Przez piętnaście lat Ida Buzikiewicz pracowała w świecie neonów, nocnych zmian i hazardowych emocji. Dziś tworzy rękodzieło, prowadzi warsztaty i uczestniczy w festiwalach rozwojowych. Jej historia pokazuje, iż droga do własnego powołania rzadko jest prosta. Często prowadzi przez doświadczenia, które pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego.
Życiowe powołanie rzadko objawia się od razu. Niekiedy rodzi się z trudnych doświadczeń. Twoja historia wpisuje się w ten scenariusz?
Moja historia całkowicie to potwierdza i to od najmłodszych lat. Miałam nietypowe dzieciństwo, bo jako niemowlę ciężko zachorowałam. Po powikłaniach zdrowotnych trafiłam na oddział neuroinfekcji i spędziłam tam prawie rok. Rodzina bardzo się o mnie bała. Później przez wiele lat byłam adekwatnie wychowywana pod szczególną opieką. Chodziłam od lekarza do lekarza, od neurologa do psychologa. Było choćby podejrzenie padaczki, dlatego rodzina chroniła mnie jak mogła. Mówić zaczęłam dopiero około piątego roku życia. Nie chodziłam do przedszkola i większość czasu spędzałam w domu, wśród bliskich. Z dzisiejszej perspektywy widzę jednak, iż to dzieciństwo miało też niezwykłą wartość, bo moi bliscy bardzo świadomie starali się rozwijać moje zmysły i wyobraźnię.
W jaki sposób?
Pochodzę z artystycznej krakowskiej rodziny. Dziadek był konserwatorem zabytków, podobnie moja mama i ciotka. W domu było dużo książek, muzyki, rozmów o sztuce. A ponieważ rodzina widziała, iż rozwój manualny dobrze na mnie wpływa, spędzałam mnóstwo czasu w różnych twórczych zajęciach. Lepiłam z plasteliny, rysowałam, malowałam, robiłam różne rzeczy z papieru. Pomagałam babci w kuchni, z dziadkiem robiłam ozdoby na choinkę. Dziś powiedzielibyśmy, iż była to taka intuicyjna integracja sensoryczna, czyli ćwiczenia dla zmysłów, wyobraźni i koncentracji. To wszystko bardzo mnie ukształtowało, chociaż wtedy oczywiście nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Kto z bliskich najbardziej na Ciebie oddziaływał?
Myślę, iż moja ciotka Irena Mirecka, która była aktorką w Teatrze Jerzego Grotowskiego Laboratorium we Wrocławiu. Dla mnie jako nastolatki była kimś absolutnie fascynującym. Pokazywała mi zupełnie inny świat. Mówiła o medytacji, energii, o wdzięczności, o pracy z własnym wnętrzem. Jeździła do Indii, praktykowała różne rzeczy, które w tamtych czasach wydawały się niemal egzotyczne. Kiedy miałam dwanaście lat, spędzałam u niej wakacje we Wrocławiu i tam pierwszy raz zetknęłam się z takim sposobem myślenia o życiu. Ona mówiła: „proś, a będzie ci dane”, „bądź wdzięczna”, „wszystko jest energią”. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałam. Ale te słowa gdzieś we mnie zostały i po latach wróciły ze zdwojoną siłą.
Wybór przyszłego zawodu był powiązany z artystycznymi kompetencjami bliskich?
Wybrałam kierunek bardziej praktyczny. Najpierw technikum obsługi ruchu turystycznego, a później kulturoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim w zakresie specjalizacji dotyczącej cywilizacji śródziemnomorskiej. Zawsze interesowały mnie podróże, języki obce i poznawanie świata. Znałam dobrze francuski i włoski, więc wydawało mi się, iż będę pracować w turystyce albo w jakiejś międzynarodowej instytucji. Ten kierunek dawał bardzo szeroką wiedzę, od historii sztuki i filozofii, przez literaturę, po języki klasyczne. To było bardzo inspirujące. Ale życie potoczyło się zupełnie inaczej. Przez prawie 15 lat pracowałam w kasynie w sieci klubów z automatami i ruletkami.
Dlaczego zdecydowałaś się na pracę w kasynie, miejscu dość specyficznym dla kobiety?
Trafiłam tam adekwatnie przez przypadek. Mój partner pracował w jednej z sieci salonów gier i pomógł mi znaleźć tam pracę, kiedy jeszcze studiowałam. Na początku wydawało się to świetnym rozwiązaniem – dobre zarobki, elastyczny grafik. W tamtych czasach była to naprawdę atrakcyjna praca dla młodej osoby, choć bardzo odległa od tego, czym tak naprawdę chciałam się zajmować. Tyle iż z czasem zaczęłam widzieć drugą stronę tej rzeczywistości.
Co masz na myśli?
Kasyno to miejsce, w którym bardzo wyraźnie widać ludzkie słabości. Przez piętnaście lat widziałam mnóstwo dramatów ludzi przegrywających całe majątki, rozpadające się rodziny, emocje na granicy rozpaczy. Bywali tam ludzie z bardzo różnych środowisk, także z półświatka. To była ogromna lekcja życia i konfrontacja z tym, co w człowieku najciemniejsze. Dziś wiem, iż była to dla mnie trudna, ale ważna szkoła doświadczenia. Urodziłam w tym czasie dwójkę dzieci i w pewnym momencie zostałam z nimi sama. Rozstałam się z partnerem, kiedy dzieci były jeszcze bardzo małe. Jedno miało dwa lata, drugie pięć. To był bardzo wymagający moment w moim życiu. Ale jednocześnie to właśnie dzieci dawały mi siłę. Wiedziałam, iż muszę być silna, iż nie mogę sobie pozwolić na załamanie. Trzeba było pracować, utrzymać dom, wychować dzieci.
