Okiem naczelnego: Kaucja po polsku, czyli ekologia, obowiązek i stara bajka o tym, iż będzie taniej

razemztoba.pl 4 dni temu

Od lat słucham tej samej opowieści. Segregujcie śmieci, bądźcie bardziej świadomi, bardziej odpowiedzialni, bardziej ekologiczni, a w nagrodę system będzie sprawniejszy, nowocześniejszy i może choćby tańszy. I od lat śmieję się z tej bajki, bo ona od początku była dla naiwnych. Powiedzmy to dobitnie i głośno, nie – nie będzie taniej! Co więcej, nigdy nie miało być taniej!

Śmieci to nie jest żadna działalność charytatywna ani romantyczna misja ratowania planety. To jest biznes, wręcz bardzo dobry biznes. Taki, z którego człowiek nie może po prostu zrezygnować, bo każdy musi coś kupować, coś wyrzucać, za coś płacić i podporządkowywać się kolejnym zasadom. A tam, gdzie obywatel nie ma wyboru, zawsze pojawia się ktoś, kto opowiada mu, iż właśnie robi się to wszystko dla jego dobra. I teraz pięknie widać to przy systemie kaucyjnym.

Z jednej strony mamy urzędowy zachwyt. Czego to i jakich zachwytów i haseł na slajdach nie widzimy: sukces, postęp, zmiana nawyków, nowoczesność, gospodarka obiegu zamkniętego, lepsze jutro. Jedna wielka niekończąca się linia modnych haseł, które świetnie wyglądają na konferencji prasowej. Na górze są wykresy, liczby, uśmiechy i opowieść o cywilizacyjnym awansie. Na dole jest zwykły człowiek z siatą butelek, który nie żyje w komunikacie ministerstwa, tylko w realnym świecie. A tam sprawa wygląda dużo mniej elegancko.

Bo przeciętny Kowalski nie analizuje strategii środowiskowej państwa ani nie ekscytuje się wielkimi słowami o transformacji. On chce po prostu oddać butelkę i odzyskać swoje pieniądze bez robienia z tego półdniowej wyprawy. Tymczasem dostaje system, w którym ma zbierać opakowania w domu, pilnować, żeby były we właściwym stanie, wozić je do sklepu, modlić się, żeby automat działał, a potem jeszcze dowiedzieć się, iż coś się nie zgadza, czegoś nie przyjmuje, czegoś nie ma w systemie albo iż pieniądze wrócą najlepiej nie jako pieniądze, tylko jako jakiś świstek do wykorzystania we właściwym miejscu i we właściwym czasie.

Czyli po polsku. Niby dla obywatela, ale tak naprawdę nie do końca. Nie od dziś wiadomo, iż kto w Polsce mieszka, ten w cyrku się nie śmieje. Niby każdy wie, ale jeszcze się czasami łudzi.

Na papierze wszystko wygląda pięknie. W praktyce znowu wyszło to, co zawsze. Obywatel ma wykonać dodatkową pracę, poświęcić czas, mieć miejsce w mieszkaniu, dostosować się do niedoróbek i jeszcze się z tego cieszyć, bo przecież ratuje planetę. A gdy zaczyna narzekać, to zaraz znajdzie się ktoś, kto mu wyjaśni, iż to są tylko problemy wieku dziecięcego, naturalne trudności wdrożeniowe albo koszt postępu. W Polsce wszystko od lat jest w trakcie wdrażania i jakoś dziwnym trafem zawsze odbywa się to kosztem człowieka, który stoi na końcu tej całej mądrej układanki.

Ministerialna propaganda sukcesu mówi jedno: system działa, liczby rosną, opakowania wracają do obiegu. No świetnie. Tylko człowiek nie żyje w Excelu ani w powerpointowej prezentacji, tylko w Polsce. A Polska wygląda tak, iż wszystko jest już wdrożone, tylko akurat nie działa jak trzeba. W teorii zwrot prosty. W praktyce trzeba mieć cierpliwość listonosza, upór komornika i wolny czas emeryta.

Najbardziej rozbraja mnie jednak co innego. Przez lata wmawiano ludziom, iż segregacja śmieci i kolejne reformy zrobią porządek, zwiększą efektywność i będą z korzyścią dla mieszkańców. Tymczasem gdy z systemu komunalnego wyjmuje się najbardziej wartościowe surowce, od razu słychać z wielu stron ten sam ton: no tak, ale przecież gminy też muszą z czegoś żyć, więc opłaty mogą wzrosnąć. I nagle okazuje się, iż to, co miało być kolejnym triumfem rozsądku i ekologii, staje się bardzo przyziemną walką o utracony dochód.

I tu właśnie wychodzi cała prawda o tej zabawie. Nie chodzi o to, żeby było taniej. Chodzi o to, kto na czym zarobi i kto komu wystawi rachunek. Kiedy w systemie pojawiają się pieniądze, zaraz ustawiają się chętni, żeby je obsłużyć, rozdysponować, policzyć, zagospodarować i oczywiście wytłumaczyć obywatelowi, iż to wszystko dla jego dobra. Kiedy pieniędzy zaczyna brakować w innym miejscu, obywatel słyszy, iż sytuacja jest trudna, realia się zmieniły i opłaty trzeba podnieść.

Czyli klasyka. Zysk jest prywatny albo instytucjonalny, a koszt społeczny.

