Adherencja: brakujące ogniwo w leczeniu nadciśnienia

swiatlekarza.pl 2 godzin temu

Nadciśnienie tętnicze to jedna z najlepiej poznanych chorób cywilizacyjnych – a zarazem jedna z najsłabiej kontrolowanych. Dlaczego pomimo nowoczesnych terapii wciąż przegrywamy walkę o zdrowe ciśnienie? I czemu młodzi pacjenci tak często porzucają leczenie? O najnowszych odkryciach, adherencji i granicach medycyny rozmawiamy z prof. dr. hab. n. med. Krzysztofem Narkiewiczem, kierownikiem Katedry Nadciśnienia Tętniczego i Diabetologii GUMed

NAGRODA ZAUFANIA ZŁOTY OTIS 2026 ZA WKŁAD W ROZWÓJ HIPERTENSJOLOGII I POPRAWĘ PRZESTRZEGANIA ZALECEŃ TERAPEUTYCZNYCH PRZEZ PACJENTÓW

Od lat zajmuje się pan nadciśnieniem tętniczym. Jakie kierunki badań i praktyki klinicznej mają dziś największe znaczenie?

Gdybym miał to uporządkować, wskazałbym trzy najważniejsze obszary. Pierwszy to kooperacja pacjentów z lekarzami, czyli adherence – przestrzeganie zaleceń terapeutycznych. To dziś absolutnie fundamentalne wyzwanie. Dysponujemy bardzo skutecznymi lekami, dla 90–95 proc. chorych mamy terapie pozwalające dobrze kontrolować ciśnienie. Problem polega nie na braku narzędzi, ale na niewykorzystaniu ich potencjału.

Drugi obszar dotyczy samych lekarzy – konsekwentnego stosowania zaleceń. Monoterapia jest w zasadzie historią; większość pacjentów powinna otrzymywać leczenie skojarzone, najlepiej w jednej tabletce. Trzeci kierunek to poszukiwanie nowych molekuł i metod dla pacjentów z nadciśnieniem opornym – tu pojawiają się zarówno nowe klasy leków, jak i metody interwencyjne, takie jak denerwacja nerkowa.

Adherencja to temat, do którego wraca pan szczególnie często. Czy rzeczywiście jest to dziś największe ograniczenie skuteczności terapii?

Zdecydowanie tak. Szacujemy, iż około połowa pacjentów nie stosuje się do zaleceń w pełnym zakresie. Co więcej, mamy bardzo niepokojące dane: choćby co czwarty pacjent, który otrzyma pierwszą receptę, w ogóle jej nie realizuje. A później sytuacja się pogarsza – w ciągu pierwszego roku leczenie przerywa niemal połowa chorych. Najbardziej dramatycznie wygląda to u ludzi młodych. W grupie trzydziestolatków choćby 70 proc. To ogromna, zmarnowana szansa – bo właśnie u tych osób leczenie jest najskuteczniejsze. Skutki widzimy po 20–30 latach w postaci udarów czy zawałów.

Dlaczego młodzi, często świadomi zdrowotnie ludzie tak łatwo rezygnują z leczenia?

To problem bardzo złożony. W grę wchodzi psychologia, styl życia, chroniczny stres, nieregularność dnia, kultura natychmiastowej gratyfikacji. Dochodzi poczucie: „Jestem młody, nic mi nie będzie”. Straszenie zawałem „za 20 lat” kompletnie nie działa. Podobnie moralizowanie czy traktowanie trzydziestolatka jak sześćdziesięciolatka.

Z badań i praktyki wiemy, iż skuteczniejsze jest przesunięcie narracji: mówienie o „wydolności”, o krótkoterminowych korzyściach, o mikro-zmianach, które pacjent sam wybiera. Lek nie jako porażka, ale jako narzędzie – coś w rodzaju „biohacku”, który pomaga zresetować ciśnienie na korzyść organizmu.

Jak system może pomóc pacjentom w wytrwaniu w terapii?

Po pierwsze: komunikacja. Dlatego powstał Parlamentarny Zespół ds. Adherencji – pracujemy nad systemowym szkoleniem lekarzy, pielęgniarek i farmaceutów, jak rozmawiać z pacjentami. Po drugie: technologie. Polska ma ogromny sukces w postaci e-recept. Kolejnym krokiem powinny być przypomnienia o kończących się lekach, ułatwienia w realizacji recept, realne wsparcie, a nie wyłącznie „kontrola”. Trzecim, bardzo ważnym ogniwem jest farmaceuta. To często on jako pierwszy słyszy wątpliwości pacjenta. W przyszłości marzy nam się system, w którym – za zgodą chorego – dostępna jest jedna, aktualna lista przyjmowanych leków i rozpoznań. To poprawiłoby bezpieczeństwo i skuteczność leczenia.

Wspomina pan także o możliwości badania adherencji laboratoryjnie. To przyszłość czy nisza?

To już rzeczywistość. Możemy oznaczać metabolity leków we krwi, moczu, a choćby w ślinie. Ma to szczególne znaczenie u pacjentów z podejrzeniem nadciśnienia opornego. Zanim zaczniemy kosztowne, inwazyjne procedury, warto sprawdzić, czy leki są rzeczywiście przyjmowane.

Jest pan współautorem europejskich wytycznych leczenia nadciśnienia. Jakie akcenty są dziś w nich najsilniejsze?

Po pierwsze: konsekwentne stosowanie leczenia skojarzonego. Po drugie: równoczesne leczenie wszystkich czynników ryzyka, nie tylko samego ciśnienia. I po trzecie: ogromny nacisk na pomiary pozagabinetowe – zwłaszcza domowe. Ostatni tydzień pomiarów przed wizytą to dziś podstawa nowoczesnego leczenia nadciśnienia. W Polsce mamy dodatkowo bardzo dobry, wspólny dokument Polskiego Towarzystwa Nadciśnienia Tętniczego i Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego – niezwykle przystępny, także dla pacjentów. To narzędzie, które naprawdę może poprawić kontrolę choroby.

W swoich badaniach podkreśla pan rolę układu współczulnego i stresu. Czy współczesny świat „podkręca” nam ciśnienie?

Bez wątpienia. Układ współczulny to jeden z dwóch głównych mechanizmów podnoszących ciśnienie. Ostatnie lata – pandemia, wojna, niepewność – bardzo silnie go aktywują. Dlatego obok leków coraz częściej mówimy o jakości snu, redukcji stresu, aktywności fizycznej, a choćby o technikach oddechowych czy jodze. To nie dodatki, to elementy terapii.

Gdyby miał pan wskazać jedną zmianę, która realnie poprawiłaby leczenie nadciśnienia w Polsce, co by to było?

Lepsza kooperacja z pacjentem. Mamy wiedzę, mamy leki, mamy wytyczne. jeżeli nauczymy się skuteczniej rozmawiać i wspierać ludzi w codziennych decyzjach, efekty przyjdą szybciej, niż się spodziewamy.

Idź do oryginalnego materiału