Dwuletni Mikołaj ma ciężką niepełnosprawność. Rodzice winią szpital

polsatnews.pl 3 godzin temu

Rodzice dwuletniego Mikołaja z Radkowa oskarżają szpital specjalistyczny w Jędrzejowie o błędy przy porodzie, które doprowadziły do ciężkiej niepełnosprawności dziecka. Chłopiec cierpi m.in. na dziecięce porażenie mózgowe i padaczkę lekooporną. Rodzice wskazują na brak reakcji personelu na zielone wody płodowe, brak KTG, problemy z intubacją i luki w dokumentacji. Materiał "Interwencji".

Polsat News
Rodzice ciężko niepełnosprawnego Mikołaja oskarżają szpital specjalistyczny w Jędrzejowie o błędy przy porodzie

- Mikołaj cierpi na dziecięce porażenie mózgowe, padaczkę lekooporną, małogłowie, ma uszkodzenie mózgu przez niedotlenienie. Szpital w Kielcach konsultował się ze szpitalem w Warszawie i stwierdzono, iż te wszystkie zmiany w mózgu to wynik niedotlenienia przy porodzie. To jest na piśmie - mówi Karolina Kubaja, mama Kacpra.

Podkreśla, iż ciąża przebiegała dobrze, a ona sama również czuła się bardzo dobrze.

Dramat podczas porodu. "Wody postępowe, zielonkawe i nikt nie zareagował"

Pani Karolina do szpitala w Jędrzejowie trafiła w marcu 2024 roku, w czterdziestym tygodniu ciąży. Zbliżał się wyznaczony termin porodu. Na oddziale leżała trzy dni.

- Wody mi odeszły w czwartek o godzinie 5 rano, a urodziłam Mikołajka w piątek o 5 rano. W dokumentacji było, iż wody drugie były postępowe, zielonkawe i nikt nie zareagował. Odkąd byłam na tej sali porodowej, nie miałam ani razu podpiętego KTG. Nie widziałam lekarza - opowiada.

ZOBACZ: Gigantyczne silosy za domem. Po sześciu latach walki usłyszała, iż ma rację

Pełnomocnik rodziców Przemysław Wyglądacz podkreśla, iż pod koniec fazy porodu należało płód monitorować bardzo dokładnie, właśnie ze względu na zielone wody płodowe sugerujące niedotlenienie płodu. - KTG pokazałoby nam, iż dziecko jest niedotlenione, można byłoby zareagować i zrobić cesarskie cięcie. Ze względu na błędy organizacyjne, błędne monitorowanie porodu, dziecko obarczone jest trwałym kalectwem i cierpieniem do końca życia - argumentuje.

Według rodziców po porodzie pojawiły się kolejne komplikacje. Personel medyczny miał problem z zaintubowaniem noworodka. - Miałam go na piersiach zaraz po urodzeniu, on nie był owinięty pępowiną. Ja go dotykałam po główce. Wówczas zaczęła się akcja, zabrali go - wspomina pani Karolina.

- Mikołaj przyszedł na świat cały siny. Byłem cały czas przy porodzie, wszystko widziałem. Syn na pewno nie był owinięty pępowiną. Zadzwonili po lekarza, który pojawił się zaspany, zaczęli go wentylować, przystawili przyssawkę i zaczęli pompować. Lekarz stwierdził, iż nie umie zaintubować tak małego dziecka, okazało się, iż nie mają odpowiedniej rurki. Przeglądali szafki medyczne szukając jej. Czas leciał, ktoś pobiegł w inne skrzydło szpitala - relacjonuje Przemysław Kościołek.

- Potem tylko dostałam informację, iż przewiozą go do Kielc na intensywną terapię, iż stan jest krytyczny. Anestezjologa nie było w szpitalu - dodaje pani Karolina.

Dziecko owinięte pępowiną? Matka i świadkowie zaprzeczają

Szpital w dokumentacji napisał, iż dziecko było owinięte pępowiną wokół szyi. Rodzice temu zaprzeczają. W obecności ekipy "Interwencji" pani Karolina zadzwoniła do położnej, która była przy porodzie.

