Bieszczadzki październik: Między szronem a słońcem

j-elita.org.pl 4 miesięcy temu
Zdjęcie: Bieszczadzki październik


Tegoroczny Rajd Bieszczadzki „J-elity” zapisał się w naszej pamięci jako wyprawa pełna kontrastów. Z jednej strony przywitał nas mroźnym, zimowym krajobrazem, z drugiej – obdarował ciepłym, jesiennym słońcem i wysypem grzybów. A wszystko to w zupełnie nowej scenerii, która udowodniła, iż Bieszczady wciąż potrafią nas zaskoczyć.

W tym roku naszą bazą wypadową po raz pierwszy stała się Stanica Kresowa Chreptiów w Lutowiskach. Już w czwartkowe popołudnie uczestnicy zjeżdżali do tego malowniczo położonego ośrodka, gdzie spotkaliśmy się na wspólnej, integracyjnej obiadokolacji. Wyjątkowym akcentem był powrót po latach naszego przewodnika Witka, który jest jednocześnie dyrektorem Stanicy, co sprawiło, iż czuliśmy się jak w domu.

Piątkowy poranek spowiła gęsta mgła. Niezrażeni tajemniczą aurą, ruszyliśmy z Mucznego na szlak prowadzący na Bukowe Berdo. Temperatura oscylująca w okolicach zera stopni i porywisty wiatr gwałtownie dały nam odczuć, iż październik potrafi pokazać zimowe pazury. Na szczycie czekał na nas jednak widok zapierający dech w piersiach – cała roślinność pokryta była przepiękną lodoszrenią, która skrzyła się w mlecznym świetle. Mimo przejmującego zimna, wędrówka w takich warunkach była wyjątkowym i niezapomnianym doświadczeniem. Po powrocie do ośrodka czekał na nas gorący, rozgrzewający obiad, a wieczorem przenieśliśmy się pod gwiazdy na biesiadę przy ognisku. Pieczenie kiełbasek, wspólne śpiewy i fantastyczna atmosfera sprawiły, iż zabawa trwała aż do drugiej w nocy.

Sobota przyniosła całkowitą zmianę aury. Obudziło nas słońce i obietnica cieplejszego dnia. Po nieco sennym poranku i śniadaniu pojechaliśmy do Łopienki, by stamtąd zdobyć szczyt Łopiennika. Pogoda dopisywała, a trasa, choć momentami wymagająca, obfitowała w niespodzianki. Największą z nich były ogromne skupiska prawdziwków, które rosły tuż przy szlaku. Wielu z nas nie mogło się oprzeć i torby gwałtownie zapełniły się leśnymi skarbami. Na szczycie Witek uraczył nas historią o Wincentym Polu, który właśnie w tym miejscu, 174 lata temu, zaczął tworzyć „Pieśń o ziemi naszej”. Jednak najlepsze „atrakcje” czekały na nas w drodze powrotnej. Szlak do Łopienki, rozjeżdżony przez zrywki drewna, zamienił się w błotnistą pułapkę. Błoto miejscami sięgało do kolan, ale nie zepsuło nam to humorów – wszyscy, choć ubłoceni, wracali z uśmiechami na twarzach. Wieczorem spotkaliśmy się na pysznej kolacji w Sali Rycerskiej, dzieląc się wrażeniami z wyprawy.

Niedziela była tradycyjnie dniem pożegnań. Po śniadaniu zrobiliśmy sobie pamiątkowe, wspólne zdjęcie i z nową energią oraz plecakami pełnymi wspomnień (a u niektórych również grzybów) ruszyliśmy w drogę powrotną do domów.

Dziękujemy Patrycji i pozostałym wolontariuszom „J-elity” za wspaniałą organizację, a Witkowi za gościnę i fantastyczne prowadzenie po bieszczadzkich ścieżkach. Ten wyjazd po raz kolejny pokazał, iż Bieszczady są magiczne o każdej porze roku. Do zobaczenia za rok!

Artur Pelczar

Idź do oryginalnego materiału