Ja naprawdę od lat śmieję się z tych wszystkich opowieści, iż segregacja, reformy śmieciowe i nowe ekologiczne wynalazki obniżą koszty. To jest jedna z najbardziej bezczelnych bajek, jakie sprzedano ludziom w ostatnich latach. Nie po to wokół odpadów buduje się całe systemy, spółki, opłaty, nadzory i nowe obowiązki, żeby obywatelowi było taniej. Po to się to buduje, żeby pieniądz płynął nowym korytem. A kto zapłaci za przebudowę koryta? Oczywiście ten sam człowiek, który już wcześniej płacił za stare.

I teraz widać to jak na dłoni. Gminy zaczynają lamentować, iż z systemu komunalnego znikają najbardziej wartościowe surowce, więc maleją wpływy. I co to znaczy po polsku? To znaczy dokładnie tyle, iż zaraz gdzieś trzeba będzie podnieść opłaty, bo przecież pieniądze mają się zgadzać. Najpierw słuchasz, iż segreguj, bo będzie lepiej. Potem okazuje się, iż jak posegregujesz za dobrze i ktoś straci na tym dochód, to też zapłacisz, tylko z innego paragrafu.

To właśnie sedno tej całej groteski. Nieważne, co zrobisz, rachunek i tak przyjdzie do ciebie.

Nie twierdzę, iż sama idea odzyskiwania opakowań jest z natury zła. Problem polega na tym, iż w Polsce niemal każda słuszna idea po zetknięciu z rzeczywistością zamienia się w toporny mechanizm, który najpierw przedstawia się jako wybawienie, a potem obywatel odkrywa, iż dostał kolejny obowiązek, kolejną niedogodność i kolejną opłatę, tylko opisaną ładniejszym językiem. Miało być prosto, wygodnie i nowocześnie. Wyszło jak zwykle: skomplikowanie, chaos i długa kolejka ludzi, którzy chcą coś odzyskać, ale najpierw sami muszą zostać przemieleni przez system. Pomijam już fakt, ze zwyczajnie szkoda mi pracowników marketu, którzy musza słuchać tych utyskiwań wkurzonych obywateli, choć są niczemu winni. Ba, wręcz sami wolontarystycznie pracują na zysk operatorów systemu, nikt im przecież nie płaci za obsługę tych butelkomatów, to po prostu kolejna pozycja w ich obowiązkach.

Najlepsze jest to, iż ten system od początku sprzedawano jak kolejny etap cywilizacyjnego awansu. Mieliśmy wejść do nowoczesnej Europy, być bardziej odpowiedzialni, bardziej eko, bardziej świadomi. Oczywiście kosztem obywatela, bo jakżeby inaczej. U nas każda wielka reforma zaczyna się od tego samego: państwo i różni operatorzy wymyślają sobie nowy mechanizm, a potem człowiek ma dopasować do niego mieszkanie, zakupy, logistykę, czas i nerwy. Jak narzeka, to słyszy, iż jest zacofany albo iż nie rozumie wyższych celów.

A przecież problem jest banalny. Człowiek chce kupić napój, wypić go, oddać opakowanie i odzyskać swoje pieniądze: bez pielgrzymki i loterii oraz bonów, które dziwnym trafem najlepiej wykorzystać akurat w tej samej sieci, która je wydała. Bez robienia doktoratu z tego, czy etykieta jest wystarczająco prosta, kod wystarczająco czytelny, a automat wystarczająco łaskawy. Tylko iż wtedy system byłby naprawdę dla ludzi, a nie dla całej tej otoczki interesów, operatorów, sieci handlowych, pośredników, konsultantów i urzędników, którzy zawsze żywią się najlepiej tam, gdzie robi się skomplikowanie z czegoś, co mogłoby być zwyczajne.

Można oczywiście opowiadać, iż system jest potrzebny, iż musi się dotrzeć, iż początki zawsze są trudne. Jasne, w Polsce wszystko od trzydziestu lat jest na etapie trudnych początków. Wiecznie coś się dociera, testuje, wdraża i usprawnia. Dziwnym trafem nigdy nie na koszt twórców systemu, tylko na koszt ludzi, którzy mają go znosić. Urzędnik się nie pomyli, operator nie straci, sieć sobie poradzi. To obywatel będzie stał z workiem butelek i słuchał, iż przecież działa.

I jeszcze ten ton moralnej wyższości. Jakby człowiek, który ma dosyć tego bałaganu, był przeciwnikiem środowiska. Nie, nie jest przeciwnikiem środowiska. Jest przeciwnikiem robienia z niego frajera. To zasadnicza różnica. Można chcieć odzyskiwać surowce i jednocześnie nie mieć ochoty uczestniczyć w źle zorganizowanym, drogim i topornym spektaklu, w którym wszystko ma wyglądać pięknie w raporcie, a wygląda żałośnie przy kasie.

Dlatego naprawdę trudno mi słuchać tych wszystkich triumfalnych opowieści o sukcesie systemu. Bo sukces urzędnika to nie jest to samo co wygoda obywatela. Sukces operatora to nie jest to samo co korzyść mieszkańca. Sukces konferencji prasowej to nie jest to samo co działający automat w sklepie i prosty zwrot pieniędzy do ręki. Nie, obywatel nie uczestniczy tu w żadnym wielkim postępie. Uczestniczy w kolejnym dobrze sprzedanym obowiązku.

I właśnie dlatego od dawna nie wierzę w te baśnie o taniejących śmieciach. Śmieci są dużym, bardzo dochodowym biznesem. A w dochodowym biznesie nikt nie działa po to, żeby klientowi ulżyć. Działa się po to, żeby ktoś na końcu policzył przychód. Reszta to tylko opakowanie. Czasem plastikowe, czasem szklane, a czasem polityczne.

A obywatel jak zwykle ma tylko dwie role: sponsora i statysty.

Idź do oryginalnego materiału