W tym roku po raz pierwszy w całym Kościele Katolickim obchodzone było wspomnienie świętego Pier Georgio Frassatiego. Ten włoski święty, kanonizowany we wrześniu 2025 roku dał się poznać całemu światu jako wielki pasjonat górskich wypraw. Czyż może być piękniejsze uczczenie tego dnia niż wyprawa w góry w dniu jego liturgicznego wspomnienia, zwłaszcza dla kogoś, kto szczerze podziwia tego żyjącego sto lat temu młodzieńca oraz należy do stworzonego przez Jurka (bo tak można tłumaczyć na polski jego drugie imię) Towarzystwa Ciemnych Typów, niż wyjśccie w góry?
Piotr Jerzy, jako iż mieszkał we Włoszech, zdobywał wysokie alpejszkie szczyty. Niestety, z powodu pracy nie mogę sobie chwilowo pozwolić na zagraniczne wojaże. I tak mam szczęście, iż w tym roku 5 lipca wypadł w sobotę - dzięki temu miałam do zagospodarowania cały dzień. Dość gwałtownie zdecydowałam, iż na rozgrzewkę spróbuję zdobyć położoną nieopodal Wadowic Łysą Górę (554 m. n. p. m.).
Tradycyjnie do Papieskiego miasta dotarłam transportem zbiorowym. Jeszcze dzień wcześniej zapoznałam się z trasą na internecie.
Niestety, nie miałam możliwości jej wydrukowania, aplikacja w mojej Nokii też odpada, toteż po drodze wstąpiłam do Informacji Turystycznej, z zapytaniem, czy mają jakąś mapę z szlakami okolicy. Mapy nie mieli, za to uraczyli mnie folderem z trasami na trzy okoliczne szczyty. Hmm, dobre i to. Uzbrojona w prowizoryczną mapę, z plecakiem na plecach i kapeluszem na głowie ruszyłam przed siebie.
Naszą cichą wędrówkę w góry rozpoczynamy z placu Kościuszki znajdującego się praktycznie w centrum miasta. Jest to dobry punkt wyjścia choćby z tego względu, iż znajduje się na nim rozległy parking, na którym można zostawić samochód. Na szczyt prowadzi nas szlak niebieski. Po drodze mijamy plac, na którym jeszcze dekadę temu znajdował się stary szpital miejski. Ciekawostką jeest, iż w 1930 roku swoją praktykę odbywał w nim starszy brat Karola Wojtyły, Edmund.
Naszą cichą wędrówkę w góry rozpoczynamy z placu Kościuszki znajdującego się praktycznie w centrum miasta. Jest to dobry punkt wyjścia choćby z tego względu, iż znajduje się na nim rozległy parking, na którym można zostawić samochód. Na szczyt prowadzi nas szlak niebieski. Po drodze mijamy plac, na którym jeszcze dekadę temu znajdował się stary szpital miejski. Ciekawostką jeest, iż w 1930 roku swoją praktykę odbywał w nim starszy brat Karola Wojtyły, Edmund.
Mijamy klasztor i idziemy cały czas prosto ulicą Karmelicką, która prowadzi nas przez kilka kilometrów wśród zabudowań urozmaiconych pięknymi widokami i przydrożnymi kapliczkami.
W pewnym momencie dochodzimy do ostrego zakrętu w lewo, przy którym znajduje się krzyż i przystanek. Nie idziemy dalej za główną drogą, ale kierujemy się prosto, wzdłuż drogi dojazdowej. Na szczęście stosunkowo gwałtownie możemy zobaczyć dalszą część szlaku niebieskiego. Tym razem idziemy wzdłuż ulicy Pod Łysą Górą.
Po przejściu kolejnych kilkuset metrów na naszej drodze pojawi się rozwidlenie dróg. Idziemy w lewo. niedługo trafiamy do lasu. Przed nami ok. 30. minut marszu, aż dotrzemy do przełęczy Pod Łysą Górą, zwaną też przełęczą Czesława Panczakiewicza.
Droga ta była w miarę przyjemna i można powiedzieć, iż przebrnęłam ją mniej więcej w przewidywanym czasie. W pewnym momencie drzewa zaczęły się przerzedzać, a my trafiamy na wspomnianą przełęcz. Czesław Panczakiewicz to znany w Wadowicach działacz turystyczny, animator i pedagog. W Gimnazjum im. Wadowity nauczał w-fu, a jednym z jego uczniów był Karol Wojtyła Junior. Propagował wśród młodzieży turystykę pieszą i narciarską.
Pora była obiadowa, a ponieważ na przełęczy znajdowały się ławka i stolik, można było i uzupełnić kalorie i wreszcie się nawodnić.
Po prowizorycznym obiedzie kierujemy się w lewo i zmieniamy szlak na żółty.
