Nie można zabić snów. Opowieści z Pogranicza

opsychologii.pl 2 tygodni temu

Możesz zabić kangura, ale nie możesz zabić jego Śnienia
powiedzenie aborygeńskie


1.
Siedzę w kręgu z ludźmi i próbujemy się porozumieć. Każd_ z nas wie, iż śni. Podobnie jak nurt terapeutyczny wpływa na język i sposób opowiadania świata, tak każde z nas opowiada świat z perspektywy swojego snu. Jednocześnie wiemy już, iż śnimy, tylko jesteśmy tak do tego snu przywiązan_, iż nie umiemy go zostawić. To spotkanie jest jednak po to, żeby posłuchać różnych perspektyw śniących i spróbować się uwolnić.
sen z października 2020

2.

Dostaję papiery adopcyjne na dwójkę dzieci. Pierwszym jest mały wieprzyk, a drugim odrośnięta już trochę krowa. To jest świat, w którym składa się papiery adopcyjne, a gatunek dziecka przydzielany jest losowo.
sen z marca 2021

3.
Przychodzą do mojego domu różne białe zwierzęta: koty, świnie, szczury, króliki, sarny. Białe zwierzęta, z którymi mieszkam przyjmują niektóre z nich do swojej przestrzeni. Wiemy, iż są to zwierzęta-uchodźcy. Niektóre już tu mieszkały i tworzą szpaler, witając nowo przybyłe.
sen ze stycznia 2020

Bliskie jest mi doświadczanie snów, jako podarunku dla społeczności. Podobnie jak od dawien dawna wydarzało się to w społecznościach rdzennych (Pierwszych Narodów), podobnie jak mogłam doświadczać w życiu podczas spotkań, zwanych „matrycą społecznego śnienia”, podobnie jak tkam życie z ludźmi, których kocham.

Przynoszę Wam sny również dlatego, iż są one jednym z przejawów rzeczywistości Pogranicza, o której pisze Jerome S. Bernstein w swojej książce Życie na Pograniczu. Ewolucja świadomości i wyzwania w leczeniu traumy, wydanej jesienią przez Raven – Instytut Studiów Kulturowych, w przekładzie Tomasza J. Jasińskiego. Będę więc pisać o moim doświadczeniu tej książki, z pełną świadomością, iż to jest tej książki śnienie. Każd_ z Was, jeżeli zdecydujecie się na spotkanie z nią, będzie śnił_ swoje znaczenia, swoje opowieści, swoje czucia, które jednocześnie, zapewniam Was, będziemy współdzielić ze sobą, wplatać w siebie nawzajem, ponieważ współ-jesteśmy w świecie: ludzi, innych zwierząt, roślin i minerałów. Zamieszkujemy to samo życie, ten sam dom i choć konteksty naszych codzienności są różne, w zależności od przywilejów, które mamy lub nie, nie można nas rozłączyć. Spotykamy się więc czasem w miejscu naszej ludzkiej wspólnej kruchości i odwagi, które pozwalają nam płakać za umierającym życiem i tańczyć w samym środku wojny (kiedy akurat przywileju mamy więcej).

Żadna ze mnie jungistka. Wybieram jednak czasem zanurzyć się w świecie analizy, szczególnie widzianej krytycznie, żeby ocalić wyobraźnię, rozluźnić kanty teorii, dotknąć życia w ramach różnych naszych psychoterapeutycznych codziennych dociekań. Żeby nie przywiązywać się do jednego poglądu, bo to jest groźne na wiele różnych sposobów. Praktykowanie wolności od dogmatyzmu i ocalanie wyobraźni wydają mi się jednymi z najpilniejszych zaangażowań naszych czasów.

Z książką Bernsteina spotkałam się jeszcze zanim przyszedł rok 2020. Czytałam rozdział o Hannah w formie artykułu (za chwilę do niego wrócę), potem większe fragmenty książki. To był czas, w którym myślałam, jak by to było inaczej, gdybyśmy mogły/mogli snuć te podstawowe znaczenia w polskiej literaturze (i gadać o tym w lesie, przy kawie, znowu tym oddychać). Kiedy mówię „podstawowe znaczenia”, mam na myśli przypomnienie podstawowej wiedzy o tym, iż wszystko, co jest pochodzi z pierwszej więzi z Ziemią, również psychoterapia i iż zdrowie psychologiczne człowieka mało jest prawdopodobne na planecie, która choruje i w kolektywnym doświadczeniu dysocjacji.

