Spadek liczby chętnych na studia farmaceutyczne w Polsce przestał być tajemnicą, a stał się faktem, z którym wyższe uczelnie i samorząd zawodowy muszą się zmierzyć. Gdy jednak Naczelna Izba Aptekarska opublikowała na Facebooku wypowiedź Prezesa Naczelnej Rady Aptekarskiej (NRA), Marka Tomkowa, w której spróbował on wyjaśnić przyczyny tego zjawiska i uspokoić nastroje w branży, reakcja środowiska była natychmiastowa i niezwykle surowa.
Okazuje się, iż zamiast spodziewanego uspokojenia, pod nagraniem wybuchła fala oburzenia. Diagnozy szefa samorządu zostały przez komentujących farmaceutów uznane za odrealnione, a zaproponowane rozwiązania – za kosmetykę, która w żaden sposób nie dotyka fundamentów głębokiego kryzysu, w jakim znalazła się polska farmacja.
Niż, konkurencja i „obniżone progi” na lekarskim
W swoim wystąpieniu Marek Tomków odniósł się do spływających z uczelni medycznych informacji o pustoszejących salach wykładowych na kierunku farmaceutycznym. Szef samorządu aptekarskiego stanowczo odrzucił zarzuty, jakoby odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosiła Naczelna Rada Aptekarska czy brak dbałości o rozwój zawodu.
„Zmniejsza się liczba studentów farmacji. I oczywiście podniósł się głos krytyczny, iż to na pewno dlatego, iż Naczelna Rada Aptekarska nie dba adekwatnie o interesy farmaceutów, nie rozwija się nasz zawód. No i tak naprawdę klęska czeka na nas już za rogiem. Ale my nie żyjemy w bańce, w której są sami farmaceuci” – zaczął Prezes NRA.
W ocenie Marka Tomkowa u podstaw problemu leży przede wszystkim czynnik demograficzny oraz zmiany w strukturze szkolnictwa wyższego. Zauważył on, iż uczelnie zmagają się z mniejszą liczbą absolwentów liceów, a ci, którzy wybierają ścieżkę medyczną, mają dziś znacznie szerszy wachlarz możliwości niż jeszcze kilkanaście lat temu.
„Dzisiaj mamy sytuację, w której jest ogromny niż i o setki tysięcy osób spadła liczba absolwentów liceum, która w ogóle chce studiować. Musimy też pamiętać o tym, iż o ile kiedyś były tylko tak naprawdę trzy kierunki, a więc lekarski, stomatologia i farmacja, o tyle dzisiaj kierunków medycznych jest bardzo, bardzo dużo, związanych z dietetyką, związanych z biotechnologią i wieloma innymi przedmiotami, co w naturalny sposób powoduje odpływ studentów z wydziałów farmaceutycznych” – tłumaczył.
Jako kolejną przyczynę Prezes wskazał powstawanie nowych wydziałów farmacji oraz ekspansję kierunków lekarskich, które – jego zdaniem – drastycznie obniżyły wymagania rekrutacyjne, przyciągając kandydatów, którzy dawniej wybierali farmację:
„Jest ogromna liczba wydziałów lekarskich, które w zasadzie przyjmują każdego, czy ma pieniądze, czy nie. Każdy, kto dzisiaj niemal chce studiować lekarski, ma na tyle obniżone progi, iż jest gotów to robić. Siłą rzeczy to właśnie tam w tej chwili pojawia się ogromna liczba studentów.”
Odpowiadając na obawy o przyszłość, szef NRA zapowiedział nadchodzące reformy w programie nauczania, które przyjęło Ministerstwo Zdrowia. Wskazał na odejście od akademickiej teorii na rzecz umiejętności praktycznych: mniej chemii, a więcej opieki farmaceutycznej, badań diagnostycznych czy szczepień. Jego zdaniem, w połączeniu z uprawnieniami uzyskanymi w ostatnich latach, tworzy to solidny fundament pod rozwój branży.
„Opowieści o tym, iż czeka nas jakaś tragedia czy zapaść, są zdecydowanie, zdecydowanie przedwczesne” – podsumował Marek Tomków.
Komentarze farmaceutów: „Prezes żyje w bańce”
Słowa o „przedwczesnych opowieściach o zapaści” zadziałały na środowisko jak zapalnik. W komentarzach pod nagraniem wybiła frustracja budowana przez lata. Farmaceuci zarzucili szefowi samorządu całkowite odklejenie od realiów pracy w aptekach ogólnodostępnych i szpitalnych.
Krótko i dosadnie reakcję środowiska ujął Bartosz Zelent:
„Panie prezesie, czy to nas uspokoi, wątpię.”
