Kilka lat temu siedziałem po drugiej stronie tego samego procesu, w którym dziś jest Monika.
Wspierałem ją w trakcie nauki w naszej Szkole Terapii i Coachingu.
Dziś rozmawiam z nią jako z koleżanką po fachu, która pracuje z kobietami nad emocjami i relacjami.
Od lat jestem terapeutą integralnym, psychologiem, twórcą Szkoły Terapii i Coachingu Change Value Process.
Ale zanim zacząłem uczyć innych, sam przeszedłem przez dokładnie ten sam proces, o którym dzisiaj rozmawiamy.
Puszka Pandory
Najczęstszy błąd, z jakim ludzie wchodzą w terapię, to oczekiwanie szybkich efektów.
Sesja, dwie – i problem znika na zawsze.
Słyszę to regularnie: boję się, czego się o sobie dowiem.
Widziałem to choćby w serialu, który ostatnio oglądałem – bohaterka mówi, iż nie chce iść na terapię i wsłuchiwać się w siebie, bo boi się tego, co wypłynie.
To jest dokładnie ta iluzja, z powodu której ludzie odkładają decyzję o rozpoczęciu pracy nad sobą.
Boją się otworzyć własną puszkę Pandory.
Własny mechanik
Monika ujęła to w naszej rozmowie najtrafniej, jak słyszałem od dawna.
Klienci mówią jej: napraw mnie, Monika.
A prawda jest taka, iż nikt nie jest zepsuty.
Nie jesteśmy samochodami – nikt nam nie wymieni jednej części, żebyśmy odjechali jak nowi.
Musimy sami zostać mechanikami własnego silnika.
Zobaczyć, co w nim nie działa.
Coś dolać, coś wyczyścić, coś pozmieniać.
To, co nazywamy „naprawianiem się”, to w gruncie rzeczy dowiadywanie się o sobie – jak reagujemy, dlaczego, co jest pod tymi emocjami.
Spirala
Terapia nie jest procesem liniowym, w którym rozwiązujesz problem i on znika.
To spirala.
Wracasz do tych samych tematów, tylko na innym poziomie – z większymi możliwościami, ale i większymi wyzwaniami.
Widzę to bardzo dokładnie u siebie.
Zaczynałem od jednoosobowej działalności.
Mechanizmy, z którymi się mierzę, są te same co dziesięć lat temu.
Kiedyś chodziło o to, na co mnie stać do końca miesiąca przy pierwszych zarobkach.
Dziś kwoty są inne, ale schemat „na coś mnie stać, na coś nie” wraca w niezmienionej formie.
Dlatego sam regularnie wchodzę w superwizję.
Cykl co pół roku, czasem co półtora roku.
Czasem wystarczy jedna sesja, czasem otwiera się dłuższy proces.
Ostatni zacząłem kilka miesięcy temu, bo rozwój firmy wymagał ode mnie na nowo zdefiniować, co to znaczy być liderem.
Co odpuścić, czego nie odpuszczać.
Żeby się nie przepalić.
Nagość człowieka
Z tej rozmowy najbardziej zostaje mi historia Moniki o kontroli.
Rozbroiliśmy ten temat razem na samym początku jej terapii – metodycznie, spokojnie, wydawało się, iż gotowe.
A potem, z zupełnie innej strony, wypłynął u niej strach przed lataniem.
To była ta sama sprawa, tylko głębiej.
Kiedy się to otworzyło, powiedziała mi, iż w tamtym momencie zaczęła ufać i sobie, i mnie.
To jest dokładnie to, co sam powtarzam swoim klientom od lat: spodziewaj się niespodziewanego.
Problem, który wraca, to nie porażka terapii.
To sygnał, iż jesteś gotowy zejść głębiej.
Sam często porównuję terapię do dobrego filmu ze zwrotem akcji.
Nie wszystko jest jasne od pierwszej sceny.
Czasem wydaje się, iż już wiemy, kto komu zrobił krzywdę, iż sprawa jest zamknięta – a potem przychodzi zwrot.
I dopóki bohater się nie podda, wcześniej czy później jest happy end.
Kiedy człowiek naprawdę zaczyna czuć – nie tylko rozumieć głową, tylko czuć w ciele – Monika nazwała to w naszej rozmowie „nagością człowieka”.
Zdejmujemy z siebie fałszywy obraz siebie i zostajemy z prawdziwym.
To piękny moment, ale wymaga więcej opieki nad sobą, nie mniej.
Zamknięcie
Nikt, kto mówi mi, iż ma wszystko przepracowane, nie mówi prawdy.
Zawsze coś jest – bo to jest życie.
Ale można mieć rzeczy domknięte na tyle, iż przestają nas triggerować.
I to wystarczy, żeby żyło się spokojniej, pełniej i bardziej świadomie.










