Między danymi, a narracją. Rozrachunek z czasem COVID-19

instytutsprawobywatelskich.pl 2 godzin temu

Z Pawłem Klimczewskim, socjologiem i niezależnym analitykiem danych rozmawiamy o bilansie lat 2020-2022, sporze wokół testów i statystyk, a także o tym, czy pandemia była kryzysem zdrowotnym czy kryzysem zaufania do instytucji państwa i mediów.

Paweł Klimczewski

Niezależny analityk danych społecznych i demograficznych, specjalizujący się w statystyce, modelowaniu procesów populacyjnych i ocenie jakości danych instytucjonalnych. Jedyny polski współautor pierwszego tomu książki „Fałszywa pandemia”. Autor raportu „Prawdziwa tragedia narodu polskiego 2020/2021”, w którym poddał krytycznej analizie oficjalne statystyki Ministerstwa Zdrowia i GUS dotyczące pandemii COVID‑19. Koncentruje się na badaniu nadmiarowej śmiertelności niezwiązanej z COVID-19 oraz wpływu reorganizacji systemu ochrony zdrowia na liczbę zgonów, wykorzystując zaawansowane metody statystyczne do identyfikowania anomalii i promowania transparentności danych publicznych.

(Wywiad jest zredagowaną i uzupełnioną wersją podcastu Czy masz świadomość? pt. „Koronawirus: co naprawdę wydarzyło się w 2020 roku?” ).

Rafał Górski: Rozmawiamy w marcu 2026 roku, w szóstą rocznicę wydarzeń, które wywarły istotny wpływ na współczesną historię Polski. Warto przypomnieć kilka kluczowych dat. 4 marca 2020 roku poinformowano o pierwszym potwierdzonym przypadku COVID-19 w Polsce. 11 marca podjęto decyzję o zamknięciu szkół. W dniach 13-14 marca wprowadzono stan zagrożenia epidemicznego, a 20 marca ogłoszono stan epidemii. W ciągu zaledwie kilkunastu dni funkcjonowanie państwa oraz codzienne życie obywateli uległy radykalnym zmianom. Dziś wrócimy do tamtych wydarzeń, aby skonfrontować ówczesną oficjalną narrację, która w dużej mierze utrzymuje się do dziś, z analizami naszego gościa.

Panie Pawle, jest pan autorem raportu „Prawdziwa tragedia narodu polskiego 2020–2021”, w którym pisze pan, iż „Ponad 100 000 ludzi zmarło przedwcześnie z powodu reorganizacji służby zdrowia i jej faktycznego zablokowania już w marcu 2020 roku”. (Już po napisaniu raportu do 2022 roku zmarło z tego powodu razem ok. 250 000 ludzi łącznie – uzupełnienie P.K.). Na początek jednak chciałbym zadać pytanie otwierające, dlaczego nasi czytelnicy powinni obdarzyć pana zaufaniem i uznać pana argumenty za wiarygodne?

Paweł Klimczewski: To bardzo istotne pytanie, ponieważ cała sprawa w dużej mierze dotyczy autorytetów – ich roli, wiarygodności oraz wpływu, jaki wywarły na miliony ludzi.

Moja postawa oraz publikacje z tamtego okresu opierały się przede wszystkim na analizie danych oficjalnych, w szczególności publikowanych przez Ministerstwo Zdrowia w Polsce, a także przez instytucje brytyjskie.

Z wykształcenia jestem socjologiem i analitykiem danych społecznych. Od ponad trzydziestu lat zajmuję się badaniem zmian w strukturze demograficznej oraz mentalności społeczeństwa polskiego. Pracowałem przy dużych projektach badawczych, w tym przy programach dotyczących konsumpcji mediów i przepływu informacji w społeczeństwie.

Jedną z bardziej zaawansowanych metod badawczych, które wykorzystywałem, była analiza rozprzestrzeniania się informacji, w tym zjawiska tzw. marketingu wirusowego. Blisko dwadzieścia lat temu współtworzyłem oprogramowanie oparte na algorytmach wywodzących się z modeli epidemiologicznych, które opisują dynamikę rozchodzenia się zjawisk w populacji. Modele te mają charakter ilościowy i statystyczny, służą do badania procesów masowych, niezależnie od tego czy dotyczą one chorób zakaźnych, czy przepływu informacji. W tym sensie mechanizmy rozpowszechniania się informacji w społeczeństwie mogą być analizowane analogicznie do modeli epidemiologicznych. Wiedza ta pozwala prognozować dynamikę zjawisk społecznych, w tym reakcji zbiorowych na przekazy medialne. Dzięki wcześniejszym doświadczeniom badawczym oraz posiadanym narzędziom analitycznym byłem przygotowany do samodzielnej oceny napływających danych w momencie ogłoszenia pandemii.

