Zdrowie będzie najważniejszym tematem kampanii wyborczej w 2027 r. – przewiduje prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Szczecinie dr Michał Bulsa. Według niego w zapowiedziach reformy systemu jest wiele emocji, jeszcze więcej publicystyki, a wszystko rysowane pod polityczną potrzebę.
Prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Szczecinie w rozmowie z PAP skomentował problemy w ochronie zdrowia w Polsce: zadłużenie szpitali, wysokie kontrakty lekarzy, nagłaśniane przypadki pracy w kilku placówkach jednocześnie itd. Michał Bulsa odniósł się również do zapowiedzi Ministerstwa Zdrowia, które chce od 2027 r. wprowadzić m.in. jawność i limity wynagrodzeń medyków oraz uporządkować system ich zatrudniania. „Nie wszyscy lekarze w Polsce są milionerami i nie wszyscy jeżdżą Porsche Panamera. Spłycenie tematu wynagrodzeń lekarskich napędza niechęć do zawodu, który musi być liderem publicznego i społecznego zaufania. Rozumiem oburzenie, rozumiem chęć zmian – nie mam żadnych wątpliwości, iż takie oczekiwanie musi zostać spełnione. Nie podoba mi się to, iż robimy to populistycznie” – powiedział.
Prezes Bulsa ocenił, iż dyskusja dotycząca wynagrodzeń personelu medycznego wynika z „wadliwego wyceniania wybranych procedur medycznych”. Dyrektorzy placówek dzielą oddziały na takie, które warto mieć w szpitalu, i na takie, które przynoszą stratę podmiotowi leczniczemu. Jak przekonuje, rynek swobodnie wyregulowałby wynagrodzenia w przypadku naprawienia tych błędów. Zwrócił uwagę, iż w procesie kształcenia kadr lekarskich państwo dysponuje narzędziami „zachęcającymi” lekarzy do wybierania deficytowych specjalizacji, które „są krytyczne dla bezpieczeństwa zdrowotnego obywateli”. Pytany o zapowiadaną przez Ministerstwo Zdrowia reformę przewidującą m.in. maksymalne wynagrodzenia lekarza w publicznej placówce, jawność zarobków czy ograniczenie możliwości pracy w kilku szpitalach dr Bulsa zwrócił uwagę, iż nie są znane „szczegóły tych rozwiązań prawnych”. Zatem trudno je recenzować, mówić o spodziewanych skutkach, czyli np. brakach kadrowych.
Prezes Bulsa ocenił, iż trwająca od kilku tygodni ogólnopolska debata na temat wysokich zarobków lekarzy jest wykorzystywana przez polityków po to, by odwrócić uwagę od problemów, z którymi od ponad 30 lat walczy system ochrony zdrowia. Jego zdaniem konieczna jest całościowa reforma, a nie wybieranie tematów takich, jak np. pensje medyków, które rozpalają opinię publiczną – „Dzisiaj po raz kolejny uczestniczymy w politycznych igrzyskach, których realną cenę zapłacą pacjenci”. Zaproponował, by politycy spojrzeli w lustro, jeżeli szukają winnych zapaści finansowej w ochronie zdrowia. Wyraził przekonanie, iż już za chwilę, jak co roku, pojawią się problemy z płatnościami za tzw. nadwykonania, brakiem środków na programy lekowe i odsyłaniem pacjentów, także onkologicznych – „Jestem świadomy, iż dla polityków wygodnie będzie wtedy powiedzieć: pensje lekarzy, ale to zgrana karta i fałszywy obraz sytuacji. Wiele jest w tym emocji, jeszcze więcej publicystyki, a wszystko rysowane jest pod polityczną potrzebę. Zdrowie będzie najważniejszym tematem kampanii wyborczej w 2027 r.”
Według dr Bulsy ochrona zdrowia w Polsce jest w zapaści finansowej „nie przez lekarzy, a przez to, jak finansowane są procedury” i przez brak pieniędzy np. na nadwykonania. Dodał, iż MZ „zmusza szpitale do oszczędzania”, a jednocześnie „egzekwuje np. liczbę lekarzy na oddziałach”. Pytany, ile powinien średnio zarabiać lekarz ze specjalizacją, dr Bulsa stwierdził, iż „nie ma prostej odpowiedzi”. Przypomniał, iż np. w USA wprowadzono algorytm, który oblicza wynagrodzenia medyków, oceniając m.in. skomplikowanie wykonywanych przez nich zabiegów lub innych procedur, ale też miejsce zamieszkania i wykonywania świadczeń. „W mojej opinii sztuczne ustalenie limitu może spowodować brak rozwoju wybranych dziedzin medycyny w Polsce” – przestrzegł Bulsa” powiedział. I dodał, iż w przeszłości, kiedy państwo „wkraczało w swobodę gospodarczą”, źle się to kończyło.
Podkreślił, iż rozumie społeczne oczekiwanie, by temat zarobków lekarzy uregulować, jednak zwrócił uwagę, iż będzie to możliwe tylko w sektorze publicznym. Ocenił, iż rządowy pomysł maksymalnych wynagrodzeń zmotywuje lekarzy zarabiających mniej, by ustawili się w kolejce do swoich dyrektorów i zażądali 240 zł za godzinę. Komentując medialne doniesienia o lekarzach na kontraktach zarabiających np. 300 tys. zł miesięcznie albo ponad 20 tys. zł za jeden dyżur, podkreślił, iż te przypadki to tylko wycinek środowiska lekarskiego. Zaznaczył, iż na podstawie ogólnych danych trudno ocenić, czy wynagrodzenie „jest adekwatne do umiejętności i doświadczenia poszczególnych medyków” –”Wyobrażam sobie jednak, iż takie sytuacje mają miejsce. Mamy przecież neurochirurgów, do których ustawiają się kolejki pacjentów z całej Polski, czy wybitnych specjalistów w dziedzinie patologii ciąży”.
Okręgowa Rada Lekarska nie ma danych, ile wynosi wynagrodzenie dla lekarzy poszczególnych specjalizacji. Nie wie też, ile zarabiają wybitni neurochirurdzy, transplantolodzy, kardiolodzy czy okuliści – „Lekarze pracują w większości na indywidualnych umowach cywilnoprawnych i nie istnieje rejestr, który pozwoliłby na porównanie tego typu danych”. Zaznaczył, iż wiedza o zarobkach medyków jest istotna dla Narodowego Funduszu Zdrowia, by weryfikować, jak wygląda kalendarz danego specjalisty i czy „pokusa przesadnego rozdrobnienia kontraktowego nie ma tutaj miejsca”. „Rozumiem zarzut, iż sytuacja, gdy lekarz podejmuje pracę w pięciu podmiotach i dostępny jest tutaj w poniedziałek, tutaj we wtorek, a tam w środę, jest irytująca dla państwowego płatnika i dla pacjentów” – dodał. Odnosząc się do ministerialnego pomysłu, by lekarze musieli uzyskiwać zgodę pracodawcy na realizację świadczeń w innym podmiocie medycznym, zauważył, iż skoro zatrudnieni na etacie nie mają takiego obowiązku, to trudno uznać, iż „wybiórcze stosowanie takiego mechanizmu do medyków na umowach cywilnoprawnych jest postępowaniem adekwatnym” – „Obawiałbym się o konstytucyjność takich zapisów”. (PAP)













