Ostatnio coraz częściej zastanawiam się, co w życiu mojego byłego proboszcza poszło nie tak, iż zamiast zatrzymywać owce w kościele, to wypuszczał jedna za drugą ze wspólnoty. Co poszło nire tak, iż współbracia potrafili się od niego odwrócić i pisać do inspektowa listy z prośbą o przeniesienie gdzie indziej. Co poszło nie tak, iż w dekanacie księża mieli go dosyć. Co poszło nie tak, iż większość osób odetknęła z ulgą, kiedy przyszła pora jego przenosin. Człowiek jak każdy inny, mające swoje plany i aspiracje. A jednak brakowało mu tej "iskry".
Czym jest ta iskra? Myślę, iż to choćby nie była jedna, a kilka iskier. Takich, które powodują, iż jest się dobrym człowiekiem i gospodarzem. Nie doskonałym, ale dobrym. I tyle wystarczy. W ostatnich tygodniach usłyszałam, czy też przeczytałam, o takich trzech komponentach, które mogą być drogowskazami ku dążenia do tejże dobroci.
- Posiadanie w parafii chociaż jednego przyjaciela - wiadomo, iż księża, zwłaszcza wikariusze, przychodzą do parafii tylko na pewien okres czasu. Teoretycznie nie powinni zawiązywać żadnych głębszych znajomości. Praktyka rządzi się jednak swoimi prawami. Znam księży, którzy od razu zjednują sobie ludzi tam, gdzie się pojawią. Co ciekawe, nie zawsze są to tzw. nowocześni księża, czasami są to typowi konserwatyści. W jaki sposób kapłan może zjednoczyć sobie wiernych? Myślę, iż powinien odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: skoro jestem następcą Jezusa, to czy wierni widzą we mnie tego Jezusa? Czy moje czyny, słowa, zachowanie przybliża mnie do niego, czy też oddala. To też nie chodzi o to, aby cały czas być radosnym i szczęśliwym, bo Pan Jezus też potrafił się zdenerwować. I to jest normalna, ludzka emocja. Raczej o to, aby być autentycznym w tym, co się czyni na co dzień. o ile głoszę Ewangelię, to staram się nią żyć. Według mnie przyjaźń nie musi być tutaj pojmowana jako głębsza relacja, ale jako dostrzeżenie w kapłanu godnego następcy Jezusa Chrystusa, takiego przy którym czuje się bezpieczeństwo, spokój, którego darzy się szacunkiem i zaufaniem. Takiego, dla którego możemy być wsparciem chociażby w rozmowie, na dobre i na złe.
- Umiejętność prowadzenia dialogu - człowiek ma to do siebie, iż z reguły myśli, iż jego zdanie jest najważniejsze i najlepssze. Nie słucha innnych, nie bierze ich zdania pod uwagę. Dąży do tego, aby być najważniejszym nie swoimi zasługami, ale ilością wypowiedzianych zdań i wydanych poleceń. Traci tym samym naturalną umiejętność proadzenia rozmowy jak równy z równym. Uważa, iż jest najlepszy, a więc zdania innych nie są brane pod uwagę. Buduje tym samym nie łączący wszystkich most, ale mur z grubych cegieł, ktłórego nikt nie jest w stanie przebić. Nikt nie lubi być lekceważony, lub ignorowany. Sztuka prowadzenia dialogu to trudna umiejętność. Nie chodzi tutaj, aby kapłan zgadzał się z każdym pomysłem parafian, ale o to, żeby potrafił ich wysłuchać i brać pod uwagę ich zdanie. Nawet, o ile jest ono zupełniwe inne, niż jego. Może czasami warto przedyskutować z innymi zmiany, które chce się wprowadzić, posłuchać, jak oni to widzą, przedyskutować dany problem ze współbraćmi. Każdy z nas ma inny punkt widzenia na daną sprawę i wspólnie można znaleźć naprawdę interesujące rozzwiązanie. Dialog to także umiejętność upomnienia kogoś tak, aby miał szansę powiedzieć, jakie jest jego zdanie, a także umiejętność przyznania się do winy i powiedzenia zwykłego prostego "przepraszam".
- Modlitwa parafian (obecnych i byłych) - nie da się zaprzeczyć, iż modlitwa niesie za sobą niewymierne skutki. Już sama świadomość, iż ktoś nas ją otacza daje nam nadzieję na to, iż może i jesteśmy sami, ale nie samotni. Wydaje mi się, iż to samo dotyczy kapłanów, którzy na co dzień muszą borykać się z pustką czterech ścian będących ich pokojem. Pięknym jak dla mnie zwyczajem jest zakładanie grupy modlitewnej za nowo przybyłych księży oraz za tych, którzy są przenoszeni w nowe miejsce. Tym pierwszym mogą one dawać poczucie, iż zostali przyjęci do społeczności parafian, tym drugim, iż parafianie o nich nie zapomną, iż zapisali się nie tylko na kartach kronik i stronach internetowych, ale też w sercach tych, którym służyli. Modlitwa potrafi otulić kapłana niczym koc dający ciepło i bezpieczeństwo. Daje mu siły w ciężkich chwilach, o których zwykle wie tylko on sam. W końcu jest czymś w rodzaju niewidzialnej nici pomiędzy kapłanem modlącym się za powierzony mu lud boży, a wiernymi, modllącymi się za swojego pasterza. Te modlitwy wzajemnie się przeplatają i uzupełniają, dając duchowe wsparcie tym, którzy ich potrzebują. A potrzebuje jej zarówno jedna, jak i druga strona.
Myślę, iż coś w tym jest. Chociaż każda z tych myśli pojawiła się w innym momencie, to razem złożyły mi się w jedną piękną całość. Nie wiem, czy proboszcz nawiązał z kimś taką relację, iż mógłby powiedzieć o nim, iż to jest jego przyjaciel (np. w przeciwieństwie do takiego księdza Wojtka, Jana, a choćby sędziwego już księdza Mariana). To, iż nie potrafił prowadzić z wiernymi rozmów wiadomo było od zawsze. Czy ktoś się za niego modlił? Nie wiem. Tak samo jak nie wiem, co się działo za zamkniętymi drzwiami plebani, a z komentarzy jego byłego współbrata wnoszę, iż musiało być "ciekawie". A może gdyby nie niszczył wspólnot, nie zamykał Oratorium dla dzieci i młodzieży, ba, nie zamykał placu kościelnego, nie kłamał i nie kombinował, więcej ludzi byłoby mu życzliwych? Czasami naprawdę kilka trzeba aby zyskać sympatię i uznanie w oczach innych. Bo można robić wspaniałe akcje, niezapomniane wycieczki i drogie prezenty dla dzieci, ale nic bardziej nie przyciągnie do siebie lludzi, jak dobroć, pokora, szczerość, sprawiedliwość i autentyczność.