Odnosząc się do wspomnianego raportu „Prawdziwa tragedia narodu polskiego 2020–2021”, należy dodać, iż moją pierwszą obszerną publikacją na ten temat była książka „Fałszywa pandemia”, wydana w 2020 roku. Byłem jej jedynym polskim współautorem, obok międzynarodowego grona autorów reprezentujących różne środowiska naukowe. Publikacja ukazała się w czerwcu 2020 roku, prace nad nią rozpocząłem już w maju. Książka spotkała się z dużym zainteresowaniem czytelników i była szeroko dyskutowana. W moim przekonaniu przyczyniła się do poszerzenia debaty publicznej oraz skłoniła wiele osób do samodzielnej analizy danych i krytycznego spojrzenia na dynamicznie rozwijającą się sytuację.

W raporcie „Prawdziwa tragedia narodu polskiego 2020/2021” pisze pan, iż „w Polsce nie było pierwszej fali zgonów”, choć wiele państw raportowało gwałtowny wzrost śmiertelności już wiosną 2020. Czy taki wniosek nie jest zbyt daleko idący?

Materiały, o których wspominałem, prezentowałem podczas konferencji w Sejmie około półtora roku temu. Przedstawiłem tam szczegółową analizę danych dotyczących liczby zgonów w krajach europejskich w pierwszych miesiącach 2020 roku.

Z przeprowadzonych przeze mnie analiz wynikało, iż w większości państw europejskich do końca lutego 2020 roku nie obserwowano istotnych wzrostów śmiertelności.

Geneza tej publikacji jest dość znamienna. Zostałem wówczas zaproszony do przygotowania analizy dla jednego z profesjonalnych portali branżowych, należących do dużego wydawnictwa prasowego. Z redaktorami znałem się od wielu lat. Materiał został przygotowany i pierwotnie planowano jego szeroką prezentację, byłem choćby umówiony na występ w programie telewizyjnym na przełomie lutego i marca 2020 roku. Po zapoznaniu się z tezami raportu, kooperacja została jednak nagle przerwana i nie zapłacono mi za jego wykonanie.

W analizie wskazywałem na fakt, iż zima 2019/2020 była wyjątkowo łagodna, a liczba zgonów w pierwszych miesiącach 2020 roku była, według dostępnych wówczas danych, niższa niż w analogicznych okresach lat poprzednich. W latach 2017–2018 wiele państw europejskich doświadczyło silnych sezonów grypowych. Na tym tle początek 2020 roku nie wykazywał ponadprzeciętnych odchyleń w większości państw Europy ani w krajach półkuli północnej. Wyjątkiem były wówczas Włochy i Hiszpania, gdzie odnotowano wyraźne wzrosty liczby zgonów. W mojej analizie zwracałem uwagę na ich specyficzną strukturę demograficzną. Kraje te charakteryzują się dużym udziałem osób w bardzo zaawansowanym wieku, co wynika m.in. z powojennych i wcześniejszych fal wyżu demograficznego z lat 30/40 XX w., w roku 2020 ludzi wtedy urodzeni mieli pand 80 lat i było ich bardzo dużo. Oznacza to, iż znaczna część populacji znajduje się w tej chwili w grupach wiekowych o naturalnie wyższym ryzyku zgonu. Podkreślałem, iż interpretacja danych dotyczących śmiertelności wymaga uwzględnienia długofalowych procesów demograficznych, w tym struktury wieku społeczeństwa.

Podobne procesy obserwujemy dziś w Europie Środkowo-Wschodniej. W krajach takich jak Polska wyż demograficzny wystąpił po II wojnie światowej, co oznacza, iż w tej chwili w wiek podwyższonej śmiertelności wchodzą liczne roczniki powojenne. W naturalny sposób przekłada się to na wzrost ogólnej liczby zgonów, niezależnie od innych czynników.

Tego rodzaju analiza pokazuje, jak istotne jest łączenie danych epidemiologicznych z wiedzą demograficzną i statystyczną oraz jak ważne jest zachowanie proporcji w interpretowaniu krótkoterminowych wahań wskaźników.

Twierdzi pan, iż COVID‑19 „nie jest bardziej zjadliwy niż sezonowe wirusy”, a jednocześnie wskazuje pan na rekordową nadwyżkę zgonów w Polsce. Jak pogodzić te dwie tezy bez marginalizowania roli samego wirusa?