- Nic nie zawiniłaś, poród sobie szedł, nie wiemy, czy coś w przebiegu ciąży nie wpłynęło, nie wiemy.

- Ale on tą pępowiną nie był okręcony?

- Nie, nie, nie, nie. Po prostu ośrodek oddechowy się nie uruchomił. Nie wiemy dlaczego.

- Może za późno był zaintubowany?

- Nie wiem.

Dwuletni Mikołaj potrzebuje opieki 24 godziny na dobę. Jego rodzice żyją bardzo skromnie. Codziennie zawożą go na rehabilitację do oddalonych o 70 kilometrów Kielc.

ZOBACZ: "Myślałam, iż umieram”. Śmiertelna moda na dachach pociągów

- Wymaga ciągłej rehabilitacji, żeby nie mieć przykurczy, żeby mógł normalnie funkcjonować. Mikołaj nie chodzi, nie siedzi, teraz zaczyna kontrolować głowę. Sam nie je, jest karmiony PEG-iem, wcześniej sondą. Wymaga pionizatora, na który też zbieraliśmy pieniądze kiermaszami pod kościołem - opowiada Karolina Kubaja.

Pani Karolina pojechała ze swoim pełnomocnikiem do prokuratury i do szpitala złożyć zawiadomienie. Pełnomocnik wskazywał, iż według mamy dziecko było zdrowe, a z powodu złego monitorowania jest chore. - Są ogromne braki w dokumentacji, mamy w niej lukę około 40-minutową. Przeprowadzono resuscytację, nie mamy informacji jak przebiegała - argumentował.

"Oddział miał być zamykany, personel nie zadbał, aby były rurki do intubacji"

Szpital w Jędrzejowie nie przysłał reporterom "Interwencji" żadnej odpowiedzi na zadane drogą mailową pytania. Rodzinie Mikołaja pomagają urzędnicy gminy, w której mieszka chłopiec. Na leczenie Mikołaja zbierano pieniądze m.in. podczas dożynek. Jednak ta sama gmina wystawia rodzicom chorego chłopca faktury za okazjonalne użyczenie busa, kiedy trzeba zawieźć dziecko na badania.

- Jesteśmy związani uchwalą gminy, tam wyznaczamy kwotę za kilometr i nie możemy od tego odstąpić. Proszę się wczuć w moją sytuację, ja też mam kontrole, kuriozalnie to wygląda nielogicznie, ale nie mogę odstąpić - przekonuje Jarosław Dominik, wójt gminy Radków.

ZOBACZ: Budowali tunel pod Łodzią. Od miesięcy czekają na swoje pieniądze

- To są bzdury. Gmina ma prawny obowiązek, żeby niepełnosprawne dzieci i mieszkańców dowozić do placówek medycznych, edukacyjnych. Przepisy nakazują finasowanie takiego transportu - komentuje prawnik Anna Wichlińska.

- Domagamy się, aby towarzystwo ubezpieczeniowe szpitala zapłaciło rentę Mikołajowi, co będzie mu dawało możliwość leczenia się. Rehabilitacja będzie trwała przez całe życie. Matka Mikołaja była jednym z ostatnich pacjentów tego oddziału porodowego. Myślę, iż personel uznał, iż nic złego się już nie stanie i to był błąd. Ponieważ oddział miał być zamykany, personel nie zadbał, aby były rurki do intubacji, aby wszystko działo, jak należy. Przez ich zaniechanie mamy ciężko chore dziecko - uważa Przemysław Wyglądacz, pełnomocnik rodziców.

Cały reportaż Artura Borzęckiego można obejrzeć na stronie programu "Interwencja".

WIDEO: Błaszczak tłumaczy się z decyzji o oddaniu odznaczenia. "Problem nie leży w Ukraińcach"
Idź do oryginalnego materiału