Problem pojawił się od razu. Do dokumentów trzeba wpisać płeć, bo taki jest wymóg prawny. System nie przewiduje jednak rubryki dla osób interpłciowych. W akcie urodzenia wpisano więc: chłopiec. – Kto zdecydował? – pyta reporterka. – Lekarz – odpowiada matka. Dlaczego właśnie tak? Szpital nie udziela jednoznacznej odpowiedzi. Potem zaczęły się badania i konsultacje. Ostatecznie zdiagnozowano interpłciowość. – Mówimy raz Nika, raz Nikodem – mówi pani Anna.
W Polsce żyje więcej osób z podobnym doświadczeniem. Pani Magda o swojej interpłciowości dowiedziała się dopiero jako nastolatka. – Zdecydowano, iż będę dziewczynką. Po usunięciu jąder od 35 lat jestem na terapii hormonalnej. Skutki odczuwam do dziś – opowiada. O operacji zdecydowali lekarze. Rodzice mieli wtedy niewielki wpływ na takie postępowanie.
Rodziców Nikodema zapytano o zgodę na zabieg. Minęły lata i procedury się zmieniły. – Byliśmy przerażeni – mówi ojciec. – Pięć operacji tylko po to, żeby wszystko zgadzało się pod względem społecznym. Pani Magda dodaje z goryczą, iż często chodzi o kulturowe oczekiwania, np. o to, by chłopiec oddawał mocz na stojąco.
Ponieważ w dokumentach dziecka widnieje płeć męska, lekarze proponowali usunięcie żeńskich narządów płciowych. Rodzice odmówili. – Za kilka lat może mieć do nas pretensje, iż wybraliśmy mu płeć.
Dziś Nika, Nikodem ma trzy lata. Wszędzie go pełno. Na podwórku z euforią biega za piłką, w domu bawi się najróżniejszymi zabawkami. Najważniejsze, iż ma kochających rodziców, dla których jest oczkiem w głowie. O sobie mówi „Nikosia”. – Po okresie dojrzewania dziecko samo podejmie decyzję o swojej płciowości – mówi pani Anna. Rodzice nie chcą podejmować za nie decyzji, której skutki mogą być nieodwracalne.