W epidemiologii odróżnia się zaraźliwość od zjadliwości patogenu.

Zaraźliwość dotyczy tego, jak łatwo wirus rozprzestrzenia się w populacji, czyli jaki odsetek osób narażonych ulega zakażeniu i w jakim tempie dochodzi do transmisji. Wiele infekcji sezonowych, takich jak przeziębienia, charakteryzuje się wysoką zakaźnością i gwałtownie obejmuje dużą część populacji. Zjadliwość natomiast odnosi się do ciężkości przebiegu choroby, w tym do odsetka zgonów wśród osób zakażonych. Są to dwa odrębne parametry i ich nierozróżnianie prowadzi do nieporozumień interpretacyjnych.

Zwracałem uwagę, iż według danych statystycznych dotyczących zgonów z powodu chorób układu oddechowego w pierwszej części 2020 roku na tle lat wcześniejszych nie obserwowano istotnego wzrostu śmiertelności. Dane publikowane przez Główny Urząd Statystyczny oraz Ministerstwo Zdrowia wskazywały, iż do wiosny 2020 roku poziom zgonów był porównywalny lub niższy niż w niektórych poprzednich sezonach grypowych. Co więcej, w ujęciu rocznym część kategorii przyczyn zgonów, takich jak niewydolność oddechowo-krążeniowa (często wskazywana jako bezpośrednia przyczyna śmierci w przebiegu różnych chorób), nie odbiegała istotnie od wieloletnich trendów, przynajmniej w pierwszych miesiącach roku.

Sytuacja zmieniła się jesienią 2020 roku, kiedy odnotowano wyraźny wzrost ogólnej liczby zgonów. W mojej ocenie wymaga to analizy wieloczynnikowej. Jednym z istotnych elementów była reorganizacja systemu ochrony zdrowia, czyli przekształcanie placówek w szpitale jednoimienne oraz ograniczenie dostępności planowych świadczeń medycznych. Wiele osób z chorobami przewlekłymi, w tym onkologicznymi czy kardiologicznymi, miało w tym okresie utrudniony dostęp do diagnostyki i leczenia. Nagłe zmiany organizacyjne, przeciążenie systemu oraz odkładanie terapii mogły przyczynić się do wzrostu tzw. nadmiarowych zgonów, niezwiązanych z wirusem. Przez półtora roku ćwierć miliona ludzi zmarło z powodu zamieszania administracyjnego w służbie zdrowia. Dlatego ocena tego okresu powinna uwzględniać nie tylko sam czynnik zakaźny, ale również konsekwencje systemowe i pośrednie skutki podejmowanych decyzji administracyjnych.

W moim przekonaniu rzetelna analiza wymaga oddzielenia emocji od danych oraz spojrzenia na całość zjawiska zarówno pod kątem epidemiologicznym, jak i organizacyjnym oraz demograficznym.

Tygodnik Spraw Obywatelskich

Od 2020 roku odkrywamy niewygodne prawdy i nagłaśniamy historie, które mają moc zmieniać Polskę.

Przekaż 1,5% i zostań naszym współwydawcą

Stawia pan tezę, iż zamknięcie szpitali doprowadziło do około 250 tysięcy przedwczesnych zgonów. Pisał o tym także Damian Garlicki – „Ministerstwo Zdrowia swoimi nieprzemyślanymi decyzjami dotyczącymi zamykania klasycznych oddziałów i tworzeniem wyłącznie oddziałów covidowych zabrało życie wielu naszym rodakom”. Krytycy mówią jednak, iż to tylko zbieżność w czasie, a nie dowód, iż blokada faktycznie spowodowała te zgony. Jak pan odpowiada na taki zarzut?

W moim raporcie oraz publikacjach przedstawiłem dane tydzień po tygodniu. Uważam, iż tylko taka szczegółowa analiza pozwala uchwycić rzeczywistą dynamikę zmian.

W Polsce przeciętna liczba zgonów w skali tygodnia przez wiele lat oscylowała wokół określonego poziomu. Można to zobrazować w sposób uproszczony, jeżeli populacja liczy około 38 milionów mieszkańców, a średnia długość życia wynosi około 80 lat, to statystycznie każdego roku umiera około 1/80 populacji. Daje to rząd wielkości kilkuset tysięcy zgonów rocznie, co przekłada się na około 8-9 tysięcy zgonów tygodniowo. Oczywiście są to wartości uśrednione, z naturalnymi wahaniami sezonowymi rzędu kilku procent.