Dlatego praca w kasynie trwała aż 15 lat?
Tak, bo nie miałam innego wyjścia, żeby utrzymać rodzinę. W pewnym momencie wszystko jednak zaczęło się zmieniać. Po aferze hazardowej w 2009 roku, wiele takich miejsc zaczęto zamykać. Wiedzieliśmy, iż to tylko kwestia czasu, kiedy to nas również dopadnie. Ostatecznie moja praca skończyła się w 2015 roku. Co ciekawe, dokładnie wtedy złamałam nogę i musiałam przejść rehabilitację. Byłam wtedy bardzo zmęczona psychicznie, ale wiedziałam jedno, iż nie chcę już pracować w takiej atmosferze. Czasami kobieta odkrywa swoją prawdziwą siłę dopiero wtedy, kiedy nie ma już innego wyjścia.
Los pomógł Ci podjąć starania o dokonanie zmiany w życiu?
Ta decyzja dojrzewała we mnie od dłuższego czasu. Najpierw pojawiło się poczucie, iż praca, którą wykonuję, nie jest w zgodzie z moją naturą. Potem zaczęły się różne spotkania i doświadczenia, które poszerzały moje spojrzenie na świat. Te drobne impulsy – rozmowy, inspiracje, nowe znajomości – z czasem zaczęły układać się w całość. Dopiero wtedy pojawiła się odwaga, żeby zrobić krok w innym kierunku.
Jak wyglądały pierwsze kroki w nowej drodze zawodowej?
Utrata pracy w kasynie sprawiła, iż musiałam gwałtownie zadbać o utrzymanie rodziny. Zaczęłam pracować w branży usług sprzątających, bo w tej dziedzinie stosunkowo łatwo było zdobyć pierwsze zlecenia. Z czasem rozwinęłam własną działalność pod nazwą „Błysk w Mig”. Przez prawie osiem lat prowadziłam tę działalność i była to nasza główna forma utrzymania. Ten etap bardzo dużo mnie nauczył, przede wszystkim przedsiębiorczości, samodzielności i radzenia sobie w różnych sytuacjach. Równolegle jednak zaczęły się we mnie inne zmiany. Rzuciłam palenie, zaczęłam interesować się rozwojem osobistym, medytacją i pracą z emocjami. Miałam też epizod prawie rocznego pobytu we Francji, gdzie pracowałam między innymi w winnicy i w sadach owocowych. To było bardzo interesujące doświadczenie, zupełnie inne tempo życia, bliskość natury, inna kultura pracy. Po powrocie do Polski dalej prowadziłam swoją działalność sprzątającą, ale moje życie już zaczęło się zmieniać, bo odżyły artystyczne zainteresowania.
W którym momencie wróciła sztuka?
Tak naprawdę ona nigdy całkiem nie zniknęła. Przez całe życie coś tworzyłam z gliny, z masy solnej, różne dekoracje. Ale dopiero kilka lat temu nastąpił prawdziwy powrót do twórczości. Zaczęłam malować, robić biżuterię, tworzyć różne przedmioty z kamieniami i symbolami. Dla mnie to nie jest tylko rękodzieło. Każdy taki przedmiot powstaje z określoną intencją. To jest trochę jak powrót do tego, co było we mnie od dziecka. Dziś prowadzę warsztaty rękodzieła intencyjnego.

Czego uczysz na tych warsztatach?
Najpierw jest rozmowa z uczestnikami o symbolice kamieni, o pracy z emocjami i intencją, a potem każdy uczestnik tworzy swój własny amulet. Często robię takie spotkania przy okazji różnych wydarzeń – festiwali rozwojowych, spotkań kobiet czy warsztatów tematycznych. Latem jeżdżę także z moim stoiskiem na plenerowe festiwale. Spotykam tam ludzi, rozmawiamy, wymieniamy się doświadczeniami. To bardzo inspirujące. Jedynym mankamentem jest niestabilność finansowa w tych działaniach, dlatego jestem w tej chwili asystentką seniora. To daje poczucie bezpieczeństwa finansowego, a jednocześnie pozwala mi rozwijać moją działalność artystyczną. Moim marzeniem jest oczywiście to, żeby kiedyś móc utrzymywać się wyłącznie z tego, co naprawdę kocham robić – z tworzenia, spotkań z ludźmi i warsztatów. Ale wiem też, iż wszystko przychodzi w swoim czasie.
Patrząc na Twoją historię można powiedzieć, iż jest w niej ogromna determinacja.
Myślę, iż po prostu nauczyłam się nie poddawać. W życiu miałam wiele momentów trudnych – chorobę w dzieciństwie, samotne macierzyństwo, zmianę pracy, różne życiowe zakręty. Ale zawsze wierzyłam, iż trzeba iść dalej.
Każde doświadczenie czegoś uczy. choćby te najtrudniejsze. I dziś widzę bardzo wyraźnie, iż wszystkie te drogi – dzieciństwo w artystycznej rodzinie, lata pracy w kasynie, samotne wychowywanie dzieci, praca fizyczna, doprowadziły mnie dokładnie do miejsca, w którym jestem teraz. Czasami życie potrzebuje wielu lat, żeby pokazać nam nasze prawdziwe powołanie, które daje prawdziwą satysfakcję.
Rozmawiała Jolanta Czudak
autorka foto: Galina
Wywiad z cyklu „Nowe powołania do życia”






