Niektórzy prawdopodobnie pamiętają ten slogan z ostatniej dekady czasów, które słusznie już minęły. Kiedyś, w okresie majowego świętowania prawdopodobnie byłby ozdobą niejednej szturmówki lub choćby pierwszomajowej trybuny honorowej.
Dzisiaj, choć ciągle jest nad wyraz aktualny, nikt z nim obnosił się nie będzie, a większość działaczy partyjno-rządowych deklaruje się jako zaciekli antykomuniści. Czy słusznie? O tym pisać nie będę…
Zawsze bywam podejrzliwy, kiedy czytam, iż naród stanie się szczęśliwszy, a Polska urośnie w siłę, kiedy tylko urzędnicy coś tam wybudują. Zamiast skakać z radości, po zapoznaniu się z taką informacją, zastanawiam się, jakim potrzebom społeczeństwa planowane działanie ma służyć. Nie, nie przejęzyczyłem się używając trybu przyszłego, niedokonanego. Bo potrzeby społeczne mogą wynikać z uwarunkowań bieżących albo przyszłych. Co więcej, planowana inwestycja może wiązać się z potrzebami jeszcze nie ujawnionymi, które zamierzone działanie dopiero wzbudzi. dla wszystkich myślącego człowieka są to sprawy oczywiste i nie ma wielkiej potrzeby, żeby na ich temat deliberować.
Patrząc na tzw. inwestycje w terenie, szukam odpowiedzi na pytanie komu konkretnie ma służyć np. wielokilometrowa ścieżka rowerowa, budowana przy trasie, którą wszyscy wykorzystują do szybkich dojazdów do pracy, do jakiegoś urzędu, lekarza lub zwyczajnie – na zakupy. Zasada zawsze jest taka sama: wsiąść w cokolwiek wygodnego, gwałtownie dojechać i gwałtownie wrócić. Żadnego zwiedzania raczej nigdy nie będzie, chyba, iż zaplanujemy sobie rundkę po paru barach, które wystrojem, standardem i całą resztą oferty nie odbiegają od setki innych. Wsiąść, dojechać, wysiąść. Pasjonujące… Chociaż jeszcze bardziej pasjonujące okazałoby się gdyby orędownik tej budowy sam przyjechał rowerem do roboty w styczniu lub w lutym, albo przywiózł na rowerze do swojego domu dopiero co kupioną kanapę…
Niezgłębioną zagadką jest dla mnie np. budowa „ciągu pieszego” w miejscu dotychczas istniejącego chodnika. Chodnika ładnego, szerokiego i równego jak stół. A nasi urzędnicy zamierzają zrujnować „stare” by dać życie „nowemu”. I to za jedyne cztery i pół miliona złotych, które trzeba będzie zapłacić za kilkaset metrów bieżących nowego trotuaru. A ja zastanawiam się, po co to i na co?
Podobnie jest z pumptrackami, siłowniami na wolnym powietrzu, halami sportowymi i dziesiątkami innych – do tego – ponoć straszliwie pilnych potrzeb. Na dodatek, urzędnicy chcą pomagać niemal wszystkim potrzebującym. Np. emerytom i rencistom, którzy w teorii nie mogą normalnie żyć z powodu podeszłego wieku i chorób. choćby tym, którzy w tzw. realu mają przyzwoite zdrowie, takie same emerytury i wianuszek dzieci, które bez trudu mogłyby się nimi opiekować. Na liście zaopiekowanych nie może brakować też ludzi młodych i bardzo młodych, którym urzędnicy także chcą przychylić nieba organizując zajęcia w klubach czy w świetlicach. Niektórzy zaś tworzą budki dla tych, którzy nie mają czasu, żeby – jak na normalnych ludzi przystało – mogli wygodnie skorzystać z pałacu kultury i książki, który dla nich specjalnie zbudowano. Zresztą, za całkiem spore pieniądze. A ja się zastanawiam, skąd na to wszystko brać kasę. I czy to mnożenie inicjatyw przynosi jakiekolwiek pozytywne rezultaty?
Jaka może być np. społeczna korzyść z uroczystego konkursu wielkanocnych palemek, albo z hucznych zabaw ku czci świątecznego żarcia, które czasem przyjmują charakter skromnego „jajeczka”, najczęściej zaś przekształcają się w spędy wszystkich okolicznych ważniaków i „przemądrzałych głów”. Czy ktoś kiedyś policzył koszty tych rozrywek? Ktoś jest w stanie podać ilość niepotrzebnych etatów oraz innych wydatków, które obciążają nasz wspólny budżet? Wiem, wiem, jak mawiał klasyk: „władza zawsze się wyżywi” i póki co, to jest jedyny konkret w całej sprawie. Odnoszę wrażenie, iż większość tych imprez służy wyłącznie temu, żeby – jak to się mówi na mieście – przepalić trochę kasy.
Ta radosna twórczość urzędników rozpoczęła się zaraz po objęciu władzy przez nową koalicję parlamentarną i wiąże się z likwidowaniem skutków tzw. „pandemii covida”. Stara koalicja nie miała zaufania wśród dysponentów funduszy, ale powiem tylko tyle, iż chyba raczej słusznie. Do dzisiaj natomiast mam wątpliwości co do form pomocy, którą jako państwo polskie, wtedy przyjęliśmy, nazywając to Krajowym Planem Odbudowy (KPO). Nie ma tu znaczenia (no: w zasadzie większego znaczenia, bo diabeł tkwi w tzw. szczegółach) kto tą pomocą dysponuje. Do wielu głupot, które zaplanował PiS, doszły głupoty związane ze znacznie krótszym czasem, który nam pozostał na wykorzystanie ostatecznie „przyznanych” środków.
Czy to lepiej? Tego nie wiem. Teraz pojawiła się kolejna zagwozdka związana z finansowaniem zakupów dla wojska, czyli programem SAFE. Niebezpieczeństwo popadnięcia w kłopoty jest tu podobne jak w przypadku samego KPO.
Mnie pozostała tylko smutna satysfakcja, iż od samego początku dostrzegałem zagrożenia związane z KPO i pisałem o tym otwarcie argumentując m. in. przy pomocy obowiązujących przepisów prawa. Przepisów, których nikt nigdy choćby nie próbował uchylić. Wdrażając KPO złamaliśmy jednak nie tylko przepisy, ale i granice zdrowego rozsądku. Bo uzyskana „pomoc” nie jest bezzwrotna, a pożyczone pieniążki kiedyś zwyczajnie trzeba będzie oddać. Komu przypadnie ciężar spłacania tego długu i czy to będzie tylko dług polski?
→ Tomasz Miller
2.05.2026
• foto: Mariusz Baryła / Gazeta Trybunalska
• więcej tekstów autora: > tutaj