Tymczasem od października 2020 roku zaobserwowano gwałtowny wzrost liczby zgonów. W krótkim czasie tygodniowa liczba zgonów wzrosła z poziomu około 8-9 tysięcy do 12 tysięcy, a następnie, w szczytowym okresie, do około 15-16 tysięcy tygodniowo. Oznaczało to wzrost rzędu kilkudziesięciu, a momentami choćby około 100% względem wcześniejszej średniej. Po okresie zimowym nastąpił częściowy spadek, jednak poziom zgonów przez wiele miesięcy pozostawał istotnie wyższy od wieloletniej normy. Wiosną 2021 roku ponownie odnotowano wyraźne wzrosty. Łącznie w latach 2020-2021 liczba tzw. zgonów nadmiarowych, liczonych względem średniej z lat poprzednich, sięgnęła około 200 tysięcy. Z perspektywy statystycznej tak znaczące i długotrwałe odchylenie nie jest zjawiskiem typowym. o ile przeanalizujemy dane historyczne z ostatnich kilkudziesięciu lat tydzień po tygodniu, zobaczymy względną stabilność z naturalnymi sezonowymi wahaniami, na poziomie 2-3%.

W październiku 2020 roku liczba zgonów wzrosła momentami choćby o około 100% względem wcześniejszej średniej, a przez kolejne kilkanaście miesięcy utrzymywała się przeciętnie na poziomie wyższym o około 50%. Po zakończeniu najostrzejszej fazy działań związanych z pandemią, w czerwcu 2021 roku, wskaźniki zaczęły wracać do wcześniejszych wartości i w kolejnych latach ustabilizowały się ponownie. Moim zdaniem nie można tego zjawiska sprowadzać do prostego przypadku czy zbiegu okoliczności. Tak wyraźne odstępstwo od wieloletniego trendu musi być rozpatrywane w kontekście wszystkich czynników: epidemicznych, demograficznych, organizacyjnych oraz systemowych. Właśnie temu poświęciłem swoje opracowanie.

W raporcie podaje pan przykłady państw, które nie zanotowały nadmiarowych zgonów. Czy nie pomija pan faktu, iż różniły się one systemem ochrony zdrowia, strategią testowania czy strukturą społeczną? Dlaczego uważa pan, iż kluczowa była „kampania strachu”?

W analizowanych przeze mnie danych z wiosny 2020 roku wyraźne wzrosty śmiertelności odnotowano jedynie w kilku państwach, takich jak Wielka Brytania, Włochy czy Hiszpania. W większości państw europejskich w tym okresie nie obserwowano istotnych odchyleń od wieloletnich średnich.

Dla przykładu, kraje takie jak: Węgry, Grecja, Bułgaria, Czechy, Serbia, Austria, Dania, Finlandia, Słowacja, Chorwacja, Norwegia, Litwa czy Gruzja według danych raportowanych do Eurostatu nie wykazywały w lutym i marcu 2020 roku wyraźnych wzrostów liczby zgonów. Analizowałem przede wszystkim państwa, które publikują dane w sposób systematyczny i metodologicznie porównywalny. W przypadku części państw spoza Europy, na przykład Chin, jakość i przejrzystość raportowania budziły wątpliwości, dlatego nie uwzględniałem ich w szczegółowych zestawieniach.

Na podstawie tych obserwacji przygotowałem w lutym 2020 roku raport zatytułowany „Spadek śmiertelności w Europie z powodu łagodnej zimy”. Szczególnie istotnym źródłem danych była dla mnie Wielka Brytania, ponieważ tamtejsze instytucje bardzo gwałtownie zaczęły publikować szczegółowe raporty, w tym strukturę wiekową osób zmarłych. Pierwsze przypadki odnotowano tam już na początku stycznia 2020 roku, a na przełomie lutego i marca dostępne były regularne, tygodniowe zestawienia umożliwiające analizę zgonów według wieku. Szczegółowość i częstotliwość brytyjskich publikacji umożliwiały analizę struktury wieku zmarłych już na wczesnym etapie epidemii. W mojej ocenie wskazywały one, iż ryzyko zgonu było silnie związane z wiekiem i stanem zdrowia, a nie rozkładało się równomiernie w całej populacji.

