Dziecko pierwszego „nie” nie powinno usłyszeć dopiero w szkole. Pierwszej lekcji szacunku nie powinien udzielać mu wychowawca, a pierwszym człowiekiem, który wytłumaczy mu, iż świat nie kręci się wyłącznie wokół niego, nie powinien być nauczyciel matematyki. Od tego wszystkiego są rodzice. To oni są pierwszymi nauczycielami każdego człowieka. Bez dyplomów pedagogicznych, bez dzienników elektronicznych, bez podstaw programowych i ministerialnych rozporządzeń. Za to z odpowiedzialnością, której nie da się przekazać dalej wraz z wyprawką szkolną.
I właśnie od tego chciałbym zacząć tegoroczne rozważania z okazji Dnia Edukacji Narodowej. Bo mam nieodparte wrażenie, iż w całej dyskusji o polskim szkolnictwie zapomnieliśmy o pewnym drobiazgu. Szkoła nie dostaje dzieci w stanie fabrycznym. Dostaje ludzi, których ktoś już przez kilka lat wychowywał. Albo przynajmniej powinien był to robić.
Kiedy dziecko przekracza próg przedszkola, a później szkoły, przynosi ze sobą znacznie więcej niż plecak, kapcie i drugie śniadanie. Przynosi nawyki, zachowania, sposób odnoszenia się do innych, umiejętność radzenia sobie z emocjami, szacunek albo jego brak. Przynosi również to, co przez lata obserwowało w domu. Bo dzieci, wbrew temu, co czasem wydaje się dorosłym, uczą się przede wszystkim przez obserwację. o ile rodzic nie szanuje innych ludzi, nie powinien być szczególnie zaskoczony, iż jego dziecko również ma z tym problem.
I tu zaczyna się największy paradoks współczesnej edukacji.
Ci pierwsi nauczyciele, czyli rodzice, stają się z czasem najbardziej wymagającymi recenzentami pracy tych drugich, wykształconych pedagogów. Nauczyciel ma nauczyć, wychować, zrozumieć, wysłuchać, zmotywować, dopilnować, rozwiązać konflikty, zadbać o psychikę, zapewnić bezpieczeństwo, a najlepiej jeszcze sprawić, żeby dziecko codziennie wracało do domu szczęśliwe i z samymi piątkami. jeżeli coś pójdzie nie tak, winny jest nauczyciel, ewentualnie dyrektor a w ostateczności cały system edukacji. Gdzie w tym wszystkim jest rodzic? On, oczywiście – bo jakżeby inaczej, chce przecież dla swojego dziecka jak najlepiej. I tutaj zaczynają się schody, bo coraz częściej zaczynam mieć wrażenie, iż niektórzy pomylili troskę o własne dziecko z przekonaniem, iż całemu światu należy się obowiązek dostosowania do jego oczekiwań.
Nie twierdzę, iż nauczyciele są nieomylni – nie są. Popełniają błędy, czasem poważne i co też jest smutną praedą, są wśród nich takie osoby, które nigdy nie powinny wykonywać tego zawodu. I o tym też trzeba mówić. Tyle tylko, iż my rodzice, coraz częściej oczekujemy od szkoły naprawiania tego, czego sami nie potrafiliśmy albo zwyczajnie nie chciało nam się zrobić w domu.
Podczas niedawnych Elbląskich Dni Zdrowia, odbywających się pod hasłem „Zdrowie zaczyna się w głowie”, uczestniczyłem w panelu „Zatrzymaj się. Posłuchaj. Sprawdź”, zorganizowanym w Centrum Handlowym Ogrody. Padła tam refleksja, która szczególnie mocno utkwiła mi w pamięci. Można ją streścić w następujący sposób: „Robimy wiele w ostatnich latach by było dzieciom coraz lepiej a szkoła była <<bardziej przyjazna>> a rzeczywistość jakoś nie chce tego nam wynagrodzić” .
Rozwijając więc, od lat robione jest wiele, żeby szkoła była dla ucznia coraz mniej stresującym miejscem. Ograniczane są prace domowe, trwa dyskusja o ocenach, wymaganiach, sposobach komunikacji. Coraz cześciej zastanawiamy się, jak nie urazić, nie wywołać dyskomfortu, nie narazić młodego człowieka na nadmierną presję a to wszystko w imię jego dobra.
I żeby było jasne, nie ma nic złego w tym, iż chcemy chronić dzieci przed niepotrzebnym stresem. Sam jestem ojcem i doskonale rozumiem, iż nikt nie chce wysyłać swojego dziecka do miejsca, w którym będzie upokarzane, zastraszane czy psychicznie niszczone. Tylko iż pojawia się pytanie, którego nie powinniśmy dłużej unikać: skoro tak bardzo staramy się, żeby dzieci nie bały się szkoły, to dlaczego wciąż musimy rozmawiać o dzieciach, które w szkole boją się innych dzieci? Niemal codziennie słyszymy o agresji, przemocy, zastraszaniu, poniżaniu, a w skrajnych przypadkach choćby o atakach z użyciem noża. O dramatycznych wydarzeniach, które nie powinny mieć miejsca w żadnej placówce edukacyjnej, a jednak się zdarzają.