Z kolei Magdalena Kowal wskazała na przepaść dzielącą władze samorządu od przeciętnego magistra farmacji:
„Pan prezes chyba żyje w jakiejś innej rzeczywistości niż reszta farmaceutów 🙈”
Ostrej krytyce poddano także samą narrację samorządu, w której – zdaniem komentujących – brakuje samokrytyki i realnej reprezentacji pracowników. Adam Kucyniak zasugerował wręcz potrzebę zmian kadrowych w nadchodzących wyborach do izb:
„Skoro Prezes nie zna realnych problemów farmaceutów, to może w kolejnych wyborach czas postawić na kogoś, kto będzie je znał i rzeczywiście reprezentował nasze środowisko…”
Podobne refleksje przedstawiła Milena Bryła, zwracając uwagę na brak owoców wieloletnich działań izb aptekarskich:
„Po komentarzach widać, iż ludzi po tak trudnych studiach, zarabiających w aptekach marne pieniądze, którzy sami się dokształcają, ale ich wiedza nie jest wykorzystywana, bo liczy się sprzedaż, nie da się nabrać na taką narrację. Co przez tyle lat zrobiliście, żeby to zmienić oprócz bankietów, gal i rozlicznych uroczystości?”
Wielu komentujących zauważyło, iż wypowiedź Prezesa ignoruje fakt, iż brak szacunku i degradacja prestiżu zawodu są głównymi czynnikami odstraszającymi młodych ludzi. Sylwia Stasik, pracująca w aptece od 14 lat, napisała:
„Pan Prezes przebywa chyba w jakiejś krainie Smerfów i jednorożców… pracuję w zawodzie 14 lat, szacunku do nas wśród pacjentów nie ma wcale, zaufania tym bardziej. Kto twierdzi inaczej jest naiwnym idealistą lub karmi się okruchami ludzkiej uwagi.”
5,5 roku trudnych studiów za „pensję z Lidla”
W większości komentarzy kluczowym wątkiem okazują się finanse. Farmaceuci bez ogródek punktują dysproporcję między poziomem trudności pięcioipółrocznych studiów a zarobkami, na jakie mogą liczyć po uzyskaniu prawa wykonywania zawodu.
Do stawek płacowych wprost odniosła się Megi Marek:
„Sprzedam Panu prezesowi tajemną wiedzę tybetańskich mnichów: młodzi nie będą pracować za 5-8 tysięcy po tak ciężkich studiach. To są stawki kierownika Lidla. Z całym szacunkiem do tego nie trzeba studiów…”
Na relatywny spadek atrakcyjności finansowej zawodu na przestrzeni lat uwagę zwróciła Aneta Greszel:
„Młodzi idą tam, gdzie można godnie zarobić. Farmacja stała się zawodem kompletnie nieatrakcyjnym. Bardzo ciężkie studia trwające 5,5 roku i raptem 6-7 tys. netto na rękę? Kiedyś mgr farmacji zarabiał trzykrotność pensji minimalnej, w tej chwili te kwoty nie są choćby dwukrotnością…”
Z kolei Eugeniusz Bukiewicz przeanalizował ekonomiczny mechanizm upadku rentowności samych aptek, przypominając wprowadzenie sztywnych marż urzędowych jeszcze za czasów ministra Arłukowicza:
„Non stop przewija się wątek wynagradzania farmaceutów w aptekach, ale pomijany jest wątek rentowności i kosztów apteki. Od lat marża na lekach refundowanych na poziomie 13-15%, kwotowo miesięcznie ok. 8 – 10 tys. zł nie wystarcza na wynagrodzenie brutto jednego magistra, nie mówiąc o kosztach apteki (…) Moja córka nie mogąc znieść absurdów prawnych i nękających kontroli Rp przez NFZ pracuje w Austrii.”
Na brak perspektyw oraz ciężkie warunki fizyczne i organizacyjne zwróciła uwagę Karolina Sobótka-Polska:
„A kto normalny chce studiować 5,5 roku, żeby potem zostać ekspedientką, pracować świątek piątek w systemie zmianowym, stać po kilka-kilkanaście godzin dziennie, targać ciężkie pudła, a to wszystko za marne grosze?!”
Gorycz w kwestii realiów finansowo-grafikowych wyraził również Mirek Malec:
„To jest bardzo trudny kierunek niestety bez przyszłości. Tyrać 6-7 dni w tygodniu za stawkę pracownika biedronki. I tak, zarówno NRA jak i izby mają w nosie farmaceutów. Dbają o własne koryto.”