Z epidemiologicznego punktu widzenia choroba o bardzo wysokiej śmiertelności, działająca w sposób nieselektywny, powodowałaby wzrost liczby zgonów we wszystkich grupach wiekowych, proporcjonalnie do ich udziału w populacji. Tymczasem dane brytyjskie, a później także polskie, wskazywały, iż zdecydowana większość zgonów dotyczyła osób w podeszłym wieku oraz obciążonych chorobami współistniejącymi. Struktura wieku zmarłych była zbliżona do typowej struktury zgonów obserwowanej w populacji ogólnej, w której najwyższa śmiertelność naturalnie występuje w najstarszych rocznikach.

Co z tego wynika?

Z epidemiologicznego punktu widzenia choroba o bardzo wysokiej śmiertelności powodowałaby zwiększoną liczbę zgonów we wszystkich grupach wiekowych w sposób względnie proporcjonalny do ich udziału w populacji.

Gdybyśmy mieli do czynienia z patogenem wyjątkowo śmiercionośnym i niekontrolowanym, jego skutki byłyby widoczne szeroko, niezależnie od wieku czy płci. Tymczasem analiza struktury wieku zmarłych w Wielkiej Brytanii, później również w Polsce, wskazywała, iż zdecydowana większość zgonów dotyczyła osób w bardzo zaawansowanym wieku.

W społeczeństwach takich jak brytyjskie czy polskie najliczniejsze roczniki obejmują osoby w wieku produkcyjnym, na przykład 40-50 lat. Jednak w naturalnej strukturze zgonów dominują osoby po 70. i 80. roku życia, a ryzyko śmierci rośnie wraz z wiekiem. Dane z pierwszych miesięcy 2020 roku pokazywały, iż zgony przypisywane COVID-19 koncentrowały się głównie w najstarszych grupach wiekowych, natomiast wśród osób młodszych, mimo ich dużego udziału w populacji, śmiertelność pozostawała relatywnie niska i zbliżona do poziomów obserwowanych w innych chorobach układu oddechowego.

W przestrzeni medialnej pojawiały się wówczas różne narracje dotyczące źródeł zakażeń, dużego ruchu turystycznego czy koncepcji tzw. pacjenta zero. Należy jednak pamiętać, iż w realiach precyzyjne wskazanie jednej, pierwszej osoby zakażonej w danym kraju jest w praktyce niezwykle trudne, a często niemożliwe.

Na tej podstawie wnioskowałem wówczas, iż mamy do czynienia z zagrożeniem silnie związanym z wiekiem i stanem zdrowia, a nie z patogenem o jednolicie wysokiej śmiertelności w całej populacji.

W marcu 2020 r. zakładałem, iż skoro te dane są publicznie dostępne, to jutro włączę telewizor i dowiem się, iż nie ma żadnej choroby i ominęła nas tragedia. Tak się jednak nie stało. Mimo dostępnych danych i statystyk narracja medialna koncentrowała się na scenariuszach skrajnych i katastroficznych, to był absurd.

Co ludzie powinni wiedzieć, jeżeli chodzi o sposób i skalę testowania wirusa?

Tak naprawdę przez te trzy lata napisałem setki felietonów na ten temat. Jeden z nich nosił tytuł „Ludzie umierają na test” i była to opowieść o tym, iż testy „coś” wykrywały.

Dwa lata po apogeum absurdu związanego z masowym testowaniem Ministerstwo Zdrowia oficjalnie przyznało, iż testy bywają bardzo niedokładne. Zdarzało się, iż odsetek tak zwanych wyników dodatnich, czyli wskazujących na chorobę, był wyższy wśród osób faktycznie zdrowych niż wśród tych, które miały objawy, np. katar. Poza tym wykrycie konkretnego wirusa jest sprawą bardzo skomplikowaną.

Pan doktor Norman Pieniążek, który przez około 30 lat pracował w amerykańskiej instytucji rządowej zajmującej się chorobami zakaźnymi jako szef działu analiz, wyjaśniał, iż ustalenie, jaki dokładnie wirus zaraził daną osobę, jest przedsięwzięciem bardzo złożonym i kosztownym. W związku z tym przekonywanie ludzi, iż można to jednoznacznie sprawdzić pojedynczym testem kupionym w aptece za kilkanaście złotych, jest równie mało realistyczne jak obiecywanie dziecku gwiazdki z nieba.

Zwracałem też uwagę na inny problem. Liczba wykrytych zakażeń rosła wprost proporcjonalnie do liczby wykonywanych testów. Gdy liczbę testów podwajano, liczba wykrytych przypadków również rosła mniej więcej dwukrotnie.

