Ceuta, Lampedusa… gasimy pożary, zamiast ubić podpalacza

imagazine.pl 1 godzina temu

W medycynie istnieje pewna zasada. o ile chirurg zamiast wyciąć nowotwór będzie godzinami debatował nad tym, czy skalpel przypadkiem nie naruszy zdrowych tkanek, pacjent umrze.

Nie dlatego, iż lekarz był złym człowiekiem. Wręcz przeciwnie. Umrze dlatego, iż dobry człowiek pomylił współczucie z leczeniem. Od lat z rosnącym niepokojem obserwuję, jak dokładnie tę samą pomyłkę popełnia Europa. I o ile w tym momencie liczysz, iż mój felieton będzie hagiografią Brauna to… srogo się rozczarujesz.

Kryzys w hiszpańskiej Ceucie nie jest historią o migrantach. To choćby nie jest historia o Maroku. To opowieść o tym, jak bardzo liberalne demokracje uwierzyły, iż przestrzeganie procedur samo w sobie rozwiązuje problemy. Nie rozwiązuje. Procedury są narzędziem. Nigdy celem. Właśnie dlatego odnoszę coraz silniejsze wrażenie, iż największym zagrożeniem dla Unii Europejskiej wcale nie są ani Rosja, ani migracja, ani terroryzm. Największym zagrożeniem jest słabość ludzi, którzy Europą zarządzają. Przy czym, żebyśmy się dobrze zrozumieli, dla mnie siła to nie pokrzykiwanie pana z wąsikiem. Zresztą ów niedoszły austriacki malarz był skutkiem, a nie przyczyną.

Słabość potęgi

We współczesnych kryzysach nie chodzi o brak odwagi. Chodzi o brak instynktu państwowego. Bo państwo, podobnie jak organizm, ma kilka funkcji absolutnie podstawowych. Musi chronić własne granice, zapewniać bezpieczeństwo obywatelom i odstraszać tych, którzy chcieliby wykorzystać jego słabość. Dopiero później przychodzi czas na wszystko inne: debatę, kompromis, prawa człowieka czy rozwijanie kolejnych katalogów wolności obywatelskich, ochronę wewnętrznego rynku, czy walkę z emisjami i zmianami klimatu. My tymczasem, rękami brukselskich urzędników, po prostu odwróciliśmy tę kolejność.

Dzisiaj Europa coraz częściej przypomina właściciela domu, który z dumą opowiada o najwyższej jakości zamkach w drzwiach do salonu, zapominając, iż od miesięcy nie ma już ściany od strony ogrodu. W takiej sytuacji normalne iż wszelkiego rodzaju dyktatury i szemrane grupy interesów testują nasze granice. Nasze w szerszym – unijnym sensie. Łukaszenka robił to na granicy z Polską. Putin robi to od lat w różnych częściach Europy. Maroko doskonale rozumie znaczenie presji migracyjnej. Tak działa geopolityka od tysięcy lat. Silniejszy sprawdza, ile może ugrać kosztem słabszego ustawiając na tarczy niewinnych. Obronę Głogowa z podręczników historii pamiętacie?

Prawdziwy problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy słabszy sam zaczyna wierzyć, iż stanowcza reakcja byłaby czymś moralnie podejrzanym. I w tym momencie sam złapałem się na tym, iż nazywam UE tym „słabszym”. Bo nie chodzi o siłę samą w sobie (tą UE przecież dysponuje) ale o moc użycia tej siły (i tu jest problem).

Największy paradoks współczesnej Europy

Liberalne centrum zbudowało swoją tożsamość na przekonaniu, iż radykalizm jest największym zagrożeniem dla demokracji. Tymczasem własną bezradnością dzień po dniu produkuje wyborców, którzy coraz chętniej radykalizm wybierają. Historia zna ten mechanizm doskonale.

Republika Weimarska nie rozpadła się dlatego, iż pewnego dnia Niemcy masowo oszaleli. Rozpadła się dlatego, iż miliony zwykłych obywateli przestały wierzyć, iż demokratyczne państwo pozostało zdolne zapewnić porządek. Kiedy państwo traci autorytet, społeczeństwo nie przestaje potrzebować bezpieczeństwa. Ono po prostu zaczyna szukać go gdzie indziej. I wtedy na scenę wchodzą ludzie, którzy zawsze mają bardzo proste odpowiedzi. Zamknąć, zakazać, wyrzucić, rozwalić, zgładzić. Czy to dobre rozwiązania? Nie. Ale wyglądają na rozwiązania, co stawia je na piedestale wyborczej percepcji wobec decydenckiego marazmu europejskich elit wyrażających „głębokie zaniepokojenie” jakimkolwiek kryzysem.

I choć my, zwykli obywatele, czytając doniesienia medialne, widzimy nagłówki, iż Rosja, iż Putin, Łukaszenka, przemytnicy, etc., to sądzę, iż wiele osób zaczyna odczuwać to co ja. Iż największym sponsorem europejskiej skrajnej prawicy nie jest dziś Kreml, czy social media, które już kiedyś nazwałem cybernowotworem. choćby nie kryzys migracyjny. To co nim jest? Szanowni Państwo, jest nim przekonanie zwykłych obywateli, iż liberalne elity utraciły zdolność skutecznego rządzenia. I to co budzi mój niepokój, to fakt, iż Bruksela jest już niebezpiecznie blisko tej utraty zdolności, przynajmniej w percepcji wyborców. A to wystarczy.

Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły. Czas na radykalną chemioterapię, a nie pudrowanie gangreny [felieton]

I właśnie dlatego każdy kolejny obraz chaosu na granicach jest politycznym złotem. Nie dlatego, iż zmienia rzeczywistość, ale zmienia emocje wyborców. A przecież polityka to ekonomia emocji a nie faktów. W efekcie uważam, iż Europa popełnia dziś błąd znacznie poważniejszy niż błędy związane z migracją – myli humanitaryzm z bezradnością. A to przecież nie są synonimy.

„Chronić”, to krótkie słowo

Państwo może jednocześnie chronić granice i chronić ludzi. Może być stanowcze, nie będąc okrutnym. Może eliminować narzędzia wojny hybrydowej, nie rezygnując z własnych wartości. Problem w tym, iż wymaga to podejmowania trudnych decyzji. Znacznie trudniejszych niż publikowanie kolejnych oświadczeń pełnych słów o głębokim zaniepokojeniu. Pociesza mnie jednak to, iż widzę kilka pozytywnych przykładów.

Pierwszym jest oczywiście nasza granica wschodnia. Nie wyzbyliśmy się humanitaryzmu goszcząc uciekających przed rozpoczętą pod koniec lutego 2022 roku rosyjską inwazją Ukraińców, a jednocześnie postawiliśmy twarde weto imigrantom, którzy rękami cynicznie wykorzystujących m.in. syryjskich uchodżców białoruskich służb, próbowali siać zamęt na Podlasiu. Nasze wojsko i służby zadziałały. Bez konieczności ustawiania wieżyczek strażniczych na granicy i rozstrzeliwania tysięcy niewinnych.

Inny przykład? Finlandia. Pod koniec 2023 roku, a także w ciągu kolejnych dwóch lat. Mowa o tzw. arktycznym szlaku hybrydowym. Rosyjskie FSB zaczęło wówczas masowo zwozić migrantów (głównie z Bliskiego Wschodu i Afryki) na rowerach i hulajnogach (sic!) pod arktyczne przejścia graniczne z Finlandią. Można podejrzewać, iż była to swoista „zemsta” Rosji za dołączenie Finlandii do NATO, choć moim zdaniem był to po prostu rosyjski test zdolności reakcji sąsiada. Finowie wyszli z tej lekcji nadspodziewanie dobrze. W istocie Helsinki zareagowały najbardziej radykalnie w całej Europie – po prostu całkowicie i bezterminowo zamknęły wszystkie przejścia graniczne z Rosją, postawiły twarde zapory fizyczne i uchwaliły prawo pozwalające na natychmiastowe odrzucanie wniosków azylowych na granicy.

To właśnie fińska specjalna ustawa o bezpieczeństwie granic, która wcześniej wydawała się niemożliwa w świetle unijnego prawa, zapewniła Finom bezpieczeństwo i nikt nie został rozstrzelany. Granice pozostały szczelne, a fińskie służby wykonały zadanie w pełni profesjonalnie i bez ofiar w ludziach. Choć niestety nie wiadomo, co ze sprowadzonymi imigrantami, którzy po prostu odbili się od fińskiej granicy zrobiło potem rosyjskie FSB…

Niemniej przykład fiński pokazuje, iż prawidłowe zrozumienie problemu pozwala znaleźć skuteczne i wciąż względnie humanitarne rozwiązanie. Fińska ustawa ta celowo zawiesiła międzynarodowe zobowiązania azylowe w sytuacji, gdy migracja jest wykorzystywana przez wrogie państwo jako broń hybrydowa.

Zresztą także i Polska jest w tej chwili podawana w Europie jako główny dowód na to, iż da się obronić suwerenność państwa i odrzucić rolę bezradnej ofiary, nie rezygnując przy tym z elementarnego ludzkiego humanitaryzmu. Warszawa dokonała czegoś, co zachodnim publicystom i unijnym biurokratom nie mieściło się w głowach: przeprowadziła dwie skrajnie różne operacje graniczne jednocześnie, bezbłędnie diagnozując naturę obu zjawisk.

Pokazaliśmy światu, iż kluczem do skutecznej polityki nie jest ślepy, bezrefleksyjny pacyfizm, ale umiejętność odróżnienia prawdziwego uchodźcy od żywego pocisku w wojnie hybrydowej.

Za kilkanaście albo kilkadziesiąt lat migracja wywołana zmianami klimatycznymi prawdopodobnie będzie wielokrotnie większa niż wszystko, z czym Europa mierzy się dzisiaj. o ile już teraz demokratyczne instytucje sprawiają wrażenie zagubionych, to później rachunek może okazać się znacznie wyższy. I to nie dlatego, iż Europa przegra z migrantami. Dlatego, iż może przegrać sama ze sobą. Bo historia bardzo rzadko zabija demokracje od zewnątrz. Znacznie częściej robi to od środka. Najpierw odbiera obywatelom poczucie bezpieczeństwa, potem odbiera im cierpliwość, a na końcu oddaje władzę ludziom, którzy obiecują, iż już nigdy nie będą pytać o zgodę.

Ceuta i Lampedusa to dowody na to, iż błędem europejskich liberałów nie jest to, iż są zbyt dobrzy. Problem polega na tym, iż od lat mylą straż pożarną z policją. Strażak ma gasić ogień. Policjant ma złapać podpalacza. Europa od dawna robi tylko połowę swojej roboty. A kiedy płonie już trzeci dom z rzędu, mieszkańcy przestają wierzyć w strażaków i zaczynają słuchać ludzi obiecujących miotacz ognia. I właśnie wtedy demokracja przegrywa. Nie dlatego, iż zabrakło jej wartości. Dlatego, iż zabrakło jej skuteczności.

Jeśli artykuł Ceuta, Lampedusa… gasimy pożary, zamiast ubić podpalacza nie wygląda prawidłowo w Twoim czytniku RSS, to zobacz go na iMagazine.

Idź do oryginalnego materiału