Jako dziecko Lidia Iwanowska trafiała do szpitala z dusznościami, których lekarze nie potrafili wyjaśnić. Dorastała w domu, w którym strach był codziennością. W wieku 24 lat wyjechała do Stanów Zjednoczonych bez znajomości języka, bez pieniędzy i stabilnego statusu prawnego. Pracowała w tawernie, sprzątając nocami ślady po awanturach i bójkach. Trudne początki motywowały ją do intensywnej nauki. Ukończyła Kalifornijską Uczelnię Medycyny Naturalnej i Alternatywnej ze specjalizacją w zakresie neuroendokrynologii i biologicznego odmładzania, a także Kalifornijski Instytut Matematyki Serca. Od 25 lat łączy naukę z praktyką, skutecznie pomagając ludziom w odzyskiwaniu zdrowia i dobrego samopoczucia.
Twoja droga do pracy z człowiekiem, jego ciałem, emocjami i świadomością to efekt młodzieńczych marzeń o medycynie, czy raczej przypadku?
Nie ma przypadków, choć moja historia może nasuwać takie przypuszczenia. Początki sięgają mojego dzieciństwa i domu rodzinnego, w którym była przemoc, alkohol i ciągłe napięcie. Jako dziecko nie miałam poczucia bezpieczeństwa. Mama broniła się przed agresją ojca, ja obserwowałam to wszystko i żyłam w permanentnym lęku. Miałam duszności, trzęsłam się, siniałam. Wysoka gorączka była jednym z głównych powodów, iż zostałam przyjęta do Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu, bo nikt z lekarzy nie wiedział, dlaczego nie opada. Rozpalona na twarzy, spocona, usta popękane, często krwawiące w takim stanie chodziłam do szkoły, przez tak wiele lat. W Centrum Zdrowia Dziecka spędziłam trzy miesiące, ale nikt nie potrafił zdiagnozować przyczyny mojej choroby. Pamiętam te ciągłe zastrzyki, tabletki, przeswietlenia, lekarzy w moim miasteczku Kowary, i bezradnych specjalistów w Jeleniej Górze. Dopiero po latach zrozumiałam skąd wzięły się moje problemy i stąd moje późniejsze zainteresowania zdrowiem człowieka.
Lekarze nie pytali małej pacjentki o sytuację rodzinną?
Nie. W tamtych czasach nikt nie łączył emocji z biochemią mózgu, z hormonami, z odpornością. Leczyło się objawy. A przyczyna tkwiła w środowisku, w którym dorastałam. Żyłam w trybie walki i ucieczki. Organizm nie wytrzymuje takiego napięcia bez konsekwencji. Dziś już wiemy, iż dziecko do siódmego roku życia chłonie wszystko bez filtra. Ja chłonęłam permanentny strach. I ten strach zapisał się w moim układzie nerwowym. To wszystko długo trwało i gdyby nie mój wyjazd do Stanów Zjednoczonych, nie wiem jakby się to dla mnie skończyło?
Wyjazd do Ameryki był ucieczka przed chorobą czy szansą na nowe życie?
Jednym i drugim, bo był też nadzieją na zmianę środowiska. Mama powiedziała lekarce, iż zrobi wszystko, żeby znaleźć dla mnie pomoc. Miała siostrę w Ameryce i podjęła za mnie decyzję o wyjeździe, kiedy miałam już 24 lata. To nie była euforia. Nie znałam języka, nie miałam stabilnego statusu prawnego. Zaczynałam od zera. Pierwsza moja praca, to była tawerna w Chicago. Nocne bójki, alkohol, agresja zdarzały się niemal każdego dnia. Zostawałam po nocach, żeby sprzątać ślady przemocy ze ścian, bo od tego zależało, czy nie stracę tej pracy.
Brzmi jak powtórka z dzieciństwa.
To było jeszcze gorsze, z chaosem i przemocą w tle. Ale wtedy podjęłam istotną decyzję, iż muszę się uczyć, aby wyzwolić się mentalnie z tej matni. Zresztą od początku wiedziałam, iż praca fizyczna nie będzie moją drogą. Zapisałam się do szkoły, pilnie uczyłam się języka. Chciałam studiować, ale start nie był łatwy bez legalnego statusu. Pamiętam sytuację, kiedy jedna z nauczycielek dowiedziała się, iż jestem w Stanach Zjednoczonych „nielegalnie”. Zaprowadziła mnie do dyrektora i powiedziała, iż powinnam nie tylko zostać usunięta, ale też deportowana z kraju. A on odpowiedział: „To jest szkoła, a nie urząd imigracyjny. Proszę wrócić do klasy”. Nigdy w życiu nie zapomnę tych słów, bowiem szlachetność dyrektora otworzyła mi drogę do dalszej edukacji, ale łatwo nie było.
To było życie w ciągłym napięciu?
Tak, bo każdego dnia mogłam zostać odesłana do Polski. Mimo tego niepokoju, stale się uczyłam, pracowałam, płaciłam za studia. Skończyłam fizjoterapię bez aktywnej wizy, ale to przypominało trochę balansowanie nad przepaścią. Potem rozpoczęłam kształcenie w Kalifornijskiej Uczelni Medycyny Naturalnej i Alternatywnej, bo odkryłam w sobie predyspozycje do pomagania ludziom. Specjalizowałam się z zakres neuroendokrynologii i biologicznego odmładzania. Później był jeszcze Kalifornijski Instytut Matematyki Serca. Jestem też absolwentką Amerykańskiej Szkoły Life Coachingu w Kolorado z tytułem Master Life Coach oraz Health Coach Medycyny Integracyjnej. Było to okupione ogromnym wysiłkiem, ale jestem bardzo szczęśliwa, bo dałam radę pokonać te wszystkie problemy i zdobyć profesjonalną edukację.