Na początku była więc Hannah.

Pewnego dnia, po około roku pracy, Hannah pojawiła się bardzo przygnębiona. Okazało się, iż w trakcie powrotu z poprzedniej sesji jechała za ciężarówką przewożącą dwie krowy. Miała poczucie, iż wieziono je na rzeź. Kontynuując moje standardowe podejście zasugerowałem, iż była to jej projekcja, a więc w niedoli tych krów widziała własną sytuację życiową. Przez jakiś czas podążała w tym za mną, aby w końcu z frustracją zaprotestować: 'Ale to chodzi o k r o w y!’. Zwróciłem uwagę na to, iż jej reakcja oznaczała identyfikację z umęczonymi zwierzętami. Hannah przyjęła moją interpretację. Zaczęła mówić o wszystkich udomowionych zwierzętach świata i o ich smutku. Wtedy ponownie wybuchnęła: 'Ale to chodzi o k r o w y!’. Po tym kolejnym proteście, który zbiegł się z końcem sesji, rozpoznałem w s o b i e s a m y m cierpienie Hannah oraz jej identyfikację z losem zwierząt. Uświadomiłem sobie ponadto obecność w gabinecie innego uczucia, związanego z Hannah, a jednak oddzielnego. Wydawało mi się, iż pochodzi z innego wymiaru. Było to dla mnie nowe doświadczenie.
fragment książki

W książce Bernsteina znajdziemy historie doświadczeń, do opisu których wybrano słowo „transracjonalne” – w znaczeniu: nie można ich łatwo sklasyfikować w racjonalnych ramach, nie można ich włożyć w narzędzia statystyczne. Te same doświadczenia oglądamy w liminalnej przestrzeni, w której jednocześnie można by, i często tak w psychoterapii bywa, zobaczyć opowieść o patologii, i jednocześnie, bywa przecież i tak: uznać je za święte w pozareligijnym znaczeniu tego słowa. Święte jest więc to, iż możemy pamiętać połączenie z życiem (przynależność do sieci życia) na jednocześnie głębokim i prostym poziomie. Czy to jest jakoś szczególnie dziwne honorować ból z powodu stanu świata? – umierających rzek i raf koralowych, zapadających się całych ekosystemów, wycinanych lasów deszczowych i naszych lokalnych, cierpienia krów, świń i drobiu w przemysłowych hodowlach, ludzi uciekających od wojen, i tych, których nie stać na ucieczkę lub, którzy umierają w wyniku wojen i ludobójstwa? Czy to jest szczególnie dziwne tęsknić do życia w większej zgodzie z dużymi cyklami natury i tymi mniejszymi, w naszych ciałach, które również są naturą (bo czymże innym miały by być)? Czy to jest szczególnie dziwne pamiętać, iż wielką iluzją współczesności jest to, iż jesteśmy oddzieleni od pozaludzkiego świata, iż „natura” nie jest czymś na zewnątrz nas? Że kiedy ścinamy drzewo, tracimy oddech, zdrowie (wszelkie) i nadzieję? Święte jest więc współwysychanie z rzeką, podobnie jak jednoczesne witanie każdego przejawu życia.

Wiele osób doświadcza trudności z przystosowaniem się do wymagań życia zewnętrznego. Rozpoczynając terapię, spotykają się często z potwierdzeniem najgorszych obaw, słyszą, iż coś jest z nimi „nie tak”. Diagnoza zaburzenia (często „zaburzenia osobowości borderline”) prowadzi do jeszcze silniejszego lęku i sytuacji samospełniającego się proroctwa […].

Cały problem jest tym bardziej mylący, iż granice pomiędzy niepatologicznym doświadczeniem Pogranicza a patologicznym „fantazjowaniem” czy też złośliwą regresją rzadko są wyraźne. Terapia, w której dochodzi do patologizacji niepatologicznego doświadczenia, sama w sobie może traumatyzować. Wymaga to od nas, klinicystów, poruszania się po cienkiej granicy. Szybkie rozpowszechnianie się osobowości Pogranicza oznacza też, iż tego rodzaju problemy będą dominować w praktyce klinicznej każdego z nas.

