Oddzwonię jutro. Tylko ile tych „jutro” nam zostało? Świat według Marcusa

wschodni24.pl 1 godzina temu

Ludzka pamięć jest fascynująca.

Potrafimy pamiętać, iż ktoś nie zadzwonił do nas w urodziny trzy lata temu. Pamiętamy, iż nie odpisał na wiadomość. Że nie zapytał, co u nas. Że kiedy mieliśmy problem, jakoś nie znalazł czasu.

Znacznie gorzej pamiętamy, ile razy sami nie zadzwoniliśmy.

To chyba jedna z najbardziej niezwykłych adekwatności człowieka. Mamy pamięć doskonałą, ale bardzo wybiórczą.

Kiedy to my jesteśmy zajęci, mamy ważne sprawy.

Kiedy nie odbieramy telefonu, przecież pracujemy.

Kiedy nie odpisujemy, mieliśmy ciężki dzień.

Kiedy przez miesiąc się nie odzywamy, życie tak gwałtownie biegnie.

Ale kiedy dokładnie tak samo zaczyna zachowywać się druga osoba?

„Co się z tobą dzieje?”

„Dlaczego nie dzwonisz?”

„Już się nie odzywasz…”

„Zapomniałeś o mnie?”

No właśnie.

Kiedy lustro zaczyna przeszkadzać

Jakiś czas temu zacząłem obserwować pewne zjawisko.

Jeżeli przez lata jesteś osobą, która pierwsza dzwoni, pisze, pyta, pamięta, proponuje spotkanie, składa życzenia i interesuje się drugim człowiekiem, wszyscy się do tego przyzwyczajają.

Tak po prostu ma być.

Ty dzwonisz.

Ty pytasz.

Ty pamiętasz.

Ty podtrzymujesz relację.

Aż pewnego dnia przestajesz.

Nie ze złości. Nie po to, żeby kogoś ukarać. Czasami po prostu chcesz zobaczyć, co się stanie.

I zapada cisza.

Tydzień.

Drugi.

Miesiąc.

A potem nagle spotykasz tę osobę i słyszysz:

„No co ty? W ogóle się nie odzywasz!”.

I wtedy człowiek przez moment zastanawia się, czy telefony rzeczywiście działają tylko w jedną stronę.

Bo przecież mój numer się nie zmienił.

Nasze problemy i ich problemy

Jest jeszcze jedna interesująca cecha naszych relacji.

Nasze problemy są zwykle bardzo poważne.

Cudze są trochę mniej.

Kiedy ja mam kłopoty, potrzebuję zrozumienia. Kiedy ty masz kłopoty, cóż… każdy jakieś ma.

Kiedy ja nie mam czasu, powinieneś to uszanować.

Kiedy ty nie masz czasu dla mnie, najwyraźniej ci nie zależy.

Kiedy ja zapominam, jestem przemęczony.

Kiedy ty zapominasz, jesteś egoistą.

Świetny mechanizm.

I, żeby było jasne, sam się na nim czasami łapię.

Bo ten felieton nie jest kazaniem wygłaszanym z ambony do reszty świata. Sam również mam telefon, na którym znajdują się połączenia, na które miałem oddzwonić. Wiadomości, na które miałem odpowiedzieć. Ludzie, z którymi od miesięcy planujemy wypić kawę.

„Musimy się spotkać”.

Znacie to?

Jedno z najczęściej wypowiadanych zdań, po którym zazwyczaj… nie następuje spotkanie.

Kiedyś się spotkamy

Mówimy:

Kiedyś pojedziemy.

Kiedyś porozmawiamy.

Kiedyś odwiedzę rodziców.

Kiedyś zadzwonię do starego kolegi.

Kiedyś usiądziemy przy kawie.

Kiedyś powiem komuś, iż był dla mnie ważny.

Kiedyś.

Tylko iż „kiedyś” jest bardzo niebezpiecznym terminem.

Nie ma go w żadnym kalendarzu.

I może właśnie dlatego tak łatwo wpisujemy tam wszystko, na co nie znaleźliśmy czasu dzisiaj.

Nie chcę oczywiście przekonywać nikogo, iż istnieje tylko dziś.

To byłoby równie nierozsądne.

Trzeba mieć plany. Trzeba marzyć. Warto odkładać pieniądze, planować podróże, rozwijać się, wyznaczać sobie cele. Chciałbym jeszcze zobaczyć wiele miejsc, spotkać wielu ludzi i zrobić kilka rzeczy, które od dawna siedzą mi w głowie.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy przyszłość przesłania nam teraźniejszość.

Bo przyszłość ma jedną zasadniczą wadę.

Nie mamy jej zagwarantowanej.

Policz swoje Sylwestry

Zróbmy małe ćwiczenie.

Bez filozofii. Bez psychologii. Zwykła matematyka.

Sprawdź średnią długość życia. Potem spójrz na swój wiek.

Nie chodzi o to, żeby przewidywać dzień własnej śmierci. Statystyka nie jest wyrokiem. Jedni dostaną od życia znacznie więcej czasu, inni, niestety, mniej.

Ale dla chwili refleksji policz.

Może zostało ci statystycznie trzydzieści kolejnych Nowych Roków.

Może dwadzieścia.

Może dziesięć.

