Okiem naczelnego: Pracownik dostał wolne. Pacjent stracił zabieg

razemztoba.pl 13 godzin temu

Człowiek idzie do lekarza, dostaje skierowanie na rehabilitację i konkretną liczbę zabiegów. Nie otrzymuje ich dla przyjemności ani dlatego, iż nie ma lepszego pomysłu na spędzenie czasu. Otrzymuje je, ponieważ ktoś uznał, iż są potrzebne, aby zmniejszyć ból, przywrócić sprawność albo przynajmniej zatrzymać pogarszanie się stanu zdrowia.

Pacjent czeka więc na swoją kolej, dostosowuje plany, organizuje dojazdy i każdego dnia stawia się na zabiegi. Wszystko przebiega zgodnie z harmonogramem, aż pojawia się święto przypadające w sobotę.

Zgodnie z przepisami pracownikom trzeba wyznaczyć za nie inny dzień wolny. I bardzo dobrze. Pracownik ma swoje prawa, należy mu się odpoczynek i nikt rozsądny nie powinien tego kwestionować. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy koszt tego wolnego pracodawca postanawia przerzucić na chorego człowieka.

W opisanym przypadku placówka wyznaczyła pracownikom wolny piątek przed świętem. Drzwi zostały zamknięte, zabieg się nie odbył. Można byłoby więc pomyśleć, iż brakujące świadczenie zostanie wykonane w najbliższym możliwym terminie, na przykład w poniedziałek. Przecież skierowanie obejmowało konkretną liczbę zabiegów.

Nic z tego. Dzień wolny otrzymali pracownicy placówki, ale zabieg stracił pacjent. Placówka odpoczęła, a chory został z bólem i jednym świadczeniem mniej. W dokumentach prawdopodobnie wszystko się zgadza. Liczba przepracowanych godzin została prawidłowo obliczona, harmonogram zamknięcia zatwierdzony, a odpowiednia tabelka uzupełniona. Tylko człowiek jakoś nie zmieścił się w tej tabelce.

Pozostaje jednak jeszcze jedno, bardzo ważne pytanie: co placówka wykazała w dokumentacji i przekazała do Narodowego Funduszu Zdrowia? Dziewięć rzeczywiście zrealizowanych dni zabiegowych czy pełne dziesięć, które pierwotnie zaplanowano?

Jeżeli wykazano dziewięć, to przynajmniej pod względem rozliczenia liczby odpowiadają rzeczywistości. Pacjent przez cały czas ma jednak prawo zapytać, dlaczego nie otrzymał pełnej terapii i z jakiego powodu brakującego zabiegu nie wyznaczono w innym terminie.

Jeżeli natomiast w dokumentacji lub sprawozdawczości uwzględniono również dzień albo zabiegi, które w rzeczywistości się nie odbyły, sprawa przestaje dotyczyć wyłącznie złej organizacji pracy. Byłoby to wykazanie świadczeń, których pacjent nie otrzymał. Mówiąc bez urzędowej waty: zwykłe oszustwo na koszt publicznych pieniędzy, które powinno zostać dokładnie wyjaśnione przez NFZ.

Nie przesądzam, iż tak się stało. Pytam jednak, ponieważ odpowiedź na to pytanie istnieje. Powinna znajdować się w dokumentacji medycznej i raportach przekazywanych Funduszowi. Każdy dzień realizacji zabiegów fizjoterapeutycznych pacjent potwierdza przecież podpisem. Warto więc sprawdzić, czy ktoś nie próbował rozliczyć również tego, czego faktycznie nie wykonał.

I właśnie w tym miejscu kończy się logika, a zaczyna systemowa niesprawiedliwość. Bo jeżeli jeden zabieg można bez żadnych konsekwencji skreślić, to po co lekarz wypisuje ich określoną liczbę? jeżeli zamiast dziesięciu wystarczy dziewięć, to może wystarczy osiem? A może sześć? o ile zaś każdy z tych zabiegów ma znaczenie dla procesu leczenia, to jakim prawem pacjent zostaje jednego z nich pozbawiony tylko dlatego, iż kierownictwu placówki tak było najwygodniej ułożyć czas pracy?

Nie oczekuję, iż rehabilitanci zostaną pozbawieni należnego im dnia wolnego. Oczekuję jedynie, iż osoba zarządzająca placówką potrafi zorganizować jej pracę. Można zmienić harmonogram, przesunąć termin, wydłużyć cykl rehabilitacji albo wyznaczyć brakujący zabieg w innym dniu. Rozwiązań jest kilka. Najprostsze okazało się jednak to, w którym wszystkie konsekwencje ponosi pacjent.

System ochrony zdrowia jest wyjątkowo bezwzględny wobec chorego. Gdy pacjent nie pojawi się na umówionym zabiegu, może usłyszeć, iż termin przepadł, trzeba było wcześniej poinformować, inni czekają w kolejce, a placówka poniosła koszt. Kiedy jednak to placówka zamyka drzwi w dzień, który nie jest ustawowo wolny od pracy, odpowiedzialność nagle wyparowuje. Nie ma przeprosin, nie ma nowego terminu, nie ma uzupełnienia zabiegu. Jest tylko krótkie: „Nie odbyło się”.

Pacjent ma być punktualny, zdyscyplinowany i wyrozumiały. Instytucja nie musi być żadna z tych rzeczy.

Najbardziej oburzające jest to, iż nie mówimy o odwołanej wizycie u fryzjera czy niewykorzystanym bilecie do kina. Mówimy o rehabilitacji. Dla jednego pacjenta brak zabiegu będzie oznaczał jedynie mniejszy komfort. Dla innego może oznaczać silniejszy ból, wolniejszy powrót do sprawności albo zaprzepaszczenie części efektów wcześniejszej terapii. Tego jednak system nie liczy, ponieważ cierpienia nie da się wpisać do ewidencji czasu pracy.

Łatwo powiedzieć, iż przecież chodzi tylko o jeden dzień. Właśnie z takich „tylko jednych dni”, „tylko jednych zabiegów” i „tylko drobnych niedogodności” składa się codzienna bezradność pacjentów. Każda instytucja zabiera po trochu, każda znajduje uzasadnienie, a na końcu człowiek zostaje sam ze swoim bólem i przekonaniem, iż powinien jeszcze podziękować za to, co w ogóle otrzymał.

Prawo pracownika do wolnego nie może oznaczać prawa placówki do zabrania pacjentowi części leczenia. To nie pracownik jest tutaj problemem. Problemem jest organizacja, która potrafi precyzyjnie policzyć należne godziny zatrudnionego, ale nie potrafi policzyć zabiegów należnych choremu.

Placówki ochrony zdrowia rzeczywiście nie mają ostatnio łatwych dni. Brakuje pieniędzy, personelu i terminów, a kolejki są coraz dłuższe. Tyle iż pacjenci mają jeszcze trudniej. To oni czekają miesiącami, zmagają się z bólem i ponoszą konsekwencje każdej organizacyjnej dziury. Nie mogą więc być traktowani jak amortyzator, który przyjmie na siebie wszystkie problemy systemu.

Dzień wolny trzeba oddać pracownikowi. Zabieg trzeba oddać pacjentowi. Jedno nie wyklucza drugiego. o ile więc system potrafi ochronić odpoczynek pracownika, ale nie potrafi ochronić leczenia chorego, to trudno przez cały czas nazywać go systemem ochrony zdrowia. To raczej system ochrony własnej wygody, w którym drzwi zamyka placówka, ale rachunek zawsze płaci pacjent.

Idź do oryginalnego materiału