Ekspedient, magazynier i mop
Często podnoszonym zarzutem wobec słów Prezesa NRA była też naiwność przekonania, iż sama zmiana programu studiów (zwiększenie liczby godzin opieki farmaceutycznej czy badań diagnostycznych) przyciągnie nowych adeptów. Komentujący podkreślają, iż rynek apteczny nastawiony jest na sprzedaż, a nie na realizację świadczeń medycznych.
Paweł Wójcik zauważył:
„I co z tego, iż jest więcej przedmiotów zawodowych, skoro większość absolwentów jak na razie nie jest w stanie wykorzystywać wiedzy nabytej podczas studiów w sytuacji, kiedy w aptekach liczy się głównie sprzedaż? Bez zmian skutkujących pokazaniem społeczeństwu, iż farmaceuta to specjalista od leków, a nie kasjer, który chce wcisnąć dodatkowe suplementy diety (…) to będzie tylko gorzej.”
Równie stanowczo wypowiedziała się Natalia Gałązka:
„Młodzi farmaceuci, którzy naprawdę mają ogromną wiedzę, wypalają się w ciągu 1-2 lat. Zmiana programu nic nie pomoże, do sprzedaży suplementów nie potrzeba uczyć opieki farmaceutycznej (…) Zróbcie coś, aby to było możliwe. Zapaść się dzieje na Waszych oczach, młodych farmaceutów za chwilę nie będzie. Ten zawód to dno i wodorosty.”
Obszerny wpis na temat zderzenia akademickich iluzji z rzeczywistością sieciowych aptek opublikował Patryk Kuhn:
„Im więcej na tych studiach będzie przedmiotów pięknie brzmiących i wpajających studentom jak to farmaceuci w aptece mogą zmienić świat (…) tym więcej będzie wypalonych zawodowo farmaceutów po roku pracy w aptece. Powód? Bo te umiejętności po prostu w prawdziwym świecie nie istnieją (…) Wyszedłem ze studiów pełny wigoru i ambicji – 2 lata wystarczyły, iż wylądowałem w sieci, gdzie koordynator rozliczał mnie z tego co mówię, kazał sprzątać całą aptekę, rozmieniać drobne.”
Do wypowiedzi Prezesa krytykującej uczelnie lekarskie Patryk Kuhn dodał:
„Nieladnie jest mówić, iż na lekarski biorą każdego (niektórym może się wydawać jakby porównywał Pan, iż na farmację poszli Ci, którym nie udało się na lekarski). Proszę zająć się naszymi sprawami i naszym zawodem.”
Realia apteczne z perspektywy codziennych obowiązków podsumował Mateusz Leśniewski:
„Co nam po większej ilości godzin kształcenia, jak w praktyce mało kto ma to okazję wykorzystać w aptece (…) każda apteka nastawiona na SPRZEDAŻ (…) od marek własnych na które jest parcie. Zmienić wpierw prawo i dostosować je pod te usługi (płatnie, bo za darmo to można wiadomo co), zobligować pracodawców do tego by zapewnili miejsce wydzielone do tego.”
Krytycznie o jakości samych studiów i przygotowania do zawodu wypowiedziała się Małgorzata Sieradzan:
„Zmiana programu niczego nie naprawi, bo studia są prowadzone beznadziejnie (…) Musiałam robić prezentacje i uczyć się useless rzeczy. Zmarnowane 5 lat i tyle w temacie.”
Z kolei Monika Pelc opisała proces degradacji roli społecznej farmaceuty, przywołując codzienne zwroty, z jakimi spotyka się za ladą:
„’Pani ekspedientka’, 'jestem w sklepie’ – ile razy słyszę takie słowa? Nasze porady, informacje, mało kto bierze te słowa na poważnie (…) Środowisko medyczne również nie ma pojęcia o naszej wiedzy i traktowani jesteśmy jak sprzedawcy, którzy może doradzą jakiś syropek albo kremik na cerę.”
Odrębnym problemem okazało się zrzucanie na farmaceutów zadań porządkowo-logistycznych, co dobitnie podsumowała Iwona Wikarska:
„5 lat ciężkich studiów, a potem rozładowanie towaru i mop.”
Pokoleniowa ucieczka: „Po moim i babci trupie”
Tragizm sytuacji potęguje fakt, iż od farmacji odciągają młodych ludzi sami farmaceuci – w tym osoby z wielopokoleniowych rodzin aptekarskich, które dawniej przekazywały zawód z dzieci na wnuki.