W telewizji przedstawiano jednak wyłącznie bezwzględną liczbę zakażeń w czasie, co mogło prowadzić do mylących wniosków. Najprostsza analogia wygląda następująco. Załóżmy, iż w Polsce pewien odsetek kierowców, powiedzmy 1%, jeździ w weekendy po alkoholu. jeżeli policja przeprowadzi 100 kontroli, statystycznie może złapać jednego pijanego kierowcę. jeżeli przeprowadzi 1000 kontroli, złapie około dziesięciu. Gdy w kolejny weekend przeprowadzi 2000 kontroli, liczba zatrzymanych wzrośnie do około dwudziestu. Nie oznacza to jednak, iż nagle przybyło pijanych kierowców, po prostu przeprowadzono więcej kontroli. Według tej logiki podobny mechanizm dotyczył testów. Zwiększano liczbę badań, więc rosła liczba wykrytych przypadków. Odsetek wyników dodatnich pozostawał jednak w przybliżeniu taki sam i nie wynikał z rzeczywistej skali choroby, ale z adekwatności samego testu.

W tamtym okresie, o ile dobrze pamiętam, partie testów, które wtedy sprowadzono, dawały około 3% wyników pozytywnych. jeżeli więc wykonywano setki tysięcy testów, pojawiały się dziesiątki tysięcy osób rzekomo zainfekowanych. Nie oznaczało to wzrostu procentowego liczby zakażeń, ale jedynie wzrost w liczbach bezwzględnych.

Można to porównać do sytuacji, w której dwa razy więcej policjantów wyjeżdża na drogi, w efekcie czego zatrzymują dwa razy więcej pijanych kierowców. Następnie minister ogłasza, iż Polacy nagle zaczęli masowo jeździć po alkoholu. Taki wniosek byłby oczywiście błędny. Dlatego w tej sprawie należałoby zachować ostrożność i oddzielić testy od samego problemu zdrowotnego.

Testy stały się nie tylko narzędziem diagnostycznym, ale także elementem budowania społecznej psychozy oraz dużego biznesu. Sprzedano ich miliony.

Z informacji, które do mnie docierały, wynikało, iż koszt produkcji jednego testu był bardzo niski, stanowił ułamek dolara. W ten sposób testy mogły służyć również podtrzymywaniu atmosfery strachu. Mechanizm był prosty, ktoś otrzymywał wynik dodatni, informował rodzinę, izolował się, kontaktował z sanepidem i trafiał na kwarantannę. W efekcie cała rodzina zaczynała żyć w poczuciu zagrożenia. W ten sposób test stawał się narzędziem wzmacniania przekonania, iż wirus jest stale obecny wokół nas.

We wrześniu 2025 roku Najwyższa Izba Kontroli opublikowała informację zbiorczą o wynikach 40 kontroli w zakresach związanych z epidemią COVID-19. Czy raport NIK potwierdza jakieś tezy z pana raportu?

W kilku punktach potwierdza. Ja jednak referowałem raport NIK-u na posiedzeniu komisji sejmowej i podtrzymuję swoją opinię, iż może on na pierwszy rzut oka sprawiać wrażenie, iż wreszcie ktoś skrytykował działania podejmowane w tamtym okresie. W mojej ocenie tak jednak nie jest. Uważam, iż raport jest w istocie bardzo szkodliwy, ponieważ podtrzymuje pewien miraż, jakoby mieliśmy do czynienia z wyjątkową sytuacją kryzysową.

Dokument koncentruje się głównie na tym, iż środki finansowe zostały wydane niewłaściwie, iż przeznaczono je na walkę z COVID-19, ale wydawano je źle. Tymczasem do dziś funkcjonuje Fundusz COVID-owy. Zmieniła się władza, Prawo i Sprawiedliwość oddało rządy, a obecni rządzący również utrzymują ten fundusz i przez cały czas wydają z niego miliardy złotych. W opinii wielu osób nie jest do końca jasne, na co dokładnie są przeznaczane te środki, mimo iż sam temat pandemii praktycznie zniknął już z debaty publicznej.

Raport NIK-u sprowadza się więc do stwierdzenia, iż pieniądze wydawano nieprawidłowo. W mojej ocenie problem polega jednak na czymś innym. Nie chodzi tylko o sposób wydatkowania środków, ale o samą zasadność tych działań.

