2443. Piękny to był weekend

na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com 1 dzień temu
Idąc do mojego Emaus
Dzisiejsza droga do Emaus,
nie wiedzie przez cichą, wiejską drogę.
Dzisiejsza ludzka droga do Emaus,
jest pełna bólu, krzyku, hałasu.
Kroczy ktoś za mną, kroczy przede mną,
anonimowy człowiek wśród tłumu.
Nie widać ran na jego kończynach,
ukrytych w butach, za długich rękawach.
Mogę nie wiedzieć, iż Ty jesteś ze mną,
w ciele nędzarza, bogacza, dziecka.
Lecz wiem, iż zawsze rozpoznam Ciebie,
po połamanym sycącym Chlebie.

Raz w roku, od pewnego czasu jest to ostatni weekend września, członkowie ruchu "Wiara i Światło" Prowincji Południowej spotykają się w Hałcnowie (dzielnica B.-B.), gdzie przez trzy dni uczestniczą w rekolekcjach. Jednak Harcnów to nie tylko rekolekcje, ale też poznawanie nowych osób, nawiązywanie znajomości, rozmowy, wymiana doświadczeń, a choćby planowanie całego roku formacyjnego.
Propozycja wyjazdy na spotkanie pojawiła się na pierwszym spotkaniu "Rafałków" na początku września. Ogólnie o samych spotkaniach i słyszałam, i oglądałam z nich zdjęcia, ale choćby nie marzyłam, iż już po kilku miesiącach obecności we wspólnocie otrzymam propozycję wyjazdu na tegoroczne zgromadzenie. Podobno w dowód uznania za dojazdy i zaangażowanie w rozwój grupy. choćby nie wiecie, jak mi się zrobiło ciepło na sercu, iż ktoś zauważył moje zaangażowanie. Więcej, postanowił je wyróżnić. A przecież mogli zaproponować to komuś innemu. Co prawda w jego trakcie wypadały moje urodziny, ale spokojnie mogłam je poświęcić. W końcu nie pierwszy raz. I prawdopodobnie nie ostatni. Pamięta ktoś moje 24 urodziny na wycieczce m.in. w Budapeszcie? We wcześniejsze, 21, byłam na pogrzebie sąsiada. Albo 30, podczas których pomagałam w organizacji Górskiego Biegu Frassatiego? Bądź kolejne, gdzie sama biegłam w górę? Cóż więc wobec tego był wyjazd na spotkanie rekolekcyjne? choćby o ile miałam na nim pilnować innych osób.
Wytypowani członkowie wspólnoty wyjechali z Wadowic wraz z koordynatorką. Mnie się jednak nie opłacało do nich jechać, tym bardziej, iż z K-c mam w miarę dobre połączenie do B-.B., a na miejscu po prostu musiałam przesiąść się w autobus do Czechowic - Dziedzic i wysiąść na odpowiednim przystanku. Oczywiście potem okazało się, iż mogłam dogadać się ze wspólnotą z J-na, która też jechała na spotkanie, ale po pierwsze nie chciałam, robić rozgardiaszu, a po drugie - Wadowice miały do ogarnięcia i dekorację, i zawiązanie wspólnoty, dobrze więc było być wcześniej, wszystko przygotować i omówić szczegóły. "Dominki - bis" przyjechały "na gotowe", więc technicznie byłoby to trudne.
No właśnie, nad tą dekoracją dyskutowaliśmy od wakacyjnego obozu w Zawoi. choćby nie wiecie ile godzin spędziliśmy w naszym kadrowym pokoju i wymienialiśmy się naszymi pomysłami. Każdemu spotkaniu towarzyszy inne hasło przewodnie, w tym była to Droga do Emaus. Efektem wymiany naszych pomysłów była droga przez środekk sali konferencyjnej, na której znajdowały się gałęzie, szzyszki i kamienie, a także drzewo figowe, z Emaus w tle. Do naszej czwórki przedstawicieli "Rafałków" należało przypięcie plakatu oraz ułożenie drogi. Trochę było przy tym zabawy, ale efekt końcowy przerósł nasze, a napewno moje, najśmielsze oczekiwania. Ale możecie pogratulować mi bycia gapą - pakowałam się w pośpiechu i nie wsadziłam mojego aparatu fotograficznego do plecaka, chociaż miałam to w planach. Brawo ja!
Kiedy przygotowywaliśmy wszystko na wieczorne powitanie wspólnot wchodzących w skład prowincji, te powoli zaczęły się zjeżdżać. Nie będę ukrywała, iż "Dominki-bis" były zaskoczone moją obecnością, ale tak to już jest, gdy należy się do 2 wspólnot. Oficjalnie przyjechałam jaki "Rafałek" i tego się trzymałam.
