Kilka godzin czekali na karetkę. 20-latek zmarł na podjeździe szpitala

polsatnews.pl 2 godzin temu

20-letni Igor trafił do szpitala po pęknięciu krwiaka śródczaszkowego. Po operacji wybudził się ze śpiączki, odzyskiwał mowę i pamięć. Po przewiezieniu do szpitala rehabilitacyjnego jego stan dramatycznie się pogorszył. Igor chudł, miał problemy z jedzeniem i płucami, a gdy potrzebował pilnego transportu na OIOM, na karetkę czekano godzinami. Zmarł na podjeździe szpitala. Materiał "Interwencji".

Polsat News
Rodzice Igora mają zastrzeżenia do przebiegu leczenia ich syna

Do redakcji "Interwencji" zgłosili się rodzice nieżyjącego 20-letniego Igora z Wieruszowa w województwie łódzkim. Mają zastrzeżenia do przebiegu leczenia ich dziecka. Wszystko zaczęło się nagle 16 września ubiegłego roku: nieprzytomnego młodego mężczyznę w pokoju znalazła matka.

- Zabrali go do szpitala do Sieradza, okazało się, iż pękł mu krwiak śródczaszkowy. Został operowany. Wcześniej syn był sprawny, na nic się nie skarżył, okaz zdrowia, ćwiczył. 18 dni był w śpiączce. Syn się wybudził 5 października i rehabilitacja przechodziła dobrze, odzyskał mowę, pamięć, wypowiadał się, był sparaliżowany z lewej strony, był leżący, ale sam z siebie się nauczył siadać na łóżku, ruszać nogą - opowiadają rodzice.

Igor wracał do zdrowia. Na nagraniach widać, iż jest świadomy, iż sam podnosi nogi, ćwiczy. Mieszkańcy Wieruszowa i sąsiadujących miejscowości zorganizowali zbiórkę pieniędzy na rehabilitację.

Rodzice Igora załatwili pobyt w szpitalu rehabilitacyjnym. Młody mężczyzna 1 grudnia zeszłego roku trafił do szpitala w Jaworzu koło Bielska-Białej. Zdaniem rodziców w przeciągu pięciu tygodni pobytu ich syn bardzo schudł, a jego stan zdrowia diametralnie się pogorszył.

20-letni Igor zmarł na podjeździe szpitala. "Czekaliśmy prawie osiem godzin"

- Pielęgniarki przyniosły mu jedzenie, zostawiły, no i on sam kombinował, bo to dla niego rehabilitacja. Rozumiem, ale czemu nikt nie stał przy nim - pyta Paweł Czekalski.

To w szpitalu leczniczo-rehabilitacyjnym zdecydowano, żeby zrezygnować z dojelitowego karmienia. Jednak Igor miał problemy z samodzielnym jedzeniem i przełykaniem. Według rodziców w Jaworzu nie nadzorowano karmienia ich dziecka.

- Pierwszy raz miał zapalenie zachłystowe, gdy zachłysnął się ogórkiem. Potem zapalenie płuc. Dwa razy był w szpitalu w Bystrej, bo problemy miał z płucami. Później wracał do Jaworza - mówi Karola Czekalska.

Kiedy stan Igora się bardzo pogorszył, 9 stycznia szpital rehabilitacyjny zdecydował o wysłaniu go do oddalonego o ponad 200 kilometrów szpitala w Wieruszowie. Dlaczego nie wybrano bliższej placówki? Nie wiadomo. Nie powiadomiono rodziców o przewozie ich syna, a pacjenta wysłano bez własnego telefonu.

ZOBACZ: Atak siekierą. Wieś boi się poszkodowanego i broni napastnika

- Igor nie może podejmować żadnej decyzji, został przez nas ubezwłasnowolniony. Byliśmy opiekunami prawnymi. Jak ja go zobaczyłem to masakra: sama skóra i kości - opowiada Paweł Czekalski.

- Pacjenta nie znałem, wdrożyłem leki i trzeba było poczekać na odpowiedź organizmu. Mimo iż je włączyłem, jego stan się pogorszył. Wymagał włączenia antybiotykoterapii - informuje Jan Kaptur, ordynator ze Szpitala Powiatowego w Wieruszowie.