Można postawić pytanie, czy w ogóle należało podejmować tak szerokie działania i wydawać tak duże środki, zamiast jedynie zastanawiać się, czy zostały one wydane bardziej lub mniej efektywnie. Szwecja, Malta i wiele innych państw nie podejmowały tak daleko idących działań. Raport NIK-u jest moim zdaniem szkodliwy właśnie dlatego, iż utrzymuje nas w pewnej iluzji, iż walczono z zagrożeniem, tylko robiono to nieudolnie. Tymczasem można postawić inną tezę, iż w ogóle nie było potrzeby prowadzenia takiej walki. W takim ujęciu wszystkie pieniądze wydane na działania związane z tym rzekomym zagrożeniem byłyby środkami straconymi. A mówimy tu o kwotach ogromnych. W rzeczywistości kilka wiemy o tym, na co dokładnie przeznaczano te środki, ponieważ pod hasłem „walki z COVID-em” można było finansować bardzo różne działania, czasem wręcz absurdalne. W pewnym sensie sam stałem się ofiarą takiej sytuacji.

„Ludzie w perwersyjny sposób zgodzili się na ograniczenie wolności w imię pragnienia bezpieczeństwa, a to pragnienie zostało uprzednio wygenerowane przez rządy, które w tej chwili robią wszystko, by owe bezpieczeństwo zapewnić” pisał Giorgio Agamben w eseju „Gdzie jesteśmy teraz? Epidemia jako polityka”. Czy może pan wytłumaczyć, co się stało, iż rząd zareagował w taki sposób, a media i dziennikarze zdawali się zgadzać z tą rządową narracją?

Odbyła się próba poważnej debaty w telewizji publicznej, w programie „Warto rozmawiać”. Pokazano wtedy choćby książkę „Fałszywa pandemia. Krytyka naukowców i lekarzy”, której jestem współautorem. Niedługo potem redakcja tego programu została odwołana.Wtedy zorientowaliśmy się, iż ten wirus do czegoś służy, ale na pewno nie do leczenia, a pod jego pretekstem dokonywane są bardzo poważne operacje społeczno-polityczne w skali globalnej.

Zaczęliśmy się bać tego wirusa na początku marca. Chiny straszyły nas nietoperzami, pancernikami…I co się dzieje? Proszę zajrzeć do danych chińskiego Głównego Urzędu Statystycznego. Okazuje się, iż gdy my zaczęliśmy na dobre walczyć z pandemią w całej Europie, co zajęło nam dwa lata, to według danych 17 kwietnia 2020 roku Chińczycy przestali umierać na COVID.

Ta psychoza została przeniesiona przez Atlantyk do Stanów Zjednoczonych i Europy. Kiedy my zaczęliśmy masowo chorować i walczyć z pandemią, w Chinach odnotowano zero przypadków śmierci na COVID, co więcej – odbywały się choćby koncerty rockowe w wielkich miastach.

Cała ta operacja to duży proces. Oczywiście nie znam wszystkich detali, jedynie domyślam się ich po pewnych objawach. Na przykład w tym czasie śledziłem ruchy amerykańskich lotniskowców. W rzeczywistości doszło również do potężnego wstrzymania eksportu ropy ze Stanów Zjednoczonych. Amerykanie sprzedawali ją niemal za darmo, ponieważ mieli tak ogromne nadwyżki, iż Chińczycy kupowali ją praktycznie z dopłatą.

Chodziło o złoża w północnych Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie, gdzie dzięki technologii łupkowej ropa praktycznie sama wypływa. W praktyce nasącza się ziemię chemikaliami, a potem ropa zaczyna płynąć i trzeba ją odbierać, nie można tego łatwo zatrzymać. Aby nie zatruć środowiska naturalnego, dopłacano do tej ropy, byle tylko ktoś ją odebrał. Chińczycy podstawiali tankowce i niezależnie od ceny, gromadzili zapasy. To tylko jeden z setek podobnych elementów.

Co pan powie wszystkim, którzy łączą kropkę koronawirusa z wybuchem wojny na Ukrainie i ze zmianą narracji w mediach głównego nurtu?

Bezpośredniego związku bym tu nie szukał, ponieważ oba procesy mają swoje głębokie, globalne uwarunkowania. Natomiast wojna spowodowała pewną rzecz – mimo rzekomo zagrożenia nagle miliony ludzi przeszły przez granicę bez maseczek i nic się nie stało. Nikt z tego powodu nie umarł. To już jest pierwsza potężna demaskacja. Natomiast, wyprzedzając trochę sytuację, można powiedzieć, iż na świecie doszło po prostu do bardzo silnych napięć geopolitycznych. Myślę więc, iż ta pseudo-pandemia pozwoliła uniknąć jakiegoś totalnego konfliktu między Zachodem a Wschodem, między Azją, Chinami i Stanami Zjednoczonymi, właśnie poprzez wprowadzenie takiego zamętu.