Można powiedzieć, iż wyszłam na tym na przysłowiowy plus. Na początku spotkania przypomnieliśmy sobie fragment Ewangelii św. Łukasza opowiadający o spotkaniu uczniów idących do Emaus z Jezusem. Dosłownie na kilka chwil przed zawiązaniem wspólnoty dostałam propozycje przeczytania tego fragmentu. Serce zabiło mi mocniej, bo oto przypomniały mi się te wszystkie lata w mojej parafii, zwłaszcza ostatnie, gdzie odsuwano o mnie od wielu rzeczy. A tu już od razu takie wyróżnienie. Wiecie, starałam się, aby wszystko poszło jak najlepiej, ale emocje chyba wzięły górę.
Cieszy mnie jednak to, iż mimo niedoskonałości wielu uczestników spotkania było pod wrażeniem i mi gratulowało po całym powitaniu. Pamiętacie, jak rok temu pisałam, iż Bóg ma dla nas zawsze piękne prezenty? Dla mnie to był taki Jego prezent urodzinowy. Prezent za który jestem wdzięczna i Jemu, i tym, którzy uwierzyli, chociaż nie widzieli.
Tymczasem zawiązywanie wspólnoty trwało w dalszym ciągu. Z prowadzącą je panią A. wymienialiśmy się wzrokiem w kluczowych momentach, kiedy w programie przewidziana była jakaś pieśń puszczana z pliku na komputerze. Na jednej z nich, "Drodze do Emaus", wspólnoty miały napisać na porozstawianych na krzesłach listkach, swoje nazwy.
Na innej, bardziej już znanej "Wśród tylu dróg", wyczytywana wspólnota przechodziła prze drogę, każdy jej członek podnosił z niej jedną rzecz, a następnie jej przedstawiciel zaczepiał listek na wspomnianym drzewie figowym.
Tutaj za bardzo nie wiedziałam co robić, czy iść tylko z "Rafałkami", czy może też z "Dominkami-bis". Jednak dałam sobie spokój ze wspólnotą z J-na, co jej koordynator skomentował bez słów wzrokiem i gestami. Z drugiej strony nie chciałam robić zamieszania, zwłaszcza iż pilnowałam piosenki, i przeszłam drogę do Emaus tylko z "Rafałkami".
Na koniec "zawiązania wspólnoty" opanowaliśmy scenę w celu zrobienia sobie wspólnego, pamiątkowego zdjęcia.
Następnie przeszliśmy na górę do kaplicy, w której odbyła się Msza święta. Nieśmiało, z obawą, poszłam do kapelana prowincji z legitymacją ministrancką w dłoni, albą i cingulariami w worku oraz pytaniem, czy zgodzi się na moje posługiwanie pdoczas Mszy świętej. Już na legalu, bo ostatnnio to jeeszcze ebyłam w fazie kandydatury. Ku mojemu zaskoczeniu zgodził się bez marudzenia. A potem jeszcze doszedł jeden z uczestników spotkania, Dawid, a więc podzieliliśmy się obowiązkami przy ołtarzu na dwoje. Teoretycznie jeszcze koordynator "Dominków-bis" miał służyć, ale machnął ręką i poszedł na kościół. Nam poszło w miarę sprawnie - choćby główny koordynator prowincji był zachwycony. A ja byłam zachwycona z Dawida. I trochę z kapelana, iż się nie guzdrał np. z kazaniem.
Końcowym elementem pierwszego dnia spotkania była wspólna modlitwa wieczorna prowadzona przez jedną z przybyłych wspólnot. Ja jeszcze na chwilę zostałam po niej w kaplicy, żeby zmówić nieszpory oraz kompletę z tego dnia. Dnia, który z jednej strony był męczący, ale z drugiej emocje z nim związane jeszcze na długo nie pozwoliły mi spokojnie zasnąć.
Nazajutrz wstałam już o godzinie 6:30, chociaż modlitwa poranna przewidziana była godzinę później. gwałtownie się ubrałam i najciszej jak tylko mogłam, udałam się do kaplicy, która była jeszcze pusta. No bo wiecie, oprócz jutrzni i "Margaretki" musiałam jeszcze podziękować Komuś za te 36 lat życia. W zasadzie nie spodziewałam się pod tym względem niczego szczególnego, zwłaszcza iż nikomu nie mówiłam o urodzinach. Ot, dzień jak co dzień, nic szczególnego, chociaż Ci najbliżsi przyjaciele dzwonili albo pisali SMSy.
