The Grift of Fear. Dar strachu.
Dr. Robert W. Malone malone.news/the-grift-of-fear
W 1997 roku specjalista ds. bezpieczeństwa Gavin de Becker opublikował książkę zatytułowaną The Gift of Fear (pol. Dar strachu). To książka o przewidywaniu przemocy międzyludzkiej, która wyszkoliła całe pokolenie czytelników – głównie kobiet – w rozpoznawaniu behawioralnych sygnatur drapieżników, zanim dojdzie do przemocy.

Urok. Wymuszona wspólnota losu. Zbyt wiele szczegółów. Pożyczanie przysługi. Nieproszona obietnica. Lekceważenie słowa „nie”.
De Becker zebrał te wzorce, pracując jako konsultant ds. oceny zagrożeń dla celebrytów, dyrektorów firm i urzędników rządowych, a także rozmawiając szczegółowo zarówno z osobami, które przeżyły zamachy na swoje życie, jak i z napastnikami schwytanymi przed dokonaniem czynu. Wzorce te nie są subtelne, gdy już wiesz, czego szukać. De Becker argumentował, iż są one rozpoznawalne z wyprzedzeniem dla wszystkich, kto otrzymał odpowiednie słownictwo.
Gra słów w tytule była zamierzona. Strach – ten rodzaj, który pojawia się nieproszony, gdy obcy podchodzi zbyt blisko na pustym peronie metra lub gdy przyjazna z pozoru oferta pomocy wydaje się „nie taka” – nie jest wadą wykształconej ewolucyjnie zdolności poznania
Jest darem. To mózg robi dokładnie to, do czego ewoluował: odczytuje niewielki zestaw wskazówek szybciej, niż jakakolwiek świadoma deliberacja mogłaby to zrobić, i odsuwa ciało od niebezpieczeństwa, zanim umysł zdąży nadążyć….
Są one również, jak argumentował de Becker, rozpoznawalne z wyprzedzeniem przez każdego, kto otrzymał odpowiednie słownictwo.
Tytułowa gra słów była zamierzona. Strach – ten, który pojawia się nieproszony, gdy obcy podchodzi zbyt blisko na pustym peronie metra lub gdy przyjazna z pozoru oferta pomocy wydaje się „nie tak” – nie jest wadą ewolucyjnego poznania. Jest darem. To mózg robi dokładnie to, do czego ewoluował: odczytuje niewielki zestaw sygnałów szybciej, niż jakakolwiek świadoma deliberacja mogłaby to zrobić, i odsuwa ciało od niebezpieczeństwa, zanim umysł nadąży.
W studiach przypadku de Beckera osoby, które ucierpiały, niemal nigdy nie były tymi, które nie zauważyły sygnałów. Były to osoby, które zauważyły je prawidłowo, ale zignorowały sygnał. Zostały wychowane, by ustępować. Nie chciały wyjść na niegrzeczne. Czuły niepokój, którego nie potrafiły nazwać, i dlatego odrzucały to uczucie jako paranoję.
To, co chcę tutaj argumentować, to coś, co moim zdaniem zbiorowo przeoczyła zarówno instytucja zdrowia publicznego, jak i kontrkulturowa reakcja mediów na nią, a także szersza kultura, która konsumowała jedno i drugie.
Pandemia nie była przede wszystkim porażką eksperckości. Była porażką rozpoznania. Ta sama psychologiczna maszyneria, którą zidentyfikował de Becker – maszyneria chroniąca nas przed uroczym nieznajomym u drzwi – była atakowana na skalę całej populacji przez aktorów instytucjonalnych, których interesy nie były zbieżne z naszymi. I przez niektórych z najgłośniejszych aktorów dysydenckich również. Celowanie w dużą mierze się powiodło. Oszustwo działało po obu stronach.
Powód, dla którego to zadziałało, nie polega na tym, iż ludzie są głupi. Powód, dla którego to zadziałało, jest taki, iż instytucje miały dostęp do kanałów komunikacyjnych o praktycznie nieograniczonym zasięgu, a techniki, które zastosowały, były dokładnie tymi technikami, które de Becker skatalogował w 1997 roku.