fragment książki

Nie nazywam ludzi, z którymi się spotykam osobami z Pogranicza, bo nie mam w zwyczaju nazywać ludzi. Niemniej, pojęcie „Pogranicza” może być pomocne w świecie, w którym trzeba nam się za czymś opowiadać. Wiedzieć rzeczy. Stawać po którejś stronie, określać się jakąś ramą. Tak to już z nami jest. Spotykam się jednak w kontekstach grupowych i indywidualnych z ludźmi, którzy w tym pogranicznym opisie rozpoznaliby się i być może poczuli ulgę przynależności. Tak to często bywa, iż na początku jest wielka samotność, często rozpacz, niedoszacowana żałoba, niedoszacowana trauma, poczucie dziwności, odłączenia od „normatywnego świata”. Bywa też i tak, iż to więź z Ziemią, więź z siecią życia jest tym doświadczeniem, które pozwala ludziom przetrwać, żyć i kochać przy równoległych doświadczeniach wczesnej traumy relacyjnej. Nie zamiast, wspólnie z. Bo dlaczego by nie? Z tej podstawowej więzi wszyscy przecież jesteśmy. Z tej podstawowej dysocjacji globalnie przecież cierpimy. Pamięć doświadczanej więzi z Ziemią nie jest sielską myślą. To jest doświadczenie głębokiej łączności, głębokiego bólu z powodu stanu planety i głębokiej odpowiedzialności za ten jedyny dom, jaki mamy. I głębokiej miłości. To zmienia wszystko.

Siadamy więc wspólnie w lesie, na ściółce, siadamy z deszczem, słońcem, życiem, w jakimkolwiek jest przejawie. Siadamy z lipą za oknem, na dywanie, idziemy do parku, do rzeki – i słuchamy. To bardzo ciekawe, ile wydarza się w nas – ludziach, kiedy pozwalamy na chwilę odpocząć słowom i doświadczamy wspólnego bycia ze sobą, z życiem, które płynie w nas i które zasiada z nami w kręgu, w spotkaniu – czasami ma korzenie, czasami skrzydła, czasami krople, kiedy indziej pióra. Czasami przynosimy sny, czasami łzy, czasami poezję, czasami historie. I razem mamy wszystko, pełnię doświadczenia, które wymyka się opisom, z którym możemy za to tańczyć, z którym możemy kochać, z którym możemy oddychać.

W tym momencie zapytałem go: 'Jakie znaczenie ma twoja żałoba?’ Odpowiedział: 'Moja żałoba to mój problem’. Na co ja powiedziałem: 'Ona ma znaczenie. Twoja żałoba liczy się, ponieważ znalazło się w niej uznanie dla ludzi i miejsc, które kochasz, dla wilka, łosia i duszącej się ziemi, oraz miejsce na wdzięczność za to, iż istnieją. Ona ma znaczenie’. Tak wiele ludzkiej rozpaczy wypływa z poczucia, iż to, co się czuje, nie ma żadnego znaczenia.
fragment książki

Twoja żałoba ma znaczenie i płynie z miłości. Tak często o tym mówimy. Tak często o tym nie mówimy. Tak często o tym tańczymy. Tak często zabiera nam to oddech. Gdybym miała opisać sposoby, na które płaczemy z powodu stanu świata nie starczyłoby internetu. Podobnie byłoby, gdybym chciała opisać wszystkie nasze dysocjacje.

Pożegnam się jednak sformułowaniem, które pojawiło się w zimowej rozmowie, spadł wtedy pierwszy śnieg, nic jeszcze nie zapowiadało mrozów, które chwilę później skuły lodem rzeki: chcę się kierować w życiu godnością współistnienia. To jest radykalne. To jest proste, podstawowe. Noszę pamięć o tym w każdej komórce ciała i w każdym oddechu, którym obdarowują mnie (nas) lasy i oceany. I jeżeli przydatne mogą być w tej drodze książki – to „Życie na Pograniczu” Bernsteina może być tu niezłym kompanem.

Dzisiaj, kiedy piszę te słowa, śniłam sen: jestem wśród ludzi, jest czas świętowania, jest czas wspólnego śpiewania pieśni życia. Słyszę tylko swój głos, ludzie wokół mnie nie mają siły, życie w nich nie płynie. Śpiewam więc sama.

To śpiewasz Ty. Odwagi! Żyjemy to razem.

Maria Sitarska

Jerome S. Bernstein, Życie na Pograniczu. Ewolucja świadomości i wyzwania w leczeniu traumy, wydawnictwo Raven – Instytut Studiów Kulturowych, przekład Tomasz J. Jasiński.

Idź do oryginalnego materiału