Wkrótce pojawił się i kapelan. Poszłam na zakrystię z zapytaniem, czy potrzebuje jakiejś pomocy. Coś tam pobuczał pod nosem, a z tonu głosu można było wywnioskować, iż coś mu nie grało. Jeszcze poprzedniego dnia wieczorem wyciągał monstrancję, wiedziałam więc, iż będzie wystawienie i przydałby się welon dla księdza. choćby gwałtownie go zlokalizowałam i zatargałam na kościół. Kiszka wyszła z dzwonieniem podczas błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem, ale tu już była lekcja dla mnie.
Po porannej modlitwie było śniadanie, na które zbiegliśmy na dół. Jeszcze na schodach odpisywałam na pierwsze SMSy z życzeniami bojąc się, iż potem nie będzie już na to za bardzo czasu. Trochę spóźniłam się na posiłek, przez co nie udało mi się siąść z "Rafałkami". Wylądowałam więc przy stole z częścią "Dominków-bis", którzy logicznie zaczęli mnie wypytywać, jak się dostałam na spotkanie. Z kolei przedstawiciele innych wspólnot próbowali się dowiedzieć, z jakiej ja jestem. To dosyć skomplikowane - jak przyznał kapelan i pan Kubusia. Jak całe moje życie - przemknęło mi przez myśl. Ale dobra, nie wiedzieli, iż będę, i to z Wadowicami, więc przymykam na to oko.
Po śniadaniu był czas na kawę, herbatę i przywiezione ciasto. Tutaj moim skromnym wkładem były babeczki waniliowe z rozpuszczoną w środku czekoladą. Chyba były dobre, bo w niedzielę już ich nie było. Okoliczności sprzyjały rozmowom między uczestnikami spotkania. W tym czasie kilka osób, w tym ja, rozkładało już zastawę na obiad. Chociaż gdzieś z boku też miałam swój kubek, który dostałam przy błogosławieństwie LSO, z ciepłą, parującą herbatą.
O godzinie 10:00 rozpoczęła się druga część "zawiązania wspólnoty". Zupełnie nieoczekiwanie przypadło mi w udziale zapalenie wspólnotowej świecy. Tym razem każdy z nas szukał w sobie swojego spotkania w Emaus. Zastanawialiśmy się też co nam dają nasze wspólnoty. Aż zapytałam się pani A., czy mam pisać o jednej, czy o obydwóch. Takim przerywnikiem było zatańczenie do piosenki lednickiej "Ojcze prowadź mnie". Aż miło było patrzeć, jak ci wszyscy zgromadzeni bawią się wspólnie w jednym rytmie.
Przed Mszą zaplanowano jeszcze dwa warsztaty. Jeden z nich był muzyczny i ćwiczyliśmy na nim pieśni, które miały być śpiewane podczas Mszy świętem w sobotę i w niedzielę. Wiele z nich znałam, głównie z czasów, kiedy śpiewałam w parafialnej scholi. Ale niektóre pieśni były dla mnie nowe, toteż cieszę się, iż mogłam je poznać, a kto wie, może choćby je kiedyś wykorzystam. Drugi warsztat dotyczył tego, w jaki sposób przeprowadzić w parafii "Dzień dzielenia i głoszenia". Jako przykład służyły takie dni przeprowadzone przez "Dominki-bis" oraz "Barbórki". Mogliśmy poznać teoretyczne założenia projektu, a także obejrzeć scenki, jakie zostały przedstawione w ramach tych dni. Dobrze by było przeprowadzić takie coś w Wadowicach, na razie jednak nie mamy ku temu warunków.
Centralnym punktem dnia była Eucharystia, którą przewidziano na godzinę 12:00. Teoretycznie, bo poprzedziła ją cała seria niefortunnych zdarzeń, takich jak np. poszukiwanie wina mszalnego po całym domu rekolekcyjnym. Albo mega spóźnienie kapelana. Może gdyby się nie spóźnił, to wino byłoby szybciej, a kielich czekałby na ołtarzu. Tymczasem przed ofiarowaniem na gwałtownie szukałam kielicha na zakrystii (byłam przekonana, iż skoro go nie ma, to idzie niesiony w darach), ale i tak się nie popisałam, bo przynisłam go bez palki i korporału (kapelan mówił tylko o kielichu). Atmosfera sie posypała i tylko zespół muzyczny robił dobrą minę do złej gry.