Urok. Sygnały autorytetu. Wymuszona wspólnota losu („jesteśmy w tym wszyscy razem”). Nieproszone obietnice („bezpieczne i skuteczne”). Odrzucanie zastrzeżeń jako porażek moralnych („zabijasz babcię”). Odmowa przyjęcia „nie” za odpowiedź w jakiejkolwiek kwestii uznanej za istotną.
A gdy te techniki napotkały opór, koszty społeczne i ekonomiczne nakładano na tych, którzy mimo wszystko przez cały czas mówili „nie”.
Odpowiedź dysydencka, gdy nadeszła, bywała czasem wyważona i trafna. Była jednak w ważnych aspektach tą samą operacją, tylko skierowaną w przeciwną stronę. Ten sam urok. Ta sama wymuszona wspólnota („to my jesteśmy tymi, którzy przejrzeliby to na wylot”). Te same nieproszone obietnice („ten protokół cię uratuje”). Ta sama odmowa aktualizacji, gdy kolejne dowody tego wymagały. To samo wymuszanie posłuszeństwa, przebrane za opór. Obie wersje działały na tym samym biologicznym podłożu. Obie wersje przyniosły zysk.
Rozważmy nieproszoną obietnicę. De Becker traktuje ją jako jeden z najbardziej wiarygodnych sygnałów ukrytej agendy. Obietnica złożona, gdy nikt o nią nie prosił, zwykle wskazuje na intencję zrobienia dokładnie tego, czemu obietnica zaprzecza. Godny zaufania aktor wyjaśnia. Niepewny aktor uspokaja.„Szczepionki są bezpieczne i skuteczne.” To zdanie powtarzano w odstępach czasu, które nie odpowiadały żadnemu konkretnemu wyzwaniu wymagającemu riposty, przez mniej więcej trzy lata. Powtarzali je wysocy urzędnicy w telewizji, producenci w reklamach, celebryci w wyreżyserowanych spotach i pracodawcy w komunikatach o obowiązkach szczepień. Nikt o to zapewnienie nie prosił. Zapewnienie i tak nadeszło. Zgodnie z ramami de Beckera pytanie brzmi: co ci ludzie uprzedzają? Jaką przyszłą krytykę to zapewnienie ma zażegnać? Kolejne dane odpowiedziały na to pytanie.
Wewnętrzne komunikaty ujawnione w kolejnych latach – w tym dokumenty Pfizera i Moderny opublikowane na mocy nakazów sądowych, korespondencja federalnych urzędników uzyskana dzięki FOIA oraz Twitter Files pokazujące architekturę cenzury platform wokół krytyki szczepionek – wskazują, iż leżąca u podstaw teza była w momencie jej wygłaszania znacznie słabsza, niż sugerowała komunikacja publiczna. Nieproszona obietnica była, dokładnie tak jak przewidywał de Becker, sygnałem ostrzegawczym.
Albo rozważmy typowanie (typecasting). De Becker opisuje je jako drobną obelgę stosowaną w celu sprowokowania zaangażowania osoby, która w innym wypadku odeszłaby: „Założę się, iż jesteś zbyt zadufana, żeby rozmawiać z takim facetem jak ja”. Cel chce udowodnić, iż etykieta jest fałszywa, angażując się, a to zaangażowanie jest stopą drapieżnika w drzwiach. Obrona de Beckera jest najprostsza z możliwych. Zachowujesz się tak, jakby tych słów nigdy nie wypowiedziano. Każda energia, którą zużyjesz na obalanie etykiety, to energia, której nie zużyjesz na ocenę tego, czego adekwatnie od ciebie chcą.
„Antyszczepionkowiec.” „Negacjonista.” „Teoretyk spiskowy.” „Babciobójca.” „Covidiota.”