- Po karmieniu przy osobach z problemem z połykaniem zawsze musi być oklepanie pacjenta, żeby oczyścić drogi oddechowe. Po karmieniu trzeba poczekać i zobaczyć, jak pacjent wygląda - dodaje, gdy reporter "Interwencji" zapytał o standardy opieki nad pacjentami w podobnym stanie.

Gdy stan Igora pogarszał się z godziny na godzinę, zdecydowano o przewiezieniu pacjenta do pobliskiego Wielunia, gdzie jest oddział intensywnej terapii. Szpital w Wieruszowie ma swoje karetki, ale bez lekarzy. Dlatego zamówiono ambulans z prywatnego pogotowia z Wrocławia. Czekano na niego godzinami.

- Jak stan był agonalny o 7.32, zadzwoniono po karetkę, karetka przyjechała 15.47. Bo do Wieruszowa z Wrocławia jechała przez Katowice - relacjonuje Paweł Czekalski.

- Na karetkę czekaliśmy prawie osiem godzin. Syn na podjeździe szpitala w Wieluniu zmarł - dodaje Karola Czekalska.

Prokuratura wszczęła śledztwo

Dlaczego tyle godzin czekano na kartkę?

- Nie potrafię się do tego odnieść, jak pan skieruje pismo, odpowiem. To jest poszukiwanie taniej sensacji. Muszę zerknąć w kartę wyjazdu, dopytać dyspozytora. Często było tak, iż szpital w Wieruszowie zamawiał karetkę, pacjent był nieustabilizowany i robiliśmy czynności, które powinny być wykonane przez szpital. Ta miejscowość jest 100 km od Wrocławia, w pierwszej kolejności dyspozytor realizuje zlecenia, które ma najbliżej. Bardzo często pacjenci z Wieruszowa byli niezabezpieczeni - słyszymy od przedstawiciela firmy transportu medycznego.

Po wysłaniu pytań reporterzy otrzymali jedynie pisemną informację, iż prywatne pogotowie nie może udzielić im odpowiedzi na żadne pytanie, bo toczy się śledztwo. Rodzice, w obecności reporterów "Interwencji", złożyli skargę u dyrektor szpitala.

Dyrektorka: Nie rozumiem tego show.

Ojciec: Syn dostał zachłystowe zapalenie płuc, nikt go nie pilnował, sparaliżowany chłopak dostał talerz jedzenia, połknął ogórka i się zachłysnął, dostał zapalenia płuc.

Dyrektorka: Nie wiem, dlaczego jest tutaj telewizja…

Ojciec: Większym problemem dla pani powinno być, co się tutaj dzieje…

ZOBACZ: Szokujące nagrania ze żłobka. Dwulatek z krwiakami i siniakami

Reporter: Dlaczego bez poinformowania rodziców pacjent został przetransportowany do Wieruszowa, skoro rodzice są prawnymi opiekunami?

Ojciec: Ordynator wiedział, iż bez naszej zgody nic nie może zrobić.

Dyrektorka: o ile było zagrożenie życia, o ile żaden szpital nie chciał przyjąć, szukamy najbliższego szpitala.

Reporter: Z pani wypowiedzi wynika, iż wszystkie szpitale po drodze do Wieruszowa odmówiły?

Dyrektorka: Nie mogę tego potwierdzić.

- Potwierdzam, iż tutejsza prokuratura nadzoruje postępowanie w związku z domniemanym błędem medycznym. Według zawiadamiającego do błędów miało dojść w placówce w Jaworze - informuje Łukasz Zachura, szef Prokuratury Rejonowej Bielsko-Biała Północ.

- Największy żal mam do ordynatora z Jaworza, a także do dyspozytora karetki, bo liczyła się każda minuta - podsumowuje Paweł Czekalski.

Cały reportaż Artura Borzęckiego można obejrzeć na stronie programu "Interwencja".

WIDEO: Napieralski o aferze w szpitalu. "Nie wiemy, czy tak było"
Idź do oryginalnego materiału