W nieco bojowych nastrojach poszliśmy na obiad. Przynajmniej zespół liturgiczny. I chyba koordynatorka "Rafałków" wyczuła, iż coś jest nie tak. Na szczęście nie drążyła tematu. Po posiłku ponownie był czas na kawę/herbatę, ciasto i rozmowy. A także na posprzątanie po posiłku i przygotowanie miejsca na kolację. Tak nam to gwałtownie poszło, iż teraz już na spokojnie mogłam usiąść z innymi przy stole z kubkiem herbaty w jednej ręce i kokosankami w drugiej. W dalszym ciągu nie zdradzałam się z urodzinami, za to chętnie starałam się włączać do rozmowy. Co prawda z dwa razy wychodziłam odebrać telefon komórkowy, ale gwałtownie starałam się też wracać.
Na 15:00 zaplanowana była konferencja, na której kapelan podzielił się z nami swoimi rozważaniami na temat drogi uczniów do Emaus i spotkania się z Jezusem. W tych rozważaniach towarzyszył mu obraz przedstawiający tą scenę. Widniały na nim dwie postaci oraz dwie wyciągnięte ręce trzymające przełamany chleb. Samego Jezusa nie było widać - całość była namalowana z perspektywy zmartwychwstałego Pana. Kapłan podkreślił w konferencji konieczność rozmowy z drugim człowiekiem, to iż jasność zawsze zwycięży nad ciemnością oraz to, iż nasze dłonie mogą nieść innym albo smaczny chleb, albo kamień niosący ból. Aby to podkreślić przyniósł ze sobą kawałek półki oraz głaz z gór, w których zginęła jego znajoma. Jednocześnie porównał sytuację z obrazu z sytuacją dziejącą się podczas każdej Mszy - na obrazie jest Jezus - chleb - uczniowie, to chleb prowadzi uczniów do Jezusa. Na Mszy z kolei pomiędzy kapłanem a wiernymi, w momencie przeistoczenia, jest zawsze Pan Jezus.
Po konferencji z kolei podzieliliśmy się na podzespoły, tak jak jesteśmy podzieleni w prowincji, po czym udaliśmy się do osobnych pomieszczeń porozmawiać na temat tego co się u nas działo z koordynatorami regionów. Na szczęście Wadowice i Jaworzno należą do jednego regionu (oprócz tego jeszcze "Barbórki" i "Żarki", więc i wilk był syty i owca cała. Podczas takiego mniejszego spotkania można na spokojnie opowiedzieć o tym, co się przez ostatni czas zrobiło we wspólnotach, jak wyglądały wakacje i jakie mamy plany na następny rok formacyjny. To też była dobra okazja do wymienienia się pomysłami na rozwój wspólnoty.
Przed kolacją zaplanowano jeszcze warsztaty plastyczne, podczas których przygotowywaliśmy aniołki z makramy. Myślę, iż tym samym zamknęliśmy dotychczasowy rok formacyjny, któremu "towarzyszyli" Aniołowie Stróżowie. Z kolei po posiłku odbyła się dyskoteko, podczas której przez blisko dwie i pół godziny szaleliśmy na parkiecie.
Takim akcentem, który ją zakończył było świętowanie 40 urodzin jednego z uczestników spotkania. Było więc gromkie "Sto lat", tort oraz życzenia.
Dzień zakończyliśmy modlitwą, podczas której każdy przez chwilę trzymał w dłoniach kamień i chleb. Mógł więc podziękować Bogu za to, co było dobre oraz/albo przeprosić za to, co mu się nie udało. Na koniec odśpiewaliśmy wspólnie "Apel Jasnogórski", po czym udaliśmy się do pokoi na spoczynek.
Niedziela był ostatnim dniem naszego pobytu w Hałcnowie. Podobnie jak sobota, także i ona została rozpoczęta wspólną modlitwą w kaplicy, którą prowadziły "Dominki-bis". Tym razem kapelan sam poprosił mnie przy wejściu o przygotowanie welonu do adoracji. Dzwonienie dzwonkami podcczas błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem to była już moja własna inicjatywa, której nikt nie skrytykował. A choćby podczas śniadania wielu ludzi mi mówiło, iż ładnie służę do Mszy. Służe jak potrafię i na ile potrafię. Wiadomo, iż nie wszystko będzie idealnie, ale...
Po śniadaniu było sporo czasu wolnego, a więc można było i kawę/herbatę wypić, i porozmawiać, i przygotować stoły na obiad, i spakować się. Ja zaś nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia udałam się do kaplicy, aby przygotować ołtarz do Mszy świętej.