I teraz uwaga, najlepsze - sama nie wiem, kiedy minęłam szczyt Łysej Góry. To znaczy podejrzewam, kiedy to mogło się stać, ale w moje oczy nie rzuciła się żadna charakterystyczna tabliczka. Bo na pewno weszłam na wzniesienie, a potem ścieżka zaczęła kierować się w dół. W sumie widoków ze szczytu praktycznie żadnych nie było, bo dookoła las. Ale Łysą Górę zdobyłam, z czego bardzo się cieszę. Schodząc w dół podążamy cały czas wzdłuż żółtego szlaku.
Po szybkim uzupełnieniu płynów ruszamy w dalszą drogę. Już nam naprawdę kilka zostało do wyjścia z lasu. Jednak przy końcówce według mnie trzeba bardziej uważać, ponieważ trasa roby się bardziej kamienista, stroma i łatwiej stracić równowagę, a tym samym upaść i się potłuc. A to przecież nic przyjemnego. Sama mam taki patent na takie odcinki (niepełnosprawność robi swoje), iż kiedy wiem, iż nie dam rady zejść, to siadam na tyłku, spuszczam nogi w dół i tak schodzę, jak małe dzieci po schodach. W 90% się sprawdza. Tylko się głośno nie śmiejcie, proszę.
W końcu dochodzimy do ostatniej polanki. Tutaj musimy być ostrożni i uważni, ponieważ droga ulega rozwidleniu w prawo i w lewo. o ile jednak dobrze się przyjżymy, to choćby z oddali dostrzeżemy po lewej stronie drogowskaz informujący, którędy biegnie dalsza część szlaku.
Przed nami ostatnie kilkaset metrów szlaku prowadzącego przez las. U jego wyjścia znajdziemy ławeczkę, na której można na chwilę przysiąść i odpocząć. Naprzeciwko ławeczki znajduje się dosyć ładna kapliczka. Chociaż ukryta wśród krzewów, to jednak zadbana.
Po wyjściu z lasu szlak zmienia barwę z żółtego na czarny i znowu następuje jego rozgałęzienie. Niestety w folderze nie napisano, czy skręca się w lewo czy w prawo (a według mnie powinno). Skręciłam w prawo, ponieważ z tamtej strony wyjechał mi rowerzysta. To był błąd, ale o tym miałam dowiedzieć się dopiero na dole.
Po przejściu na drugi brzeg strumienia gwałtownie odkryłam, iż wyszłam nie tam, gdzie zakładał otrzymany folder, ale trochę dalej. Cóż było robić, trzeba było iść przed siebie, najpierw bocznymi drogami, a następnie drogą główną. Kiedy doszłam do Gorzenia Górnego, trochę przestraszyłam się, iż do Wadowic dojdę na niewiadomo którą godzinę, a przecież jeszcze musiałam wrócić do domu. Jednak w kolejnej wsi, Jaroszowicach nie dość, iż znalazłam przystanek, to jeszcze okazało się, iż za kilka minut będzie tamtędy przejeżdżał bus do Wadowic. Postanowiłam skorzystać z okazji i te kilka kilometrów podjechać. Tak było szybciej i bezpieczniej.
Idąc już drogą nie miałam jak zrobić fotografii widokom górskich szczytów cieszących moje oczy. Raz, nie miałam za bardzo na to czasu, dwa, było to zbyt niebezpieczne. Co prawda szłam poboczem, ale przecież nigdy nie wiadomo, jaki wariat siedzi za kierownicą. Jedynie zmierzając na przystanek, już chodnikiem, sfotografowałam piękny hotel o nazwie "Młyn Jacka". Kiedyś faktycznie znajdował się tam młyn, a mój tata pamięta jeszcze czasy, kiedy woziło się do niego mąkę.
Kilka chwil później przyjechał lokalny busik, którym podjechałam do Wadowic, a z nich, przez Kraków i Katowice, wróciłam do domu.
Trasa wydaje mi się w miarę prosta, chociaż według folderu przeznaczona jest dla doświadczonych piechurów (cokolwiek autor miał na myśli). W sumie liczy ok. 15 km. Myślę, iż przez tą pomyłkę na ostatniej prostej mogłam tyle przejść, toteż mam mniejsze wyrzuty sumienia z powodu wspomnianej podwózki. Na pewno jeszcze na nią wrócę, choćby po to, aby sprawdzić, dokąd dojdę idąc czarnym szlakiem w drugą stronę i czy na pewno wyjdę nieopodal dworku Emila Zegadłowicza. Ale to może na jesień.



![Zaproszenie na webinarium: „Przychodnia dostępna dla wszystkich” / z tłum. PJM i napisami na żywo [8 września]](https://cdn.pixabay.com/photo/2014/03/24/13/40/okay-293951_960_720.png)

![Moc sportu i pomagania. Za nami V edycja „Biegiem po Wózek” [29.08.2026]](https://niepelnosprawnilublin.pl/wp-content/uploads/2026/09/29_08_2026_Biegiem-po-wozek_1.jpg)


