Po oszałamiającym sukcesie notki o Żiżku, kontynuuję serię Notek O Modnych Filozofach. Cóż, moje notki są jakie są, ale dzięki nim można będzie w towarzystwie udawać, iż się przeczytało i iż się ma swoje zdanie. Wydałem na Żiżka ze 30 euro, żebyście Wy nie musieli.
Znaczy, nie wiem na ile mi się udało to dostatecznie wyraźnie podkreślić, ja go lubię. choćby jak się z nim nie zgadzam, nie zgadzam się, by tak rzec, przyjaźnie – bo zgadzam się co do Spraw Najważniejszych.
W czasach polikryzysu dialektyka pana i niewolnika rzeczywiście robi się wyjątkowo istotna. Wpadamy w tę dialektykę ilekroć boimy się, iż jakiś Wielki Obcy – Kaczyński, Putin, Trump – zabierze nam Wolność. Szukamy wtedy często Dobrego Wujka, który nas obroni (Unia, NATO, wolne sądy). Tragikomiczny spektakl w postaci nieustanącego castingu na „lidera obozu demokratycznego”, iż może Rzepliński, a może Kijowski, był tego najsmutniejszym bodajże przykładem.
Odpowiedź Żiżka sprowadza się do tego, iż nikt nas nie uratuje. Kawaleria nie przyjedzie, bo to my jesteśmy kawalerią. Od prawie już dwustu lat nie ma więc dla nas innej porady niż stare dobre „vereinigt Euch!”.
Przejdę jednak do Modnego Filozofa, którego już zwyczajnie po prostu nie lubię – to Byung-Chul Han, urodzony w Korei ale tworzący w Niemczech po niemiecku. W eseju „Nagie życie” również odwołuje się do tej samej dialektyki, dochodząc jednak do innego wniosku.
„Heglowska dialektyka pana i niewolnika opisuje walkę na śmierć i życie (…) Niewolnik przedkłada zniewolenie nad groźbę śmierci. Trzyma się nagiego życia (…) Nie waży się na śmierć. Zostaje niewolnikiem i pracuje” (kluczowe słowa są przytoczone rozstrzelanym drukiem, jak przystało na profesjonalnego filozofa).
Zatem wolny może być tylko człowiek gotów umrzeć z głodu by nie pracować. Większość z nas wybiera „nagie życie”, ergo niewolę. Wolni są tylko menele (oraz spadkobiercy – dodałbym, ale BCH najwyraźniej nie bierze pod uwagę takiej możliwości, iż status po prostu się dziedziczy).
Jeśli ktoś uważa, iż to niemożliwe, żeby Modny Filozof gadał aż takie głupoty – to proszę skoczyć do księgarni, otworzyć wydanie Krypolu na stronie 200. Najlepiej za friko, bo zapłacić za to złotówkę to przepłacić stówę.
Najsłynniejszy, tytułowy esej Byung-Chul Hana, „Społeczeństwo zmęczenia”, zaczyna się tak: „Każda epoka ma swoje dominujące choroby. I tak mieliśmy kiedyś epokę bakterii, która jednak skończyła się wraz z wynalezieniem antybiotyków. Mimo ewidentnego lęku przed pandemią grypy nie żyjemy dziś również w epoce wirusów [pisane przed covidem – WO]. Dzięki technologiom wspomagania odporności mamy ją już za sobą”.
Każde z tych zdań wywołuje u mnie okrzyk „CO KURCZĘ?”, ale potem robi się jeszcze głupiej. Byung Chul-Han wyciąga z tego wniosek, iż miniony wiek był „stuleciem immunologicznym”, oparty na rozróżnieniu swój-obcy. „Tym immunologicznym schematem kierowała się również zimna wojna”. Dziś zastępuje ją tolerancja.
Tu BCH przechodzi do miniwykładu z dialektycznej immunologii. „Nauki także nie są bynajmniej wolne od dyspozytywów, które wcale nie są naukowego pochodzenia. I tak po końcu zimnej wojny mamy do czynienia ze zmianą paradygmatu również w immunologii medycznej. Amerykańska immunolożka Polly Matzinger odrzuca stary zimnowojenny paradygmat immunologiczny (…) Bronimy się jedynie przed takim intruzem, który w naszym wnętrzu zachowuje się destrukcyjnie. Tak długo, jak obcy nie podpada pod tę kategorię, układ immunologiczny się z nim nie styka (…) Jest zatem inteligentniejszy od ksenofobicznego społeczeństwa ludzkiego”. I tak przez parę stron peroruje o heglowskiej immunologii („cechą charakterystyczną immunologii jest dialektyka negatywności”, et patati, et patata).
To jest tak głupie, iż jak w tym cytacie, „it’s not even wrong”. Gdyby faktycznie odkryto, iż identyfikacja swój / obcy (zwana fachowo MHC, „Major Histocompatibility Complex”) to tylko zimnowojenny mit, byłby to przełom w transplantologii!
