Portal „Forsal.pl” zwrócił uwagę na zjawisko, o którym wielu pacjentów w Polsce nie ma pojęcia: część zabiegów stomatologicznych, za które w prywatnych gabinetach płaci się setki złotych, może być wykonana bezpłatnie w ramach ubezpieczenia zdrowotnego.
Problem polega na tym, iż pacjenci często nie wiedzą, jakie świadczenia przysługują im w publicznym systemie, a prywatny rynek stomatologiczny wykorzystuje tę niewiedzę.
Skala cen w prywatnych gabinetach jest dziś jedną z najwyższych w całej ochronie zdrowia. Zwykła plomba kosztuje około 300 zł, a przy większym ubytku choćby ponad 600 zł. Leczenie kanałowe jednego zęba to wydatek od 500 do 1400 zł. Za usunięcie zęba pacjent płaci zwykle od 300 do 700 zł. jeżeli potrzebna jest korona porcelanowa, rachunek rośnie do 1800–2500 zł. W przypadku implantu koszty są jeszcze wyższe i mogą sięgać od 3000 do choćby 8000 zł za jeden ząb.
Do tego dochodzą opłaty za podstawowe czynności, które jeszcze kilkanaście lat temu były traktowane jako element standardowej opieki. Przegląd stomatologiczny kosztuje zwykle 80–200 zł, znieczulenie 50–150 zł, a usunięcie kamienia nazębnego około 200–300 zł.
Nie są to już drobne wydatki, ale poważne obciążenie domowych budżetów. Według danych przywoływanych przez „Forsal” Polacy wydają na prywatne leczenie zębów ponad 9 miliardów złotych rocznie. To aż 28 procent wszystkich prywatnych wydatków na zdrowie. Jednocześnie ponad 65 procent pacjentów leczy zęby prywatnie, mimo iż posiada ubezpieczenie zdrowotne.
Dentyści, często na wyrost, regularnie podnoszą ceny usług stomatologicznych. Wynika to z faktu, iż istnieje znaczny popyt na ich pracę. Dane przytaczane przez „Forsal”, oparte na statystykach GUS, pokazują, systematyczny wzrost o około 9-9,5 procent rocznie. Oznacza to tempo wyższe niż w wielu innych segmentach usług medycznych. W praktyce pacjent, który jeszcze kilka lat temu płacił za prosty zabieg kilkaset złotych, dziś często musi przygotować się na rachunek wyższy o kilkadziesiąt procent.
Formalnie system publiczny wciąż zapewnia podstawową opiekę stomatologiczną. Ubezpieczony pacjent ma prawo do bezpłatnego badania jamy ustnej, leczenia próchnicy, usuwania zębów czy zabiegów profilaktycznych. Wystarczy zgłosić się do gabinetu mającego kontrakt z Narodowy Fundusz Zdrowia. W praktyce jednak wielu pacjentów trafia wyłącznie do prywatnych gabinetów, gdzie od początku proponuje się leczenie odpłatne.
Różnica między tymi dwoma światami jest ogromna. W jednym systemie pacjent płaci kilkaset złotych za podstawowy zabieg. W drugim – ten sam zabieg mógłby być wykonany bezpłatnie. W efekcie stomatologia stała się dziedziną medycyny, w której publiczny system funkcjonuje obok potężnego rynku prywatnego, a granica między leczeniem a biznesem bywa coraz mniej widoczna.
Nie jest tajemnicą, iż wielu dentystów rezygnuje z kontraktów z NFZ. Finansowanie publicznej stomatologii od lat pozostaje na niskim poziomie i często nie pokrywa kosztów prowadzenia gabinetu. Jednak z punktu widzenia pacjenta oznacza to coś bardzo prostego: dostęp do leczenia zależy w coraz większym stopniu od zasobności portfela.
A przecież dentysta jest lekarzem. Zawód lekarza nie powstał jako działalność handlowa, ale jako element systemu ochrony zdrowia. Oczywiście nikt nie oczekuje, iż gabinety będą działały charytatywnie. Jednak trudno nie dostrzec dysonansu między ideą służby zdrowia a rzeczywistością, w której leczenie zębów staje się dla wielu Polaków luksusem.
Jeżeli podstawowe zabiegi stomatologiczne zaczynają być traktowane jak usługi premium, to problem nie dotyczy już wyłącznie cen w prywatnych gabinetach. Dotyczy całego systemu zdrowia, który coraz częściej pozostawia pacjenta samego z rachunkiem.
→ oprac. (kk)
5.03.2026
• foto: Freepik