Nie zamierzam stawiać absurdalnej tezy, iż ograniczenie prac domowych prowadzi do przemocy. To byłoby równie niemądre, jak przekonanie, iż wystarczy zlikwidować sprawdziany, aby rozwiązać wszystkie problemy polskiej szkoły. Ale jedno pytanie uważam za absolutnie uzasadnione: Czy w naszym słusznym dążeniu do ograniczania stresu nie zaczęliśmy przypadkiem zapominać, iż młody człowiek musi również nauczyć się radzić sobie z trudnościami?
Bo życie, drodzy Państwo, nie jest i nigdy nie będzie bezstresowe – chyba coraz cześciej o tym zapominamy, a szczególnie dotyczy to pewnych środowisk społeczno-politycznych. Chyba każdy rozsądnie myslący człowiek wie, iż nie każdy egzamin uda się zdać, nie każdą rywalizację wygrać. Nie ma takiej możłiwości by każdy nas lubił i spełniał naszą każda prośbę. taki świat, po prostu nie iestnieje – choćby w bajkach! Czymś naturalnym jest – tak mi się przynajmniej wydaje, iż powinno być, iż czasami usłyszymy „nie”, ktoś będzie od nas lepszy, a za własną niefrasobliwość trzeba będzie zwyczajnie ponieść konsekwencje. To chyba jak światem, świat – normalne! Czyś nie?
I właśnie tego również trzeba uczyć dzieci: oczywiście, nie przez strach, przemoc czy upokorzenie, ale przez konsekwencję, odpowiedzialność i jasne granice. Bo powoiedzmy sobie szczerze i neich to wybrzmi naprawdę głośno – zresztą pisze o tym od lat:
WYCHOWANIE BEZ STRESU NIE MOŻE OZNACZAĆ WYCHOWANIA BEZ ZASAD. A MIŁOŚĆ DO DZIECKA NIE POLEGA NA USUWANIU MU Z DROGI KAŻDEJ PRZESZKODY.
Tymczasem nauczyciel coraz częściej znajduje się między młotem a kowadłem. Z jednej strony ma realizować podstawę programową, z drugiej indywidualizować podejście, z trzeciej reagować na problemy wychowawcze, a z czwartej uważać, żeby przypadkiem nie narazić się rodzicom. Każdy kto pracuje w szkolnictwie, lub ma stycznosć z takimi osobami doskonale zdaje sobie sprawę, iż dziś jedna uwaga w dzienniku potrafi uruchomić lawinę pretensji, wiadomości i skarg czasami pojawiających się szybciej niż rzeczywisty problem, którego ta uwaga dotyczy.
I tu pojawia się kolejne bardzo ważne pytanie: Gdzie przez te wszystkie lata zapodział się w tym wszystkim autorytet nauczyciela? Nie ten budowany strachem i linijką, którą kiedyś niektórzy pedagodzy potrafili całkiem sprawnie posługiwać się nie tylko do rysowania prostych. Mam na myśli zwyczajny szacunek do człowieka, który ma wiedzę, doświadczenie i bierze odpowiedzialność za edukację naszych dzieci. Trudno wymagać od ucznia szacunku do nauczyciela, o ile przy niedzielnym obiedzie słyszy, iż jego wychowawca jest idiotą, matematyczka się uwzięła, a dyrektorka nie ma pojęcia o zarządzaniu szkołą. Potem taki młody człowiek przychodzi do klasy i odtwarza dokładnie to, czego nauczył się w domu. A my ze zdziwieniem pytamy, dlaczego młodzież nie szanuje autorytetów. Odpowiedź bywa boleśnie prosta. Bo sami pokazaliśmy jej, iż nie warto.