Każde z nich funkcjonowało tak, by odbiorca chciał obalić etykietę poprzez demonstrację posłuszeństwa – dokładnie tak, jak de Becker mówił, iż ten ruch miał działać. Odbiorca, który upierał się: „Nie jestem przeciwko szczepionkom, po prostu mam pytania co do tej konkretnej szczepionki”, już oddał ramę. Odbiorca, który odmówił zaangażowania się w etykietę, traktując ją jako manipulacyjny ruch, a nie opis wymagający riposty, utrzymał pytanie na poziomie merytorycznym.
Zgodnie z ramami de Beckera nie jest to trudne do zauważenia. Trudne było to tylko dlatego, iż etykiety wydawały instytucje, wobec których odbiorcy zostali wychowani, by się podporządkowywać. Pandemicznym odpowiednikiem drapieżnego „założę się, iż jesteś zbyt zadufana” było „antynaukowy” ze strony władz zdrowia publicznego. Oba działają z tego samego powodu. Oba są obroną osób, których intencje nie są zbieżne z naszymi, przeciwko naszym intuicjom co do tego, czy powinniśmy się podporządkować.
Ta sama analiza dotyczy strony kontrkulturowej. Dysydencki komunikator, który opisywał sceptyków swojego protokołu jako „płatnych popleczników”, „przejmowanych” czy „nadal śpiących”, prowadził dokładnie tę samą operację. Etykieta miała wykonać tę samą pracę: zamienić pytanie o leżące u podstaw dowody w pytanie o moralną lub epistemiczną postawę pytającego. Obrona de Beckera jest taka sama w obu kierunkach. Etykiety to koszt, jaki mówca pobiera od ciebie, zanim ocenisz merytoryczną tezę.
Jest w pracy de Beckera głębszy punkt, który chcę wydobyć, ponieważ uważam, iż stanowi on adekwatną ramę do zrozumienia tego, czym pandemia naprawdę była. De Becker rozróżnia strach od zmartwienia. Strach jest skalibrowany. Jest reakcją na konkretny, obecny sygnał, iż coś jest nie w porządku, i jest wystarczająco często trafny, by traktować go jako ochronną intuicję, a nie wadę. Zmartwienie to coś innego. Zmartwienie jest wytwarzane. Jest podtrzymywane poza czasem trwania jakiegokolwiek rzeczywistego sygnału. Jest często nakładane przez jedną stronę na drugą. Często funkcjonuje jako substytut działania, a nie przewodnik ku niemu.
Era pandemii była przede wszystkim wydarzeniem generującym zmartwienie. Strach, tam gdzie był uzasadniony, był uzasadniony dla wąskich, konkretnych grup w wąskich, konkretnych warunkach. Starsze osoby z chorobami współistniejącymi wiosną 2020 roku miały coś w rodzaju realnego sygnału. Większość pozostałych grup – nie, przez większość czasu. Zmartwienie jednak było uniwersalne, niewybiórcze, podtrzymywane i ciągle wzmacniane przez instytucjonalne kanały komunikacji, które korzystały na jego kontynuacji.
Kanały instytucjonalne robiły to, ponieważ były finansowane, obsadzone i wynagradzane za to. Kanały kontrkulturowe robiły to, ponieważ były finansowane, obsadzone i wynagradzane za to. Dzienna liczba przypadków była przedstawiana bez kontekstu. Wykresy hospitalizacji bez porównania do linii bazowej. Wyniki modeli, których późniejsze rewizje otrzymywały znacznie mniej uwagi niż oryginalne prognozy. Po stronie kontrkulturowej: raporty o niepożądanych zdarzeniach poszczepiennych bez mianowników. Indywidualne historie urazów bez reprezentatywnego próbkowania. Prognozy nadmiarowej śmiertelności, których falsyfikacja nie wywołała porównywalnego wysiłku wycofania.