Dzielisz się zdobytą wiedzą m.in. w radiu i telewizji. Na jaki temat są te prelekcje?
Jestem prelegentką radiową i telewizyjną z wielu różnych tematów, które dotyczą zdrowia psychicznego i fizycznego. Mówię o roli stresu, wartości odżywiania i suplementacji, wskazując na wszystko to, co oddziałuje na całokształt jakości naszego życia i zdrowia. Pomaga w tym zdrowy sen, aktywność fizyczna, wypoczynek a także różne formy medytacyjne. Ważne, żeby nie dusić w sobie lęku, strachu, ani innych szkodliwych emocji. Sama tego doświadczyłam, dlatego moje przekazy są jak najbardziej wiarygodne oraz poparte badaniami i nauką.
Prawdziwy przełom w Twoim zdrowiu był następstwem specjalistycznej edukacji, czy pojawił się wcześniej?
Pojawił się kiedy zrozumiałam, iż moje ciało nie było moim wrogiem. Ono reagowało na stres, na emocje i brak bezpieczeństwa. Dzięki specjalistycznej wiedzy z zakresu neuroendokrynologii, medycyny naturalnej i integracyjnej nauczyłam się odporności. Zrozumiałam, iż jeżeli nie uregulujemy układu nerwowego, nie ma mowy o trwałym zdrowiu. Dzielę się tym doświadczeniem z osobami z poważnymi problemami zdrowotnymi, ale ja ich nie uzdrawiam, tylko odpowiednio prowadzę.
Co jest fundamentem tej Twojej metody?
Regulacja układu nerwowego i chronicznego stresu. jeżeli ktoś żyje latami w napięciu, organizm się rozpada. Hormony, serce, odporność to wszystko jest ze sobą połączone. Ja przeżyłam to napięcie na własnej skórze, dlatego wiem jak to działa. Odbudowa równowagi hormonalnej i praca z emocjami jest niezbędna. Osobom z którymi pracuję zadaję zawsze jedno najważniejsze pytanie: „czy twoje codzienne działania są odbiciem zdrowia, którego pragniesz”? Wiele osób chce być zdrowych, ale nie chcą zmienić stylu życia, nawyków, ani relacji. Człowiek musi być gotowy na dokonanie takiej zmiany, ale to jest proces. Zdrowie to decyzja, którą każdy musi podjąć indywidualnie.
Czyli pomagasz osobom, które są gotowe na zmianę stylu życia i chcą zrozumieć przyczyny swoich problemów zdrowotnych lub emocjonalnych?
Dokładanie, pomagam osobom, które szukają integracyjnego, odpowiedzialnego podejścia do zdrowia i nie chcą już żyć w ciągłym napięciu. Nie koncentruję się wyłącznie na objawach. Szukam przyczyn zaburzeń i pomagam organizmowi wrócić do naturalnej równowagi. Dlatego właśnie pracuję nad regulacją układu nerwowego i hormonalnego, zmianą nawyków żywieniowych, wzmocnieniem odporności oraz odbudową energii i stabilności emocjonalnej. Wspieram osoby zmagające się z problemami sercowo-naczyniowymi, nadciśnieniem, podwyższonym cholesterolem, zaburzeniami rytmu serca. Pomagam ludziom zmagającym się z przewlekłym osłabieniem, zaburzeniami neurologicznymi i psychosomatycznymi, przewlekłym stresem. Trafiają do mnie osoby z depresją, lękiem, ciągłym napięciem, a także problemami z koncentracją i zaburzeniem snu. Nie obiecują drogi na skróty, bo praca nad sobą to jest proces terapeutyczny, które daje bardzo dobre efekty.
Co jest największą satysfakcją z Twojej pracy?
Skuteczność z efektów mojej pracy. Ogromną satysfakcję sprawia mi to, iż setki osób odzyskały stabilność zdrowotną, spokój oraz znacząco poprawiły jakość życia po latach bezskutecznych prób. Udaje mi się docierać do ludzkich serc i wzmacniać ich funkcjonowanie. Kiedy 86-letnia moja pacjentka mówi, iż odzyskała zdrowie i sprawczość, to wiem, iż moja praca ma głęboki sens. Powtarzam jednak, iż ja ich nie „uzdrawiam”, tylko prowadzę proces, na który człowiek musi być gotowy. Układ nerwowy pamięta wszystko, a ciało mówi prawdę szybciej niż umysł. Świadomość i konsekwencja pracy nad sobą dają najlepsze efekty. Cierpienie może być początkiem, ale zdrowie zaczyna się dopiero od odwagi spojrzenia prawdzie w oczy. Potrzebna jest determinacja i obowiązkowość, aby odzyskać spokój, dobre samopoczucie i radość, bo to jest największa wartość naszego życia.
Rozmawiała Jolanta Czudak