A może problem tkwi jeszcze głębiej? Może to my, dzisiejsi dorośli, wychowani przez pokolenia nauczycieli, wśród których nie brakowało owych „sprawnych operatorów linijki i wskaźnika”, podświadomie nosimy w sobie jakąś niechęć do szkoły i pedagogów? Może gdzieś z tyłu głowy zakodowaliśmy sobie, iż nauczyciel to wróg, a teraz, po latach, próbujemy odreagować własne dzieciństwo, podważając jego autorytet przy każdej nadarzającej się okazji? Nie wiem. I nie zamierzam udawać psychologa ani socjologa, bo od odpowiedzi na takie pytania są specjaliści. Choć na mój chłopski rozum nie szedłbym aż tak daleko w tych rozważaniach i nie doszukiwał się na siłę zbiorowej zemsty za szkolne traumy. Obawiam się, iż problem jest znacznie bardziej przyziemny, choć jego konsekwencje mogą być dużo poważniejsze. Przez lata jako społeczeństwo stopniowo odbieraliśmy nauczycielom autorytet, a politycy, niezależnie od tego, kto akurat sprawował władzę, skutecznie nam w tym pomagali. Raz przedstawiano pedagogów jako wiecznie niezadowolonych roszczeniowców, innym razem jako uprzywilejowaną grupę zawodową, która ma za dużo wolnego, za mało pracuje i jeszcze śmie domagać się podwyżek. Do tego nieustanne reformy, publiczne podważanie kompetencji i traktowanie nauczycieli jak wykonawców kolejnych politycznych eksperymentów. A później wszyscy zgodnie dziwimy się, iż prestiż zawodu spada, młodzi ludzie coraz mniej chętnie wiążą z nim swoją przyszłość, a uczniowie nie widzą powodów, by szanować człowieka stojącego przed tablicą. Tylko jak mają go szanować, skoro od lat obserwują, iż choćby państwo, które powierzyło mu edukację kolejnych pokoleń, nie zawsze potrafi okazać mu należny szacunek? Autorytetu nauczyciela nie zniszczono w jeden dzień. Rozmontowywano go latami, po kawałku. I dziś wszyscy ponosimy tego konsekwencje.
I tak nauczyciele od lat funkcjonują w rzeczywistości, w której zmieniają się ministrowie, podręczniki, wymagania i polityczne hasła, ale jedno pozostaje niezmienne. To oni każdego ranka muszą wejść do klasy i mierzyć się z prawdziwymi problemami prawdziwych ludzi. Nie polityków występujących przed kamerami, nie różnej maści ekspertów od wszystkiego w telewizyjnych studiach – tylko dzieci, z których każde ma własną historię, własne emocje, problemy i potrzeby.
A przecież nauczyciel też jest człowiekiem. Ma rodzinę, kredyt, własne zmartwienia, gorsze dni, choroby i ograniczoną cierpliwość. Nie jest całodobowym terapeutą, strażnikiem, wychowawcą zastępczym ani cudotwórcą. Nie można bez końca dokładać mu obowiązków, odbierać narzędzi do ich wykonywania, podważać jego autorytetu, a później dziwić się, iż coraz trudniej znaleźć ludzi gotowych pracować w tym zawodzie.
Właśnie dlatego mam wrażenie, iż tegoroczny Dzień Nauczyciela powinien być czymś więcej niż kolejną okazją do wręczania kwiatów, składania życzeń i wygłaszania uroczystych przemówień o wyjątkowej misji pedagogów. Może warto byłoby przy tej okazji zadać sobie pytanie, czy jako rodzice, społeczeństwo i państwo rzeczywiście pomagamy nauczycielom tę misję realizować? Bo szkoła ma ogromną rolę wychowawczą, ale nigdy nie zastąpi domu. Warto uzmysławiać codziennie sobie ale i tym, którzy myśla inaczej, iż choćby najlepszy pedagog nie naprawi w pojedynkę wszystkich zaniedbań, nie rozwiąże wszystkich rodzinnych problemów i nie nauczy w kilka godzin tygodniowo tego, czego dziecko nie doświadcza przez pozostałą część swojego życia. Jednym zdaniem: Nie zdejmujmy odpowiedzialności z rodziców, nie zostawiajmy nauczycieli samych i nie udawajmy, iż kolejna reforma załatwi sprawę. Inaczej nadejdzie dzień, w którym nauczycielom zabraknie sił, cierpliwości i serca do tego zawodu a wtenczas nie pomoże już żaden bukiet kwiatów, żadna reforma ani najpiękniejsze przemówienie ministra.
W dniu Waszego święta Drodzy Nauczyciele życzę Wam przede wszystkim siły. Nie tej potrzebnej do przetrwania kolejnego zebrania z rodzicami, następnej reformy czy kolejnego absurdalnego pomysłu polityków. Życzę Wam siły, żebyście mimo wszystko przez cały czas chcieli uczyć, żebyście nie stracili wiary – chociaż wiem, ze jest to coraz trudniejsze, iż Wasza praca ma sens, choćby jeżeli jej efekty zobaczycie dopiero po wielu latach. Życzę też Wam, żebyście spotykali na swojej drodze rodziców, którzy będą Waszymi partnerami, a nie przeciwnikami a przede wszystkim uczniów, którzy po latach wrócą do Was nie z pretensjami, ale z prostym „dziękuję”.
A nam wszystkim życzę odrobiny pokory. Szczególnie wtedy, gdy kolejny raz będziemy mieli ochotę powiedzieć, iż szkoła źle wychowuje nasze dzieci: bo zanim zaczniemy rozliczać nauczycieli z tego, jak wychowują kolejne pokolenia, warto czasami spojrzeć w lustro i zapytać, jakimi nauczycielami jesteśmy my sami.



![„Śmiech to Zdrowie”, czyli Jubileuszowy Kabareton nad Bugiem [10.09.2026]](https://niepelnosprawnilublin.pl/wp-content/uploads/2026/10/10_09_2026_Kabareton-4.jpg)