Byung Chul-Han może i przeczytał ten jeden artykuł, który cytuje, ale go nie zrozumiał (podejrzewam iż przeczytał tylko tytuł). Nie chodzi o to, iż identyfikacji swój / obcy w ogóle nie ma, tylko iż owszem, DOCHODZI DO TEGO identyfikacja groźny / nieszkodliwy, na zasadzie „guilt by association”. Od tego właśnie są te komórki dendrytyczne, które w poprzedniej notce porównywałem do „wiadomości w butelce”. Ta wiadomość brzmi na przykład „w pobliżu miejsca zbrodni widziano czarnowłosego okularnika, zabić wszystkich czarnowłosych okularników” (oczywiście to metafora, ale biorą w tym udział komórki, których głównym zadaniem jest zabijanie innych komórek, pasujących do rysopisu).
Porównywanie układu immunologicznego do ludzkiego społeczeństwa jest ryzykowne, bo wtedy okazuje się, iż to choćby nie jest dyktatura, to strażnicy w obozie. Mamy przede wszystki odporność nieswoistą, która zabija wszystkich, którzy jej się nawiną (jak strażnik z wieżyczki kogoś kto podszedł za blisko do bramy). Są też choroby polegające na tym, iż układ immunologiczny sobie ubzdura, iż trzustka jest ciałem obcym i ją niszczy. Że „bronimy się tylko przed takim intruzem, który zachowuje się destrukcyjnie” to taki błąd, jakby z opisu wszystkich funkcji samochodu skupić się tylko na kierunkowskazach i wysnuć wniosek, iż samochody to urządzenia do mrugania na żółto.
Żiżek tymczasem owszem, buduje naciągane metafory naukowe, ale jednak nie raczy nas rozważaniami o heglowskiej genetyce. Byung Chul-Han natomiast serwuje miksturę (1) ewidentnych bredni, takich jak powyższe; (2) okrągłych banałów, które nie pełnią żadnej funkcji poza wydłużaniem tekstu (przykład ze strony 140: „Pod wieloma względami XVIII wiek nie różnił się wiele od czasów dzisiejszych” – no shit, Sherlock); (3) wypowiedzi sformułowanych intencjonalnie tak niejasno, żeby nie dało się powiedzieć, co poeta chciał przez to (i tylko tłumacze rozpaczliwie informują w przypisach, iż dana gra słów nie istnieje poza niemieckim). Jak widać z załączonych cytatów, pióro ma przy tym tak lekkie, iż chcą je pokazywać w muzeum w Kubince.
Najbardziej irytujący w tej książce jest brak emocji, brak moralnego kompasu. Kiedy Żiżek informuje nas, iż lubi filmy z Chow Yun-Fatem to przy okazji mówi, który jest jego ulubiony („Bulletproof Monk”). Wobec dialektyki pana i niewolnika zajmuje stanowisko jednoznacznie emancypacyjne.
Byung-Chul Han od czasu do czasu cytuje jakieś dzieła kultury, ale beznamiętnie, po prostu jakby wiedział iż wypada. Przypomina maturzystę, który wie, iż dostanie punkty za cytowanie lektur. Opisując społeczeństwo, nie sprzyja zniewolonym – sami są sobie winni, mogli wybrać śmierć.
Ubocznym wnioskiem jest iż uprzywilejowani zasługują na swoje przywileje. Motyw społecznych gier o władzę pojawia się tu parokrotnie i nigdy, dosłownie nigdy (jeśli się mylę, pokażcie mi na której stronie!) autor nie dopuszcza takiej możliwości, iż ktoś przywileje odziedziczył albo uzyskał w jakiś szemrany sposób, jak rosyjscy oligarchowie. Gdyby po BCH sięgnęli Thiel, Bezos i Karp, łykaliby go jak Elon ketaminę.
Czytając tę książkę miałem wrażenie, iż obcuję z imitacją filozofii. Dałbym te dwa słowa rozstrzelanym drukiem, ale nie wiem jak to zrobić w wordpressie – pewnie ten sekret ujawniają dopiero doktorantom na filozofii. Jakby ktoś spromptował LLM per „napisz mi esej filozoficzny na tyle konserwatywny, żeby nie urazić uprzywilejowanych, ale też żeby nie było wiadomo o co chodzi, bo jak nikt nie wie to nikt nie zapyta”.
Kolejną irytującą rzeczą jest przedziwny panglossizm. Byung-Chul Han niby narzeka na kryzysy społeczne, ale zdaje się uważać, iż wszystkie problemy XIX i XX wieku już rozwiązano. Żyjemy w społeczeństwach permisyjnych i tolerancyjnych, nikt nie jest prześladowany za odrębność, każdy sobie może migrować bez ograniczeń. Wyeliminowaliśmy choroby somatyczne, więc zostały nam już tylko ADHD, autyzmy, nerwice i depresje, które czynią nas wszystkich równymi.
Więc nie narzekaj, niewolniku, na swoje kajdany. Sam je sobie założyłeś wybierając sobie niezamożnych rodziców. Okaż empatię miliarderowi, który płacze, bo choćby największy jacht świata nie może przywrócić lacanowskiej jouissance bataillowskiemu fallusowi (rozstrzelanym drukiem, ma się rozumieć).
Jedno co tu jest doskonale spójne logicznie, to blurb od maestro Stawiszyńskiego – „Ostrzegam, ta książka otwiera oczy!”. Widocznie Matczak nie miał wolnych terminów.