Wcześniej jednak jeszcze raz udaliśmy się na salę konferencyjną, gdzie prelegent jednej z krakowskich wspólnot opowiedział nam o kryzysie wspólnoty w kontekście uczniów zmierzających do Emaus i ich spotkania z Jezusem. Ponieważ o samym kryzysie miałam sporo na studiach, to nie usłyszałam czegoś, z czym nie zetknęłam się wcześniej. Puenta jest taka, iż kryzys jest wpisany w funkcjonowanie wspólnoty, czy to rodzinnej, czy każdej innej, czy też dotyczy on naszej własnej wiary lub tożsamości. Pytanie jest tylko, czy będzie on konstruktywny, zmierzający do powstania czegoś nowego, nowych rozwiązań i poszukiwań, czy też destrukcyjny, a więc niszczący to, co jest.
Drugim panelem było sprawozdanie z działalności prowincji za ostatni rok formacyjny. Mogliśmy przypomnieć sobie jakie wyjazdy i wspólne pielgrzymki przeżyliśmy, w których wspólnotach były wybory koordynatorów oraz zapoznać się z kierunkiem działalności Rady Prowincji.
Tym co wieńczyło nasz pobyt w Hałcnowie, oprócz obiadu, była niedzielna Eucharystia. Z powodu przedłużenia się poprzednich punktów programu była ona nieco opóźniona. Na szczęście nikt już nie szukał wina po całym domu rekolekcyjnym, ani kluczyków do tabernakulum. Co prawda była mała scysja z kapelanem, ale finalnie rozeszła się ona po kościach. Podobnie jak dzień wcześniej w trójkę posługiwaliśmy przy ołtarzu, dzieląc się zadaniami przy nim.
Wygłoszone kazanie dotyczyło naszego posłuszeństwa i nieposłuszeństwa odnośnie składanych deklaracji i obietnic Bogu i innym ludziom. To tak odnośnie Ewangelii mówiącej o dwóch synach, których wysłał do pracy w winnicy. Jeden powiedział, iż pójdzie, ale nie poszedł, a drugi wręcz odwrotnie. Czasami jest tak też z nami, dlatego nie zawsze warto obiecywać różne rzeczy.
Na koniec Mszy każdy uczestnik spotkania otrzymał od koordynatora prowincji kromkę chleba z życzeniem, aby był dla innych tak samo dobry, jak świeżo wypieczony chleb.
Po obiedzie nastał czas naszego wyjazdu. Jak można się domyśleć, pożegnaniom i wzruszeniom nie było końca. Przy okazji koordynatorka "Rafałków" załatwiła mi podwózkę do domu z koordynatorem "Dominków-bis", który na nockę z soboty na niedzielę musiał wrócić do domu. Ale za to była jego żona, też koordynatorka wspólnoty. Nota bene tylko pan Kubusia wiedział o moich urodzinach. No, prawie, bo internet powiadomił o tym główną świecką koordynatorkę krajową, która formalnie związana jest z "Dominkami", a potem poszło to dalej. Skutek był taki, iż kiedy przyjechał zrobiło się dość tajemniczo. Oczywiście nie spodziewałam się niczego, bo przecież urodziny były dzień wcześniej. Bardziej obstawiałam rocznicę ślubu naszego wspólnotowego małżeństwa niewidomych, które też było na spotkaniu. Dopiero kiedy koordynatorka wspólnoty zaczęła przemówienie dotarło do mnie, iż to o mnie mowa.
To była kameralna "uroczystość" (w tamtym momencie na terenie ośrodka zostały tylko "Dominki", kapelan i główny koordynator prowincji), ale bardzo miła. I tutaj były życzenia od całej siódemki osób, jak też drobny upominek. A iż zupełnie się tego nie spodziewałam, to moja radość, ale też i wdzięczność, była tym większa.
Jak można się domyśleć, wyjazd był jak najbardziej udany. Trochę mi przypominał Oratoriady, na które jeździłam dekadę temu. Był bowiem czas i na modlitwę, i na integracje, i na świętowanie, i na rozwój. Myślę, iż z samego opisu można wywnioskować jak intensywny i bogaty był program spotkania. Na nudę adekwatnie nie było czasu. Cieszę się też, iż złożono mi propozycję wyjazdu, chociaż jestem członkiem "Rafałków" chyba z najmniejszym stażem. A na pewno jednym z takich. Cieszę się z możliwości odczytania fragmentu Ewangelii podczas "Zawiązania wspólnoty" i w ogóle z przynależności do wspólnoty. adekwatnie to do dwóch wspólnot. Jak to skomentował kapelan? "Tego jeszcze nie było w prowincji". Heh, ktoś musiał być tym pierwszym oszołomem, prawda?
Delegacja "Rafałków" bez koordynatorów wspólnoty
Idź do oryginalnego materiału