Poruszającą historię przedstawiła Marta Misiewicz Makieła:
„Moja mama jest farmaceutką, ja jestem farmaceutką, a obydwie powiedziałyśmy 10 lat temu, iż moje córki po moim i babci trupie pójdą na farmację. Jedna skończyła lekarski i jest radiologiem, młodsza stomatologię (…) Kiedy moja córka czasem 'płacze’ po ciężkim dyżurze wtedy jej mówię: 'córeczko przestań narzekać, matka i babcia całe życie dyżurowały za darmo’ i dziecko odzyskuje humor (…) I powiem tylko tyle: nie szkoda mi siebie, szkoda mi mojej mamy, która jest fantastyczną farmaceutką (…) prawdziwie kocha ten zawód i guzik z tego ma. Cholernie przykre.”
Na brak perspektyw zawodowych w dojrzałym wieku uwagę zwrócił Dominik Leśniewski:
„To zawód bez przyszłości, bez perspektyw poza apteką, szczególnie na tak zwaną starość… Będziesz biegać po półkach w wieku 60 lat??? A w gabinecie lekarskim to i 80-letniego lekarza widuję.”
Z kolei Karolina Sis zestawiła trud studiów z presją aparatów kontrolnych, które zamiast wspierać, paraliżują codzienną pracę:
„Nie dziwi fakt, iż nikt nie chce iść na studia, które są jednymi z najtrudniejszych, a później ma się niepewną pracę z niskim sufitem płacowym. Dodatkowo kosmiczne wymagania ze strony miliona organów kontrolnych (sanepid, WIF, PIP, NFZ i Bóg wie co jeszcze). Kary, które mogą pogrążyć na lata za zwykłe pomyłki (…) Zamiast współpracy – bat.”
Własną bezradność i żal po latach spędzonych w branży wyraził Tomek Andrzejak:
„Niczego tak nie żałuję, jak skończenia tych studiów, załamka total i po takiej tyrce człowiek musi szukać nowego zawodu, bo tutaj jest dramat pod każdym względem.”
Odrzucenie tradycyjnego modelu pracy aptecznej przyjęło niekiedy wręcz skrajną postać. Kinga Grabowska-Niczyporuk napisała z gorzką ironią:
„Osobiście mam hobby: chodzę po śmietnikach i wyszukuję vintage rzeczy, które później sprzedaję i niech mi Pan wierzy – wolę to niż rozładowywanie tej tony towaru w aptece.”
Diagnoza samorządu
Wypowiedź Prezesa Naczelnej Rady Aptekarskiej oraz następująca po niej lawina komentarzy pokazały, iż samorząd zawodu farmaceuty ma jeszcze wiele do zrobienia, by trafić do farmaceutów pracujących „za pierwszym stołem”. Tu już nie chodzi tylko o umiejętność skutecznego komunikowania działań izb aptekarskich, ale przede wszystkich sensu tych działań. Z komentarzy pod nagraniem Marka Tomkowa wyłania się obraz błędnej diagnozy i niewystarczających działań na rzecz zawodu. W ocenie środowiska, próba wytłumaczenia spadku liczby studentów czynnikami demograficznymi czy rzekomym obniżeniem progów na wydziałach lekarskich stanowi jedynie próbę odwrócenia uwagi od systemowych zaniedbań.
Samorząd przekonuje, iż za małą liczbę chętnych do studiowania farmacji odpowiadają „czynniki zewnętrzne” – na które NIA nie ma wpływu. Tymczasem komentujący wskazują, iż wewnętrzną sytuację zawodu, która zniechęca do jego podejmowania:
-
Niskie płace, nieodpowiadające stopniu trudności studiów i poziomowi odpowiedzialności cywilno-prawnej.
-
Postępująca komercjalizacja aptek, w których priorytetem staje się sprzedaż suplementów i marek własnych, a nie opieka nad pacjentem.
-
Brak autonomii i szacunku, sprowadzający wykształconych magistrów do roli „ekspedientów”, „magazynierów” czy pracowników sprzątających.
-
Biurokracja i presja kontrolna, połączone z widmem dotkliwych kar finansowych za błędy formalne.
Można więc dojść do wniosku, iż dopóki propozycje naprawcze będą ograniczać się do przemodelowania akademickich sylabusów bez zmian w prawie farmaceutycznym, strukturze finansowania świadczeń i wyegzekwowaniu realnych zmian u pracodawców, doputy opowieści o „rozwoju zawodu” będą odbierane przez praktyków jako – używając słów z komentarzy – „malowanie trawy na zielono”. Prawdziwym zagrożeniem dla polskiej farmacji nie jest bowiem sam niż demograficzny, ale masowa ucieczka z zawodu tych, którzy już w nim są, oraz brak jakichkolwiek argumentów, by przekonać młodych do pójścia w ich ślady.













