
– Lekarza kształtuje każdy dzień pracy. Szczególnie w intensywnej terapii, gdzie każdy pacjent i każdy dzień są inne – mówi prof. dr hab. n. med. Radosław Owczuk, kierownik Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii GUMed, prezes Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii na lata 2024–2027
NAGRODA ZAUFANIA ZŁOTY OTIS 2026 ZA DOROBEK ŻYCIA W MEDYCYNIE
Jak na przestrzeni lat zmieniła się anestezjologia i intensywna terapia?
Zmiany, które nastąpiły w tych dziedzinach, są ogromne. Po pierwsze organizacyjne – anestezjologia stała się bardzo atrakcyjną specjalizacją. Jeszcze niedawno zainteresowanie nią było niewielkie, w tej chwili widzimy bardzo dużą liczbę chętnych do zgłębiania tego kierunku; w ostatnich naborach liczba kandydatów wielokrotnie przewyższała liczbę miejsc. Po drugie – nastąpił ogromny postęp technologiczny i farmakologiczny. Pracujemy dziś według standardów mających rangę rozporządzenia ministra zdrowia, co sprawia, iż przy ich przestrzeganiu jest to specjalizacja bezpieczna.
Bardzo rozwinęły się też konkretne obszary, takie jak znieczulenia regionalne wykonywane pod kontrolą ultrasonografii czy diagnostyka ultrasonograficzna w intensywnej terapii. Sama intensywna terapia stała się dziedziną niezwykle zaawansowaną technologicznie; w wielu ośrodkach dysponujemy sprzętem na poziomie światowym, co pozwala prowadzić leczenie w sposób bardzo nowoczesny.
Gdzie widzi pan największe braki?
Jednym z kluczowych problemów jest brak oddziałów pośrednich, tzw. step-down. Pacjent trafia z oddziału intensywnej terapii, gdzie poziom nadzoru jest bardzo wysoki, do oddziału, gdzie ten nadzór jest zdecydowanie mniejszy. Powinien istnieć etap pośredni – miejsce, gdzie opieka przez cały czas jest wzmocniona. Takie rozwiązania funkcjonują w wielu krajach. W Polsce również pojawiały się próby ich wprowadzenia, ale nie zostały zrealizowane przede wszystkim z powodów finansowych. Tymczasem jeżeli nie będzie odpowiedniego finansowania, które nie będzie generowało strat dla szpitali, trudno oczekiwać wdrożenia takiego modelu.
Wspomniał pan o dużym zainteresowaniu specjalizacją z anestezjologii. Co z niedoborami kadrowymi w tej dziedzinie? To problem powszechnie znany.
Nie jestem zwolennikiem prostego stwierdzenia, iż mamy niedobór anestezjologów. Problem dotyczy raczej dystrybucji kadr i organizacji systemu. To zresztą dotyczy całej medycyny. jeżeli każdy szpital chce mieć pełne zaplecze, w tym oddział intensywnej terapii i szeroki zakres procedur, to naturalnie pojawia się wrażenie niedoboru. Gdyby system był bardziej uporządkowany, a zapowiadana restrukturyzacja szpitali rzeczywiście została przeprowadzona, obraz kadrowy wyglądałby inaczej. W dużej mierze jest to kwestia struktury systemu ochrony zdrowia. Można wręcz przypuszczać, iż w niektórych specjalizacjach pojawi się w przyszłości problem odwrotny: nadpodaż specjalistów.
Społeczeństwo się starzeje. Jak to wpływa na codzienną praktykę anestezjologiczną?
Bardzo wyraźnie. Coraz częściej operujemy pacjentów w wieku podeszłym, często z wielochorobowością. To już nie są wyjątki, tylko codzienność. Zmieniło się też podejście do leczenia. Dziś nie dziwi już operowanie pacjentów po 80. roku życia, co kiedyś było rzadkością. Mamy również coraz więcej procedur mniej inwazyjnych jak np. przezskórne zabiegi kardiologiczne, które zwiększają możliwości leczenia i poprawiają jakość życia pacjentów. Z drugiej strony oznacza to, iż pacjenci będą wymagali dalszych procedur, choćby ortopedycznych, i coraz bardziej złożonej opieki.
Czy w związku z tym anestezjologia staje się dziś bardziej „strategiczną” dziedziną medycyny?
W moim odczuciu zawsze nią była, choć rzeczywiście jej znaczenie stało się bardziej widoczne w czasie pandemii COVID-19. Wtedy zapotrzebowanie na intensywną terapię gwałtownie wzrosło. Pojawiają się jednak nowe wyzwania. Musimy myśleć o przygotowaniu systemu ochrony zdrowia na sytuacje kryzysowe, w tym potencjalne konflikty zbrojne. Medycyna pola walki w dużej mierze opiera się właśnie na anestezjologii i intensywnej terapii. Równolegle bardzo ważnym kierunkiem rozwoju jest medycyna okołooperacyjna. To podejście, w którym anestezjolog odpowiada za cały proces leczenia – od przygotowania pacjenta do operacji, przez jej przebieg, aż po opiekę pooperacyjną.
Czy jest coś, co chciałby pan jeszcze zobaczyć albo doświadczyć w swojej dziedzinie? Niespełnione marzenie zawodowe?
Tak, choć to perspektywa raczej odległa. Mam na myśli możliwość pozyskiwania narządów do przeszczepów w warunkach in vitro z komórek własnych pacjenta. Pozwoliłoby to uniknąć zarówno problemów związanych z dawstwem, jak i konieczności stosowania immunosupresji.
Jako środowisko jesteśmy bardzo zaangażowani w proces donacji narządów – w rozpoznawanie śmierci mózgu i procedury transplantacyjne. To zawsze bardzo trudne, zarówno dla rodzin, jak i dla lekarzy. Dlatego wizja, w której moglibyśmy „wyhodować” narząd z komórek pacjenta, wydaje się optymalna. Na razie to przyszłość, ale rozwój biotechnologii jest tak dynamiczny, iż wierzę, iż kiedyś stanie się to możliwe.
Nagroda Zaufania Złoty OTIS za dorobek życia to szczególne wyróżnienie. Co na swojej drodze zawodowej uważa pan za najważniejsze?
Brzmi to trochę jak podsumowanie, na które – mam nadzieję – jeszcze przyjdzie czas, jeżeli jednak miałbym wskazać najważniejszy moment, to była nim decyzja o zmianie specjalizacji. Zaczynałem jako pediatra i przez cztery lata pracowałem w tym obszarze. Byłem spełniony zawodowo, a jednak zdecydowałem się przejść do anestezjologii i intensywnej terapii. To była bardzo dobra decyzja, której nigdy nie żałowałem.
Co istotne, pediatria dała mi istotną perspektywę patrzenia na pacjenta, inną niż ta typowa dla anestezjologów. W ogóle cenię lekarzy w naszej specjalności, którzy mają doświadczenia z innych dziedzin medycyny. Natomiast prawda jest taka, iż lekarza kształtuje każdy dzień pracy. Szczególnie w intensywnej terapii, gdzie każdy pacjent i każdy dzień są inne.