Obie wersje hodowały zmartwienie u swoich odbiorców. Obie monetyzowały to wyhodowane zmartwienie. Mechanizm jest dokładnie taki, jaki zidentyfikował de Becker – przeskalowany z manipulacji pojedynczej ofiary przez drapieżnika do manipulacji populacją przez instytucje. Powód, dla którego to się przeskalowało, jest taki, iż podstawowa maszyneria psychologiczna jest taka sama. Mózg, który czuje zmartwienie w odpowiedzi na sfabrykowany sygnał u drzwi, czuje to samo zmartwienie w odpowiedzi na sfabrykowany sygnał w telewizji, z tą różnicą, iż sygnał telewizyjny przychodzi codziennie przez lata, a przyjaciel u drzwi znika po dwudziestu minutach.
To jest oszustwo, wprost. Dar strachu to ochronna intuicja, która pozwala nam wykrywać sygnały niebezpieczeństwa. Oszustwo strachu to systematyczne wykorzystywanie tej samej intuicji przez strony, których interes w naszym zmartwieniu różni się od naszego własnego.
Oto co, moim zdaniem, de Becker powiedziałby każdemu, kto obserwował pandemiczną komunikację – z którejkolwiek strony – gdyby go o to zapytano.
Powiedziałby: Zauważ nieproszone obietnice. Pytaj, co one uprzedzają. Zauważ typowanie. Odmów angażowania się w etykiety. Zauważ wymuszoną wspólnotę losu – „jesteśmy w tym wszyscy razem” i jej dysydencki odpowiednik „to my jesteśmy tymi, którzy widzą”. Pytaj, czy ta wspólnota jest rzeczywista, czy skonstruowana. Zauważ nadmiar szczegółów w komunikacjach na tematy niepewne. Pytaj, czy ten szczegół jest proporcjonalny do tego, co naprawdę wiadomo. Zauważ odmowę przyjęcia „nie” za odpowiedź w kwestiach uznanych za istotne. Traktuj tę odmowę jako najbardziej wiarygodny dostępny sygnał, iż aktor nie prowadzi komunikacji w dobrej wierze.
A nade wszystko powiedziałby: zaufaj niepokojowi. Osoby, które ucierpiały w jego studiach przypadku, nie były tymi, które przegapiły sygnał. Były to osoby, które odebrały sygnał prawidłowo, ale go odrzuciły, ponieważ nie potrafiły jeszcze nazwać tego, co odebrały, albo ponieważ koszt działania na niego był wyższy niż koszt zignorowania go. Ten koszt, w kontekście pandemii, był celowo zaprojektowaną cechą otoczenia. Społeczna i ekonomiczna cena powiedzenia „nie” została celowo podniesiona – po obu stronach – by odstraszyć racjonalnego aktora od zrobienia tego.
Osoby, które ucierpiały na skalę populacyjną, nie były naiwnymi. Byli to ci, którzy wiedzieli, iż coś jest nie tak, i którzy społecznie nie mogli sobie pozwolić na powiedzenie tego na głos.
Pytanie brzmi teraz, czy następnym razem będziemy trudniejszym celem. Instytucje, które prowadziły poprzednią operację, przez cały czas tu są. Tak samo jak operacje kontrkulturowe, które prowadziły równoległe oszustwo po drugiej stronie. Są finansowane, obsadzone i gotowe. Następne wydarzenie nie będzie wyglądało identycznie jak poprzednie. Techniki jednak będą te same. Nieproszone obietnice. Typowanie. Wymuszona wspólnota. Lekceważenie „nie”. Wymuszanie posłuszeństwa przebrane za autorytet lub opór.
Obrona jest taka sama w obu kierunkach. To skalibrowany sceptycyzm, którego de Becker próbował nas nauczyć. Nie paranoja. Nie cynizm. Po prostu rozpoznanie, iż ciepło i pewność siebie są narzędziami, iż narzędzia te mają sygnatury, a sygnatury są widoczne dla wszystkich, kto otrzymał słownictwo.
Dar strachu to ochronna intuicja. Oszustwo strachu następuje, gdy intuicja zostaje porwana. Rozpoznanie porwania jest główną obroną. De Becker mówi nam o tym od 1997 roku, jak to zobaczyć.
Nie posłuchaliśmy ostatnim razem. Nie ma powodu, byśmy tym razem nie mogli.