Jeszcze na chwilę wrócę do spraw wojskowych. Obserwowałem wtedy amerykańskie media, szczególnie portale wojskowe, które raportowały na przykład o tym, iż na jednym z ważniejszych lotniskowców możliwie jak najszybciej wymieniono dowódcę. Na takim okręcie służy przecież kilka tysięcy ludzi. Dowódca został nagle odwołany, ponieważ nie chciał się podporządkować. Zachowywał się jak żołnierz w normalnej sytuacji i obserwował zagrożenie. Tymczasem dowództwo amerykańskie kazało mu zbagatelizować chińskie patrole i się wycofać. On jednak stwierdził, iż nie jest to dobry pomysł i należy bronić interesów swojego kraju. Wysłano więc helikopter z jego następcą, a jego samego, według tych relacji, skuto i wywieziono.

Jaką radę miałby pan dla obywateli, którzy łączą kropki i zastanawiają się, jak powinni postępować w przyszłości, gdyby doszło do podobnej sytuacji?

Doświadczyłem pewnej absurdalnej sytuacji w Berlinie. W kawiarni kazano mi wypełnić formularz z danymi osobowymi, zanim dostałem kawę. Napisałem tam, iż nazywam się Hans Kloss i mieszkam w Warszawie przy Sucharstrasse 1.

Pani była bardzo zadowolona, iż wypełniłem formularz. Radziłbym wszystkim, którzy znajdą się w takiej sytuacji, zachować po prostu zdrowy rozsądek.

W pierwszych dniach jako człowiek, który zajmuje się tymi sprawami zawodowo, byłem bardzo ostrożny. Zastanawiałem się nawet, jak duże zakupy zrobić i czy w ogóle będę wychodził z domu. Usiadłem więc do mojego oprogramowania, o którym wspominałem na początku. Sprawdziłem, jak taka epidemia, na przykład dżumy, rozprzestrzenia się w społeczeństwie takim jak polskie. Z moich obliczeń wynikało, iż taki cykl trwa zwykle około 70 dni. Dlatego nie robiłem dużych zapasów. Pomyślałem: albo przeżyję, albo nie. Po trzech dniach dotarły do mnie jednak dane z Wielkiej Brytanii i z innych państw europejskich. Przygotowałem raport, z którego wynikało, iż w całej Europie, z powodu łagodnej zimy, liczba zgonów zimą i wiosną 2020 roku była niższa niż w większości z ostatnich dwudziestu lat. Zacząłem się więc zastanawiać, jak to możliwe, iż cały świat oszalał. Moi najbliżsi podzielili się wtedy na dwie grupy: tych, którzy myli klucze, szorowali klamki i robili to prawie dwa lata, aż do wybuchu wojny [w Ukrainie – przyp. red.], oraz tych, którzy zupełnie sobie odpuścili i zachowywali się tak jak ja, czyli żyli normalnie.

Jakiego ważnego pytania nikt jeszcze panu nie zadał w tematach, o których rozmawiamy – i jaka jest na nie odpowiedź?

Pytaniem, które przychodzi mi do głowy jest: „czy dane były fałszowane?”. Odpowiedź nie jest jednoznaczna, ponieważ można wskazać dwie kwestie.

Pierwsza, którą już omawiałem na przykładzie policjantów, dotyczyła liczby wykonywanych testów oraz liczby wyników pozytywnych. Wraz ze wzrostem liczby testów rosła liczba wykrywanych przypadków. Druga kwestia dotyczyła raportowania liczby zgonów „na COVID-19” oraz „z COVID-19”. W przestrzeni medialnej funkcjonowały równolegle te dwie kategorie, a są to rozłączne szeregi danych. W mojej analizie zwróciłem uwagę na pewną regularność: przez pewien okres proporcja między tymi dwiema liczbami pozostawała niemal stała dzień po dniu. Innymi słowy, liczba zgonów w jednej kategorii była niemal stałym wielokrotnością liczby zgonów w drugiej kategorii. To tak jakbyśmy mieli przez parę tygodni z rzędu takie same proporcje zgonów ludzi, którzy umarli wpadając do studzienek kanalizacyjnych i tych, którzy wpadli pod samochód. W statystyce zwykle obserwujemy wahania, a w trakcie pandemii przez kilka tygodni podawano do publicznej informacji liczby, które były równym ilorazem. Jest to świadectwo ignorancji albo bezczelności osób opracowujących dane, którzy widząc ten fałsz, nie starali się zrobić tego lepiej.

W tym miejscu postawmy kropkę. Dziękuję za rozmowę.

Idź do oryginalnego materiału