Nie pójść na imprezę. Nie kupić biletu na koncert. Nie nadrabiać wystawy, serialu, restauracji i weekendowego wyjazdu tylko dlatego, iż „wszyscy już byli”. JOMO, czyli euforia z tego, iż coś nas omija, wraca jako cichy bunt przeciwko życiu, w którym choćby odpoczynek zaczął przypominać obowiązek.
To nie jest zupełnie nowy trend, choć media społecznościowe lubią przedstawiać go właśnie w ten sposób. „Joy of missing out” funkcjonuje od lat jako odpowiedź na FOMO, czyli lęk przed tym, iż przegapimy coś ważnego. Nowe jest raczej to, iż dziś JOMO trafia na bardzo podatny grunt: zmęczenie ekranami, presję ciągłej obecności, wysokie koszty życia i coraz większą potrzebę ochrony własnego czasu.
Nie muszę być wszędzie
FOMO było językiem epoki, w której kalendarz miał pękać w szwach. Trzeba było być na premierze, zobaczyć nowe miejsce, mieć zdjęcie z wydarzenia, nadążyć za serialem, trendem, restauracją, rozmową i memem. Kto nie uczestniczył, ten ryzykował nie tylko towarzyską lukę, ale też poczucie, iż jego życie jest mniej interesujące niż życie innych.
JOMO odwraca tę logikę. Nie chodzi o samotność z konieczności ani o demonstracyjne odcięcie się od ludzi. Chodzi raczej o zgodę na to, iż nie każde zaproszenie wymaga odpowiedzi „tak”, nie każdy weekend musi być wykorzystany do granic możliwości, a nie każde doświadczenie trzeba zaliczyć, sfotografować i pokazać światu.
W praktyce JOMO może oznaczać wieczór w domu zamiast kolejnego wyjścia, spacer bez relacji na Instagramie, czytanie książki bez poczucia winy albo zwyczajne nicnierobienie. Dla części młodych ludzi to sposób na odzyskanie spokoju. Dla trzydziesto- i czterdziestolatków może brzmieć jeszcze znajomiej: po latach pracy, obowiązków rodzinnych i życia w trybie „trzeba ogarniać” odpuszczanie staje się nie kaprysem, ale formą higieny psychicznej.
Stare hasło, nowe okoliczności
Warto zachować ostrożność wobec tezy, iż JOMO jest „nowym odkryciem” pokolenia Z. Sam termin „joy of missing out” pojawiał się już ponad dekadę temu jako przeciwwaga dla cyfrowego przeciążenia. Dziś wraca, bo zmieniły się okoliczności. telefon nie jest już dodatkiem do życia społecznego, ale jego głównym pilotem. To on przypomina, gdzie byli znajomi, co jedli, co kupili, co zobaczyli i jak pełne, przynajmniej na zdjęciach wydaje się ich życie.
Badania Pew Research Center pokazują, iż coraz więcej nastolatków w USA uważa, iż spędza zbyt dużo czasu w mediach społecznościowych. W raporcie z 2025 roku taką odpowiedź wskazało 45 proc. badanych nastolatków, więcej niż trzy lata wcześniej. Wielu młodych dostrzega też wpływ social mediów na sen, produktywność, samoocenę i zdrowie psychiczne. To nie dowodzi, iż wszyscy masowo wybierają JOMO, ale dobrze tłumaczy, dlaczego hasło „nie muszę być wszędzie” zaczęło brzmieć jak ulga.
Nie bez znaczenia są pieniądze. Globalne badanie Deloitte z 2026 roku pokazuje, iż presja finansowa mocno wpływa na decyzje pokolenia Z i millenialsów. Ponad połowa badanych z obu grup deklarowała odkładanie ważnych życiowych decyzji z powodów finansowych. W takim świecie rezygnacja z kolejnego wyjścia, podróży czy wydarzenia nie zawsze wynika tylko z troski o dobrostan. Czasem jest także reakcją na koszty życia, niepewność i zmęczenie ciągłym porównywaniem się z innymi.
Radość czy racjonalizacja?
Najciekawsze w JOMO jest właśnie napięcie między wolnością a koniecznością. Z jednej strony można widzieć w nim zdrową zmianę: młodzi ludzie uczą się stawiać granice, częściej mówią o zdrowiu psychicznym i mniej chętnie godzą się na presję bycia stale dostępnym. Z drugiej strony łatwo przeoczyć, iż „radość z odpuszczania” bywa także elegancką nazwą dla ograniczeń, na które wpływają ceny, praca, brak energii i poczucie przeciążenia.
Dlatego JOMO nie powinno być opisywane wyłącznie jako modny trend z TikToka. To raczej symptom szerszej zmiany w myśleniu o czasie wolnym. Jeszcze niedawno atrakcyjne życie kojarzyło się z ruchem, intensywnością i obecnością. Dziś coraz częściej atrakcyjna staje się możliwość nieuczestniczenia: bez tłumaczenia się, bez poczucia winy, bez obowiązku nadrabiania.
Ten zwrot widać także w podejściu do imprezowania i alkoholu. W USA Gallup odnotował w 2025 roku rekordowo niski odsetek dorosłych deklarujących picie alkoholu oraz wzrost przekonania, iż choćby umiarkowane picie może szkodzić zdrowiu. Nie jest to prosty dowód na JOMO, ale wpisuje się w szerszy obraz: część młodszych dorosłych inaczej definiuje rozrywkę, częściej wybiera spotkania kameralne, aktywności bez alkoholu albo wieczory, które nie kończą się poczuciem fizycznego i psychicznego przeciążenia.
Odpuszczanie przestało być porażką
JOMO ma też swój popkulturowy odpowiednik. Gdy Cillian Murphy, pytany o brak udziału w „Odysei” Christophera Nolana, zażartował w rozmowie z „Variety” o ROMO — „relief of missing out”, czyli uldze z tego, iż coś go ominęło — trafił w ton, który wiele osób dobrze rozumie. Nie każde wielkie wydarzenie musi być naszym wydarzeniem. Nie każda okazja jest stratą, jeżeli z niej nie skorzystamy.
Właśnie dlatego JOMO może przemawiać także do osób dużo starszych niż pokolenie Z. Trzydziestolatkowie i czterdziestolatkowie znają presję bycia aktywnym z innej strony: kariery, rodzicielstwa, zobowiązań, kredytów, opieki nad bliskimi, życia w ciągłym niedoczasie. Dla nich euforia z odpuszczania nie musi oznaczać modnego hasła. Może być prostym zdaniem: dzisiaj naprawdę nie muszę.
Nie oznacza to, iż każda rezygnacja jest zdrowa. Granica między spokojnym wyborem a wycofaniem bywa cienka. jeżeli „nie idę” oznacza odpoczynek, zgodę na własne potrzeby i lepszy kontakt z samym sobą, JOMO może być czymś dobrym. jeżeli jednak staje się przykrywką dla samotności, lęku albo utraty więzi, warto zapytać nie tylko, z czego rezygnujemy, ale dlaczego.
W świecie, który przez lata uczył nas, iż wszystko trzeba przeżyć, udokumentować i porównać, zwykłe „nie tym razem” zaczyna brzmieć jak mały akt wolności.











