć, jak rozwiązywać konflikty, a nie być miejscem, w którym konflikty przeradzają się w tragedie.

I może właśnie od tego należałoby rozpocząć kolejną wielką reformę polskiej edukacji. Nie od następnej politycznej awantury, nie od kolejnej zmiany listy lektur i nie od uroczystego ogłoszenia nowego przedmiotu.

Od prostego pytania: czy nasze dzieci są w szkole bezpieczne? Bo jako ojciec naprawdę nie chciałbym któregoś dnia dowiedzieć się, iż moje dziecko było świetnie przygotowane do egzaminu, ale nikt nie zdołał ochronić go przed przemocą. A co najgorsze, iż wszyscy wcześniej wiedzieli o problemie. Tylko akurat byli zajęci czymś znacznie ważniejszym. Przynajmniej z politycznego punktu widzenia.

Idź do oryginalnego materiału