I nagle „kiedyś” zaczyna brzmieć trochę inaczej.

Jeżeli zostało ci dwadzieścia wakacji, to czy naprawdę chcesz pięć z nich spędzić, będąc obrażonym na człowieka, którego kochasz?

Jeżeli przed tobą trzydzieści Wigilii, ile z nich chcesz przesiedzieć przy jednym stole z kimś, z kim nie rozmawiasz, bo żadne z was nie pamięta już dokładnie, od czego zaczęła się kłótnia?

Ile razy jeszcze powiesz mamie: „zadzwonię później”?

Ile razy ojcu: „nie mam teraz czasu”?

Ile razy przyjacielowi: „musimy się kiedyś spotkać”?

Nie piszę tego, żeby kogokolwiek straszyć.

Wręcz przeciwnie.

Piszę dlatego, iż ta świadomość może być niezwykle uwalniająca.

Nie czekaj, kto pierwszy zadzwoni

Często słyszę:

„Ja się nie odzywam, bo on też się nie odzywa”.

Genialne.

Dwoje ludzi siedzi po dwóch stronach miasta. Oboje chcieliby ze sobą porozmawiać. Oboje czekają, aż zadzwoni drugie.

I oboje mogą czekać bardzo długo.

A przecież telefon waży około dwustu gramów.

Zadzwoń.

Nie kombinuj.

Nie prowadź tabeli, kto ostatnio dzwonił pierwszy.

Nie licz, ile razy ty zaprosiłeś kogoś na kawę, a ile razy zaprosił on.

Jeżeli człowiek jest dla ciebie ważny, sprawdź, co u niego.

Może właśnie potrzebuje tego telefonu bardziej, niż przypuszczasz.

A jeżeli nie odbierze?

Zadzwoń kiedy indziej.

Jeżeli nie oddzwoni raz, mógł być zajęty.

Drugi raz również.

Ale jeżeli przez miesiące tylko ty próbujesz, tylko ty pytasz, tylko ty pamiętasz i tylko ty podtrzymujesz kontakt, być może również dostałeś odpowiedź.

Czasami brak odpowiedzi też jest odpowiedzią.

I trzeba umieć ją przyjąć.

Nie ze złością.

Nie z pretensją.

Po prostu ze świadomością, iż relacja wymaga dwóch osób.

Traktuję cię tak, jak ty mnie

Największe zdziwienie pojawia się jednak wtedy, kiedy zaczynamy traktować ludzi dokładnie tak, jak oni traktowali nas.

Nagle słyszymy:

„Zmieniłeś się”.

Być może.

A może tylko przestałem wykonywać pracę za dwoje?

To trochę jak z człowiekiem, który przez lata przytrzymywał komuś drzwi. Pewnego dnia tego nie zrobił i usłyszał:

„Co za brak kultury!”.

Nikt nie zapytał, dlaczego przez poprzednie dziesięć lat to zawsze on trzymał klamkę.

Nie namawiam do odpłacania pięknym za nadobne. Relacje nie powinny być księgowością.

Nie chodzi o zasadę: nie zadzwoniłeś trzy razy, więc ja nie zadzwonię cztery.

Chodzi o wzajemność.

O zwyczajne poczucie, iż komuś na nas zależy.

Że nie jesteśmy potrzebni wyłącznie wtedy, kiedy trzeba coś załatwić, wysłuchać problemu albo pomóc.

Dzisiaj też jest częścią życia

Wczoraj już było.

Nie poprawimy go.

Jutro?

Mam nadzieję, iż będzie.

Ale jedynym dniem, w którym możemy coś zrobić, jest dzisiaj.

Dzisiaj możemy zadzwonić.

Dzisiaj możemy przeprosić.

Dzisiaj możemy powiedzieć: „dziękuję”.

Dzisiaj możemy zapytać: „Jak się naprawdę czujesz?”.

Dzisiaj możemy odwiedzić kogoś, kogo od pół roku zamierzamy odwiedzić „w przyszłym tygodniu”.

I możemy również powiedzieć komuś, iż jest dla nas ważny.

Bez okazji.

Bez urodzin.

Bez świąt.

Tak po prostu.

Może to właśnie jest jedna z najważniejszych rzeczy, których powinniśmy nauczyć się w czasach, kiedy telefon mamy przy sobie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, a jednocześnie coraz częściej nie mamy czasu, żeby do kogoś zadzwonić.

Nie wiem, ile razy jeszcze będę witał Nowy Rok.

Ty też nie wiesz.

Dlatego mam prostą propozycję.

Pomyśl teraz o jednej osobie, z którą dawno nie rozmawiałeś.

Nie o tej, która „powinna zadzwonić”.

O tej, do której ty chciałbyś zadzwonić.

I zadzwoń.

Najwyżej nie odbierze.

Ale może odbierze i powie:

„Dobrze, iż dzwonisz”.

A czasem właśnie od takich czterech słów zaczyna się odzyskiwanie tego, co naprawdę w życiu ważne.

Bo plany są potrzebne.

Marzenia są piękne.

Przyszłość jest ważna.

Tylko nie pozwólmy, żeby w oczekiwaniu na jutro zabrakło nam czasu dla ludzi, których mamy dzisiaj.

Marcus

Idź do oryginalnego materiału